Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
138 postów 848 komentarzy

Rozliczmy specsłużby i wymiar sprawiedliwości

Krystyna Trzcińska - projektant/programista komputerów

ADOLF HITLER : MOJA WALKA

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

ADOLF HITLER MOJA WALKA Edycja komputerowa: www.zrodla.historyczne.prv.pl Przy udziale Macieja Husa Mail: historian@z.pl Tytuł oryginału Mein Kampf Tłumaczenie Irena Puchalska Piotr Marszałek

 POCHODZENIE HITLERA //www.iluminaci.pl/info/pochodzenie-hitlera 

ADOLF HITLER

MOJA WALKA


 

Edycja komputerowa: www.zrodla.historyczne.prv.pl

Przy udziale Macieja Husa

Mail: historian@z.pl

Przeformatowała powyższą wersję: Krystyna Trzcińska e-mail: tkrystyna@ymail.com

 

Tytuł oryginału

Mein Kampf

 

Tłumaczenie

Irena Puchalska

Piotr Marsza

 

SPIS TREŚCI

Część I

Obrachunek

 

Słowo wstępne:

Adolfa Hitlera .

 

Rozdział I

W domu rodzinnym .

 

Rozdział II

Wiedeńskie łata nauki i walki .

 

Rozdział III

Poglądy polityczne z okresu wiedeńskiego .

 

Rozdział IV

Monachium

 

Rozdział V

Wojna światowa

 

Rozdział VI

Propaganda wojenna

 

Rozdział VII

Rewolucja .

 

Rozdział VIII

Początki mojej działalności politycznej .

 

Rozdział IX

Niemiecka Partia Robotnicza .

 

Rozdział X

Przyczyny upadku imperi

 

Rozdział XI

Naród i rasa .

 

Rozdział XII

Pierwszy okres w rozwoju Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotniczej

 

CZĘŚĆ II

Ruch narodowosocjalistyczny

 

Rozdział I

Światopogląd a partia .

 

Rozdział II

Państwo

 

Rozdział III

Obywatele

 

Rozdział IV

Osobowość a koncepcja państwa narodowego

 

Rozdział V

Światopogląd a organizacja .

 

Rozdział VI

Pierwsze dni walki: znaczenie przemówień .

 

Rozdział VII

Walka z siłami czerwonych .

 

Rozdział VIII

Silny człowiek jest najmocniejszy, gdy jest sam .

 

Rozdział IX

Myśli na temat znaczenia i organizacji socjalistycznych robotników

 

Rozdział X

Pozorny federalizm .

 

Rozdział XI

Propaganda a organizacja .

 

Rozdział XII

Sprawa związków zawodowych .

 

Rozdział XIII

Powojenna polityka Niemiec w kwestii sojuszy.

 

Rozdział XIV

Polityka wschodnia

 

 

Rozdział XV

Prawo do samoobrony.

 

Aneks .

Oficjalny Manifest NSDAP w sprawie stanowiska Partii w kwestii chłopskiej oraz rolnictwa

 

Program NSDAP .

 

 

Część I

Obrachunek

Słowo wstępne Adolfa Hitlera

 

9 października I921 roku, w cztery lata od jej powstania, Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotnicza została rozwiązana, a jej działalność zakazana w całej Rzeszy.

I kwietnia I924 roku wyrokiem Sądu Ludowego w Monachium zostałem skazany i osadzony w twierdzy Landsberg nad Lechem.

To dało mi po latach nieprzerwanej pracy możliwość przystąpienia do dzieła, którego

wielu się domagało, a które ja uważałem za pożyteczne dla ruchu. Tak więc postanowiłem

wyjaśnić w tej książce cele naszego ruchu, a także przedstawić obraz jego rozwoju. Z niej będzie się można więcej nauczyć niż z jakiejkolwiek czysto doktrynerskiej rozprawy naukowej. Dało mi to sposobność przedstawienia swojej osobowości na tyle, na ile jest to

potrzebne do zrozumienia idei tej książki i rozwiania sfabrykowanej przez żydowską prasę

legendy mojej osoby.

Tą pracą zwracam się nie do obcych, ale do tych stronników ruchu, którzy należą do

niego sercem i pragną jego zrozumienia.

Wiem, że ludzi łatwiej można pozyskać słowem mówionym niż pisanym i że każdy

wielki ruch na tej ziemi rośnie w siłę dzięki mówcom, a nie wielkim pisarzom.

Jednakże w celu stworzenia podstaw jakiejś doktryny i jej ujednolicenia wewnętrzne zasady muszą zostać spisane. Może więc ta książka stanie się kamieniem węgielnym naszego ruchu, do którego i ja wniosę swój wkład.

Autor

ROZDZIAŁ I

W domu rodzinnym

Dzisiaj rozumiem, jak dobrze się stało, że los wybrał na miejsce mojego urodzenia Braunau nad Innem. To małe graniczne miasteczko leży między dwoma państwami niemieckimi, o których ponowne zjednoczenie należy zabiegać wszelkimi możliwymi środkami.

Niemiecka Austria musi powrócić do wielkiej niemieckiej ojczyzny i to nie z powodów ekonomicznych. O nie! Nawet gdyby z tego punktu widzenia ponowny związek był rzeczą obojętną - a także wtedy, gdyby aktualnie był szkodliwy - musi on nastąpić. Wspólna krew powinna należeć do wspólnej Rzeszy. Niemcy nie mają prawa zajmować się polityką kolonialną tak długo, jak długo nie będą zdolni do połączenia swoich synów we wspólnym państwie. Dopóki każdy Niemiec nie znajdzie się w granicach Rzeszy i nie będzie w stanie

wyżywić się, dopóty nie będą mieli Niemcy moralnego prawa zdobywania obcych terenów, choćby to było korzystne dla poszczególnych obywateli. W ten sposób to małe miasteczko

stało się symbolem wielkiego przedsięwzięcia.

Czy my nie jesteśmy tacy sami jak wszyscy Niemcy? Czy wszyscy nie stanowimy całości?

Ten problem zaczął wrzeć w moim dziecięcym umyśle. W odpowiedzi na swoje nieśmiałe pytania, byłem zmuszony z zazdrością uznać fakt, że Niemcy nie byli nigdy tak szczęśliwi, jak będąc członkami imperium Bismarcka.

W tym austriackim miasteczku nad Innem, mieszkali w końcu lat osiemdziesiątych minionego stulecia moi rodzice: ojciec był urzędnikiem państwowym, matka zajmowała się

gospodarstwem domowym. Z tych czasów niewiele pozostało w moich wspomnieniach, gdyż wkrótce ojciec musiał opuścić na zawsze to miasteczko i podjąć pracę w Passau, w samych Niemczech.

Los austriackiego urzędnika celnego wymagał ciągłego podróżowania. Po pewnym czasie ojciec przeniósł się do Li n z u i tam doczekał emerytury. Kupił w Marktfleckens Lambach w Górnej Austrii gospodarstwo rolne i tym samym poszedł w ślady naszych przodków.

Wolą mego ojca było, abym został urzędnikiem państwowym. Był dumny z tego, co sam osiągnął i tego samego pragnął dla swego dziecka. Nie wyobrażał sobie odmowy: według niego niedoświadczony chłopiec nie mógł sam o sobie decydować. A jednak miało się stać inaczej. Pierwszy raz w swoim życiu, mając zaledwie jedenaście lat, musiałem stanąć w opozycji do ojca! Tak jak on był zdecydowany przeforsować swoje plany, tak ja byłem nieugięty w odmowie.

Nie chciałem zostać urzędnikiem. Żadne rozmowy czy poważne argumenty nie zmieniły mej niechęci. Nie chciałem być urzędnikiem i nie godziłem się zostać nim. Każda próba powoływania się na przykład mego ojca, mająca wzbudzić we mnie zachwyt i zainteresowanie tym zawodem, wywoływała jedynie przeciwny efekt. Nienawidziłem siedzenia w biurze nie pozwalającego być panem swojego własnego czasu; spędzenie całego życia na wypełnianiu formularzy wydawało mi się nudne.

Teraz, gdy dokonuję przeglądu tych lat, ujrzałem dwa zdarzenia, które uwidoczniły się w tym okresie najwyraźniej: I) stałem się nacjonalistą, 2) nauczyłem się rozumieć prawdziwy sens historii.

Stara Austria była państwem wielonarodowościowym. W stosunkowo wczesnej młodości miałem możliwość wziąć udział w nacjonalistycznej walce w starej Austrii. Mieliśmy szkolną organizację i wyrażaliśmy nasze poglądy przy pomocy kwiatów chabru i czarno-czerwono-złotych barw. Pozdrawialiśmy się słowami "Heil", a zamiast pieśni "Kaiserlied", śpiewaliśmy, pomimo ostrzeżeń i kar, "Deutschland über Alles" (Niemcy ponad wszystko - przyp. tłumacza). W ten sposób młodzież kształciła się politycznie, podczas gdy obywateli tak zwanego państwa narodowego nie łączyło nic więcej poza wspólnym językiem. Mimo to, oczywiście, nie zaliczałem się do obojętnych i stałem się wkrótce fanatycznym niemieckim nacjonalistą, jednak nie w dzisiejszym partyjnym rozumieniu tego słowa.

Rozwój w tym kierunku następował u mnie bardzo szybko, tak że już w wieku piętnastu lat rozumiałem różnicę między dynastycznym "patriotyzmem", a narodowym "nacjonalizmem". To ostatnie rozumiałem o wiele lepiej.

Czy my już jako chłopcy nie wiedzieliśmy, że to austriackie państwo nie darzyło nas, Niemców, w ogóle żadną miłością?

Nasza wiedza o metodach postępowania Habsburgów była potwierdzana każdego dnia przez codzienne doświadczenia. Na północy i na południu trucizna obcych ras zżerała ciała naszego narodu i nawet Wiedeń coraz mniej przypominał niemieckie miasto. "Dom Cesarski', stawał się czeskim, gdzie tylko to było możliwe; wreszcie ręka bogini odwiecznej sprawiedliwości i nieubłaganej zemsty zadała śmierć największemu wrogowi niemieckości Austrii, arcyksięciu Franciszkowi Ferdynandowi. Zabiła go kula, której sam pomógł. To on był przecież głównym patronem ruchu, którego celem było uczynić z Austrii państwo słowiańskie.

Zarodek przyszłej wojny światowej i w istocie całkowita ruina Niemiec leżą w fatalnym połączeniu młodej niemieckiej Rzeszy z austriackim niby-państwem. W trakcie pisania tej książki będę musiał zająć się gruntownie tym problemem. Wystarczy tu jedynie stwierdzić, że od najwcześniejszej młodości byłem przekonany, iż zniszczenie Austrii jest koniecznym warunkiem bezpieczeństwa niemieckiej rasy, a ponadto, że poczucie narodowości w żaden sposób nie może być identyfikowane z dynastycznym patriotyzmem. Nieszczęściem niemieckiej rasy był przede wszystkim panujący dom Habsburgów.

Konsekwencjami tego stanu była gorąca miłość do mojej niemieckiej Austrii i głęboka nienawiść do austriackiego państwa.

Decyzja o wyborze zawodu zapadła szybciej, niż mogłem tego oczekiwać. W trzynastym roku życia straciłem nagle ojca. Zawał serca pozbawił życia tego jeszcze krzepkiego człowieka. Umarł bezboleśnie pogrążając nas w głębokim bólu. Nie powiodło mu się to, czego najbardziej pragnął - zapewnić swojemu dziecku egzystencję i tym samym uchronić go przed goryczą Życia, której sam zaznał.

Z początku nic się nie zmieniło. Matka zgodnie z Życzeniem ojca czuła się zobowiązana nadal kierować moim wychowaniem i kształcić mnie na urzędnika. la jednak, jak nigdy przedtem, byłem zdecydowany, że pod żadnym warunkiem nim nie zostanę.

Dlatego już w szkole średniej unikałem niektórych przedmiotów i w ogóle nauki. Z pomocą przyszła mi choroba i w ciągu kilku tygodni zdecydowały się losy mojej przyszłości. Ciężka choroba płuc spowodowała, że lekarz stanowczo odradzał podjęcie pracy w biurze. Musiałem przerwać naukę na jeden rok. To, o czym tak długo marzyłem, stało sięrzeczywistością. Pod wpływem mojej choroby matka w końcu uznała, że po przerwie wrócę do szkoły realnej, a później będę mógł uczęszczać do akademii.

Były to najszczęśliwsze dni, jak przepiękny sen. I naprawdę miał to być tylko sen. Dwa lata później śmierć matki położyła kres tym wszystkim planom. Jej choroba od początku nie dawała wielkich nadziei na uleczenie, jednak jej śmierć była dla mnie wielkim ciosem. Swojego ojca czciłem, a matkę kochałem.

Ubóstwo i twarda rzeczywistość zmuszały mnie do podjęcia szybkiej decyzji. Skromne środki finansowe mojej rodziny prawie zupełnie się wyczerpały wskutek ciężkiej choroby matki. Przyznana mi sieroca renta nie wystarczała nawet na przeżycie, tak więc byłem zmuszony zarabiać jakoś na swoje utrzymanie.

Z walizką pełną ubrań i bielizny oraz determinacją w sercu pojechałem do Wiednia. Miałem nadzieję odmienić los, tak jak mój ojciec pięćdziesiąt lat wcześniej. Chciałem zostać "kimś", ale w żadnym wypadku nie urzędnikiem.

ROZDZIAŁ II

Wiedeńskie lata nauki i walki

Śmierć matki, niczym przeznaczenie, zadecydowała w pewnym sensie o mojej przyszłości.

W ostatnich miesiącach jej choroby pojechałem do Wiednia w celu złożenia egzaminów wstępnych do akademii. Byłem przekonany, że z dziecinną łatwością zdam. W

szkole realnej rysowałem najlepiej w mojej klasie, a od tego czasu moje zdolności rozwinęły się jeszcze bardziej. Liczyłem więc na powodzenie.

Nad moim talentem malarskim wzięły jednak górę zainteresowania architekturą. Jeszcze w wieku szesnastu lat, gdy po raz pierwszy pojechałem do Wiednia, by studiować

malarstwo w dworskim muzeum, moje oczy widziały tylko samo muzeum. Biegałem za tymi drzwiami od rana do wieczora, a nawet do późnej nocy, od jednego obiektu do drugiego. Godzinami mogłem tak stać przed operą i podziwiać parlament. Cała ulica Ringstrasse robiła na mnie wrażenie cudu z tysiąca i jednej nocy.

Teraz po raz drugi byłem w tym pięknym mieście i czekałem na rezultat egzaminu wstępnego. Byłem tak przekonany o powodzeniu, że zawiadomienie o nie przyjęciu spadło

na mnie jak grom z jasnego nieba. Jednak rektor wyjaśnił mi, że z rysunków, które ze sobą przyniosłem, jednoznacznie wynika, iż nie mam predyspozycji malarskich, natomiast mam zdolności w dziedzinie architektury.

Po raz pierwszy w moim młodym życiu byłem niezadowolony z samego siebie. To, czego dowiedziałem się o moich zdolnościach, sprawiło, że postanowiłem zostać architektem. Droga do tego była jednak bardzo trudna. Zemściła się teraz moja niechęć do nauki w szkole realnej. Przyjęcie do akademii było uwarunkowane posiadaniem matury. Nie było możliwe spełnienie mojego marzenia, aby zostać artystą.

Zadziwiające bogactwo i odrażająca nędza przeplatały się w Wiedniu ze sobą w ogromnym kontraście. W centralnych częściach miasta można było czuć tętno dwudziestopięciomilionowego imperium, z wszelkimi niebezpiecznymi powabami tego wielonarodowościowego państwa. Olśniewający blask dworu przyciągał jak magnes bogactwo i inteligencję pozostałych części imperium. Do tego dochodziła jeszcze silna centralistyczna polityka habsburskiej monarchii.

Ona umożliwiała utrzymanie razem tej mieszaniny narodów. jej rezultatem była

nadzwyczajna koncentracja całej władzy w stolicy.

Ponadto Wiedeń nie tylko był politycznym i intelektualnym centrum naddunajskiej monarchii, ale także centrum administracyjnym. Oprócz rzeszy wysokich rangą urzędników państwowych, oficerów, artystów i uczonych znajdowała się w nim jeszcze większa armia robotników, a przytłaczające ubóstwo występowało tuż obok bogactwa arystokracji i kupców.

Tysiące bezrobotnych przewalało się wokół pałaców przy Ringstrasse, a poniżej, via Triumphalis bytowali w brudzie i bagnie bezdomni.

Wiedeń, jak żadne inne niemieckie miasto, najlepiej się nadawał do studiowania problemów socjalnych. Ale, aby nie zrobić błędu, trzeba się znaleźć w samym środku tych problemów, inaczej nic z tego nie pozostanie poza czczym gadaniem i zakłamaną sentymentalnością. Jedno i drugie jest szkodliwe. Pierwsze, bo nie bada sedna zagadnienia, drugie, ponieważ pomija je. Nie wiem, co jest groźniejsze: ignorowanie socjalnych potrzeb, jak czyni większość tych, którym się poszczęściło, i tych, którzy podnieśli się dzięki własnym wysiłkom w codziennej pracy, czy lekceważenie ludzi przez pozbawioną taktu, chociaż zawsze uprzejmą, łaskawą i modną część bab w spódnicach lub spodniach, udającą sympatię dla ludu. Ci ludzie oczywiście grzeszą bardziej z powodu braku instynktu niż próbyzrozumienia. Dziwi ich później brak rezultatów mimo gotowości do pracy społecznej i reakcje sprzeciwu. Stawiają to za dowód niewdzięczności ludu.

Te umysły nie rozumieją, że za pracę społeczną nie wolno domagać się wdzięczności, ponieważ nie rozdzielają jałmużny, ale przywracają w ten sposób prawo. Już wtedy uświadomiłem sobie, że tylko podwójna metoda może przyczynić się do polepszenia warunków bytu, mianowicie: głębokie poczucie socjalnej odpowiedzialności, w celu stworzenia lepszych podstaw naszego rozwoju, połączone z bezlitosną determinacją zniszczenia narośli, którym nie można zaradzić.

Tak jak natura nie koncentruje się na utrzymaniu tego, co jest, lecz aby podtrzymać gatunek doskonali go poprzez rozwój, tak i w życiu nie można ulepszać istniejącego zła, które posiadając naturę człowieka w dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach na sto nie

da się zmienić. Należy więc zapewnić lepsze metody rozwoju od samego początku.

W trakcie walki o egzystencję w Wiedniu zauważyłem, że zadania socjalne wcale nie muszą składać się z pracy charytatywnej, która jest śmieszna i bezużyteczna, ale ich sensem powinno być usunięcie głęboko tkwiących błędów w organizacji naszego życia gospodarczego i kulturalnego, które są powiązane ze sobą, i doprowadzenie do usunięcia

pojedynczych przeszkód, bądź przynajmniej ograniczenie ich znaczenia.

Ponieważ austriackie państwo w praktyce ignorowało całkowicie socjalne prawa, jego

niezdolność do usunięcia złych narośli budziła mój niepokój . Nie wiem, co najbardziej mnie w tym czasie przerażało: ekonomiczna nędza towarzyszy pracy, ich moralne ubóstwo, czy też niski poziom ich duchowego rozwoju.

Jakże często nasza burżuazja unosi się w moralnym oburzeniu, gdy słyszy z ust jakiegoś nieszczęsnego włóczęgi, że jest mu obojętne, czy jest Niemcem, czy nie, byle miał zapewniony byt. Natychmiast głośno protestują i są przerażeni takimi poglądami.

Ale ilu naprawdę zadało sobie pytanie, dlaczego ich poglądy są lepsze. Ilu jest takich,

co pamiętają o wielkości ojczyzny, o swoim narodzie we wszystkich dziedzinach kulturalnego i artystycznego życia, które daje im prawo do dumy wynikającej z przynależności do tego błogosławionego narodu? Jak wielu z nich ma świadomość, że poczucie dumy z własnej ojczyzny zależy od zrozumienia jego wielkości we wszystkich tych dziedzinach?

Szybko i gruntownie nauczyłem się rozumieć coś, czego poprzednio byłem nieświadomy.

Problem nacjonalizmu ludzi jest pierwszym i głównym warunkiem stworzenia zdrowych socjalnych warunków jako podstawy wychowania jednostki. Ponieważ tylko ten, kto poprzez wychowanie i szkołę poznał kulturalną, ekonomiczną, a nade wszystko polityczną wielkość swojej ojczyzny, może uzyskać poczucie dumy, że jest członkiem takiego narodu. Walczyć mogę tylko o coś, co miłuję, miłuję tylko to, co szanuję, a szanuję jedynie to, co rozumiem.

Teraz, gdy obudziło się we mnie zainteresowanie zagadnieniami socjalnymi, zacząłem studiować je gruntownie. Przede mną otworzył się nowy i nieznany świat.

W latach 1909-19IO moje położenie ekonomiczne zmieniło się w takim stopniu, że nie musiałem pracować na chleb jako robotnik pomocniczy. Pracowałem samodzielnie jako malarz i akwarelista.

Psychika szerokich mas nie jest wrażliwa ha pół. Środki i słabości. Podobnie jak kobieta, na której delikatność uczuć mniejszy wpływ ma abstrakcyjna mądrość niż bliżej nieokreślona tęsknota poddania się uczuciom, łatwiej ulegnie mocnemu mężczyźnie niż słabemu, tak i ludzie bardziej kochają mocnego władcę niż słabego i czują większą satysfakcję z doktryny, która nie toleruje rywali, niż z takiej, która uznaje liberalną wolność - naród na ogół nie wie, jak się nią posługiwać i wnet czuje się opuszczony.

Jeżeli doktryna słuszniejsza, ale w praktyce bardziej bezlitosna, przeciwstawi się socjaldemokracji, to ta doktryna, być może w ciężkiej walce, ale zwycięży. Jeszcze przed dwoma laty nie były znane ani zasady socjaldemokracji, ani instrumenty, którymi się w działaniu posługiwała.

Ponieważ socjaldemokracja najlepiej zna wartość siły z własnego doświadczenia,

zwykle atakuje tych, u których wyczuwa instynktownie brak tego elementu.

Z drugiej strony chwali słabość przeciwnika, początkowo ostrożnie, później śmielej,

stosownie do poznanej lub przewidywanej jego wartości.

Mniej obawia się ona bezsilnego geniuszu niż kogoś mocnego, ale miernego pod

względem umysłowym. Najbardziej popiera słabych zarówno na ciele, jak i na duchu. Wie,

jak wywołać wrażenie, iż potrafi zachować spokój, podczas gdy zdobywa jedną pozycję po

drugiej. Stosuje także ciche represje lub jawny rozbój w momentach, gdy uwaga opinii

publicznej jest skierowana ku innym sprawom. Niekiedy nie porusza pewnych spraw

uważając je za nieistotne, aby celowo pobudzać na nowo niebezpiecznego przeciwnika.

Jest to taktyka całkowicie obliczona na ludzką słabość, a jej rezultat jest

matematycznie pewny, chyba że i druga strona nauczy się, jak walczyć.

Słabsze natury muszą wiedzieć, że chodzi tutaj o ich "być albo nie być". Zastraszenie

W warsztatach i fabrykach, na spotkaniach i masowych demonstracjach będzie skuteczne,

dopóki nie natrafi na równą sobie siłę.

Nędza, która dopada robotników, wcześniej czy później kieruje ich do obozu

socjaldemokracji.

Ponieważ mieszczaństwo niezliczoną ilość razy, nie tylko w najgłupszy, ale także i

najbardziej niemoralny sposób występowało przeciwko uzasadnionym Żądaniom ludu -

często bez żadnych korzyści dla siebie - dlatego robotnicy, nawet ci najbardziej zdyscy-

plinowani, byli zmuszani do porzucania działalności w organizacjach związkowych i do

zajmowania się polityką.

W wieku dwudziestu lat nauczyłem się odróżniać związki zawodowe będące

instrumentem obrony socjalnych praw pracujących i walki o lepsze warunki życia dla nich od

związków pełniących funkcję instrumentu partyjnego w politycznej walce klasowej .

Fakt, że socjaldemokracja zrozumiała ogromne znaczenie ruchu związkowego,

umożliwił jej posługiwanie się nim jako instrumentem walki i zapewnił jej sukces.

Mieszczaństwo nie zrozumiało tego, wskutek czego straciło swoją polityczną pozycję.

Wierzyło ono, że pogardliwe odrzucenie tego logicznego przecież postępowania, zada mu

śmierć i zmusi socjaldemokrację do wejścia na drogę pozbawioną logiki. Ponieważ absur-

dem jest twierdzenie, że ruch związkowy jest głównym, wrogiem ojczyzny, prawdziwy musi

być pogląd przeciwny. Jeżeli akcje związków są wymierzone przeciwko klasie stanowiącej

jeden z filarów narodu i odnoszą sukces, to nie są one skierowane przeciwko ojczyźnie czy

państwu, ale w najlepszym tego słowa znaczeniu narodowo. W ten sposób można ukuć

socjalne podstawy, bez których ogólne narodowe uświadomienie jest nie do pomyślenia.

Zyskują one największe zasługi dzięki wykorzenianiu socjalnych narośli rakowatych,

zwalczają choroby zarówno umysłowe, jak i fizyczne i doprowadzają naród do ogólnego

dobrobytu.

Zbędne jest więc pytanie, czy są one potrzebne.

Tak długo, jak między pracodawcami istnieją ludzie o niewielkim stopniu zrozumienia

zagadnień socjalnych lub - przekonani do fałszywych idei sprawiedliwości i uczciwości, jest

nie tylko prawem, ale i obowiązkiem ludzi przez nich zatrudnionych, którzy mimo wszystko

tworzą część naszej narodowości, zabezpieczyć interesy ogółu przeciwko wyzyskowi i

głupocie poszczególnych pracodawców, ponieważ utrzymanie lojalności i zaufania ludzi jest

dla narodu tak samo konieczne, jak utrzymanie go w zdrowiu.

Jeżeli niegodne traktowanie ludzi wywołuje ich opór, wtedy o tej walce zadecyduje

strona, która jest silniejsza, chyba że oficjalny wymiar sprawiedliwości jest przygotowany do

odparcia zła. Ponadto jest zrozumiałe, że poszczególny pracodawca popierany przez połą-

czone siły wszystkich przedsiębiorców może zwrócić się przeciwko zatrudnionym. Jeżeli

oczywiście nie będzie zmuszony oddać zwycięstwa na samym początku.

W ciągu kilkudziesięciu lat pod fachowym okiem socjaldemokracji ruch związkowy

przekształcił się z instrumentu broniącego socjalnych praw ludzi w instrument rujnujący

narodową gospodarkę. Interesy robotników wcale się nie liczyły, ponieważ w polityce za-

stosowanie ekonomicznych nacisków zawsze ma miejsce tam, gdzie jedna strona jest w

wystarczającym stopniu pozbawiona skrupułów, a druga wystarczająco głupia. Od początku tego wieku ruch związkowy zaprzestał służyć swoim pierwotnym celom. Z roku na rok coraz bardziej znajdował się pod wpływem polityki socjaldemokracji i skończył się, użyty jako tama dla walki klas.

" Wolne związki zawodowe" zawisły nad politycznym horyzontem i nad życiem

każdego człowieka, jak chmury burzowe.

To był jeden z najokropniejszych instrumentów terroru przeciwko bezpieczeństwu,

narodowej niezależności i trwałości państwa oraz wolności ludzi.

Przede wszystkim to one przekształciły idee demokracji w odrażające, ironiczne

frazesy przynoszące wstyd wolności i kpiące z braterstwa następującymi słowami "jeżeli nie przyłączysz się do nas, dla twojego dobra rozwalimy ci czaszkę".

Poznałem wówczas tych "przyjaciół ludu". Z biegiem lat moje poglądy stawały się

szersze i głębsze, ale nie znajdowałem przyczyny, aby je zmienić.

Gdy coraz bardziej wnikałem w różne aspekty socjaldemokracji, wzrosło moje

pragnienie zrozumienia istoty jej doktryny.

Oficjalna literatura partii była prawie zupełnie bezużyteczna dla moich celów. Twierdzenia i

argumenty dotyczące zagadnień ekonomicznych, które tam znalazłem, okazały się błędne, a kierunki politycznych celów - fałszywe. Poczułem się dodatkowo odtrącony krętackimi

sposobami przedstawiania faktów.

W końcu znalazłem powiązanie pomiędzy tą destrukcyjną doktryną, a

charakterystycznymi cechami rasy do tej pory mi nie znanej .

Zrozumienie Żydów jest jedynym kluczem do właściwego poznania wewnętrznych, a

więc rzeczywistych f celów socjaldemokracji.

Zrozumienie tej rasy pozwala na odrzucenie błędnych koncepcji dotyczących

przedmiotu i znaczenia tej partii.

Dzisiaj jest mi trudno powiedzieć, jeżeli to w ogóle możliwe, kiedy słowo "Żyd" nabrało dla mnie socjalnego znaczenia. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek usłyszał to słowo w domu

za życia mego ojca. Myślę, że ten starszy pan traktował je jak słowo z innej epoki, jeżeli w

ogóle używał tego terminu. Miał mocne poczucie własnej narodowości, które również na

mnie wywarło swe piętno.

Także w szkole nie znalazłem podstaw do zmiany wyniesionego z domu obrazu

rzeczywistości.

W szkole realnej poznałem żydowskiego chłopca, którego wszyscy traktowaliśmy z

dużą nieufnością. Ta ostrożność spowodowana była jego powściągliwością.

W wieku czternastu, piętnastu lat zacząłem coraz częściej spotykać się ze słowem

"Żyd", szczególnie przy okazji politycznych dyskusji.

Odczuwałem lekką niechęć do tego słowa i nie mogłem powstrzymać się przed

nieprzyjemnym uczuciem wywołanym przez ujawniane w mojej obecności różnice religijne.

Wówczas zagadnienie to widziałem wyłącznie w tym aspekcie.

W Li n z u mieszkało bardzo mało Żydów. W ciągu stuleci upodobnili się do

Europejczyków i nie różnili się wyglądem od innych ludzi: wówczas rzeczywiście patrzyłem

na nich jak na Niemców. Nie była dla mnie jasna błędność tej koncepcji, ponieważ jedynym

wyróżniającym ich szczegółem, który dostrzegałem, była odrębność religijna. Wówczas

myślałem, że to była przyczyn a ich prześladowania, a niechęć, jaką do nich czułem,

przeradzała się w odrazę do siebie. O istnieniu żydowskiej wrogości nie miałem wówczas

pojęcia.

Następnie pojechałem do Wiednia.

Początkowo znajdowałem się pod wrażeniem architektonicznych doznań i byłem zbyt

przybity trudną sytuacją, by uświadomić sobie rozwarstwienie ludzi w tym ogromnym

h1ieścle.

Chociaż Wiedeń liczył wówczas około dwóch tysięcy Żydów j nie widziałem ich wśród

dwu milionów mieszkańców. W czasie pierwszych tygodni moje oczy i umysł nie były zdolne

zauważyć tylu wartości i idei. Stopniowo uspokajałem się i różne wrażenia zaczęły się

stawać wyraźne i oczywiste, przez co zyskiwałem więcej doświadczenia w tym nowym

świecie. Powracałem także do kwestii żydowskiej .

Nie twierdzę, że sposób, w jaki miałem ich poznać, był dla mnie szczególnie miły.

Ciągle jeszcze traktowałem Żydów jako przedstawicieli innej religii i nie zgadzałem się na

atakowanie ich z powodu zwykłej tolerancji religijnej. Uważałem, że ton, używany szczegól-

nie przez wiedeńską antysemicką prasę, niegodny był kulturalnych tradycji wielkiego narodu.

Dręczyło mnie wspomnienie pewnych zdarzeń ze Średniowiecza, których wolę nie

wspominać. Ponieważ prasa nie cieszyła się dobrą reputacją - nigdy nie wiedziałem

dokładnie, skąd to się wzięło - uważałem to bardziej za efekt zazdrości niż rezultat

przewrotności poglądów.

Moje przekonania umocniło to - wydawało mi się to bardziej godne w formie - gdy

naprawdę wielka prasa odpowiadała na ataki albo reagowała milczeniem. Pilnie czytałem tak

zwaną światową prasę ("Neue Freie Presse",. " Wiener Tageblatt", etc.). Stale jednak budził

we mnie odrazę sposób, w jaki ta prasa nadskakiwała dworowi. Zaledwie jakieś wydarzenie

miało miejsce w Hofburgu, a już uderzano w tony pełne; zachwytu bądź krzykliwej reklamy,

stosując idiotyczną' praktykę zwracania się do "najmądrzejszego monarchy" wszystkich

czasów. Uważałem to za skazę na liberalnej demokracji.

Mieszkając w Wiedniu z wielkim zainteresowaniem śledziłem, podobnie jak

wcześniej, wszelkie wypadki w Niemczech, związane z politycznymi lub kulturalnymi

zagadnieniami. Z dumą i podziwem porównywałem wzrost znaczenia Rzeszy z upadkiem

państwa austriackiego. Gdy polityka zagraniczna w całości mnie satysfakcjonowała, martwiła

mnie często polityka wewnętrzna. Kampania przeciwko Wilhelmowi II nie wzbudziła mojej

aprobaty. Uważałem go nie tylko za cesarza niemieckiego, . ale przede wszystkim za twórcę

niemieckiej floty. Fakt, że Reichstag zakazał cesarzowi przemówień, rozgniewał mnie,

ponieważ zakaz nie miał mocy prawnej.

Byłem wściekły, że w tym państwie każdemu głupcowi wolno krytykować i

występować w Reichstagu jako prawodawcy, że osoba nosząca koronę imperium może być

strofowana przez najgłupszą i najbardziej absurdalną instytucję w każdym czasie .Jeszcze

bardziej byłem oburzony tym, że wiedeńska prasa, która kłaniała się z szacunkiem

najniższemu z niskich, jeżeli zaliczał się do dworu, teraz z udawanym niepokojem, ale także

- jak zauważyłem - z ukrytą wrogością dawała wyraz swym zastrzeżeniom do cesarza

Niemiec. Muszę przyznać, że jedna z antysemickich gazet, " Wentsche Volksblatt",

zachowywała większą przyzwoitość pisząc na ten temat.

Działał mi też na nerwy sposób, w jaki prasa odnosiła się do Francji. Wstyd było się

przyznać, że jest się Niemcem, słysząc słodki hymn na cześć tego " wielkiego, kulturalnego

narodu". To powodowało, że częściej odrzucałem tę "światową prasę". Sięgałem wtedy po

"Volksblatt", który był mniejszy, ale uczciwiej przedstawiał poglądy na te sprawy. Nie

zgadzałem się z ich napastliwym antysemickim tonem, ale znalazłem w nim argumenty,

które wywołały u mnie refleksje.

W każdym razie dowiedziałem się z niego o człowieku i ruchu, którzy później

zadecydowali o losie Wiednia: doktorze Karlu Luegerze i Partii Chrześcijańsko-

Socjalistycznej .

Po przybyciu do Wiednia byłem ich wrogiem .W moich oczach ten człowiek i ta

organizacja były wówczas "reakcyjne".

Kiedy pewnego razu spacerowałem po mieście, napotkałem jakąś istotę z czarnymi

pejsami, w długim kaftanie. Moją pierwszą myślą było, czy jest to Żyd. W Li n z u wyglądali

oni zupełnie inaczej. Ostrożnie obserwowałem tego mężczyznę, ale im dłużej wpatrywałem

się w niego i badałem jego rysy, tym bardziej nasuwało mi się pytanie: czy to jest Niemiec?

Jak zwykłe przy takich okazjach próbowałem rozwiać moje wątpliwości przy pomocy

książek. Pierwszy raz w życiu kupiłem za kilka halerzy antysemickie broszury. Niestety

wszystkie one zdawały się być napisane dla czytelnika, który ma przynajmniej częściową

wiedzę na temat zagadnień żydowskich. W końcu ton większości z nich był taki, że znowu

ogarnęły mnie wątpliwości, ponadto twierdzenia w nich zawarte nie były poparte naukowymi

argumentami.

Sprawa ta wydawała się tak bardzo rozległa, a jej badanie zbyt długotrwałe, że

nękała mnie obawa, abym nie wyrządził komuś krzywdy. Znowu ogarnęła mnie niepewność i

niepokój .

Nie mogłem dłużej wątpić, ten problem nie dotyczył ludzi innej wiary, ale odrębnego

narodu. Jak tylko zacząłem studiować to zagadnienie i zwróciłem uwagę na Żydów, ujrzałem

Wiedeń w innym świetle. Teraz gdziekolwiek nie poszedłem widziałem Żydów, a im częściej

ich spotykałem, tym wyraźniej zauważałem, że, różnili się od innych ludzi. Szczególnie

śródmieście i rejony znajdujące się na północ od kanału Dunaju; roiły się od ludzi

niepodobnych do Niemców.

Mimo to wciąż miałem wątpliwości, a moje wahania rozwiali sami Żydzi.

Wielki ruch, który rozszerzał się wśród nich, był szeroko reprezentowany zwłaszcza w

Wiedniu. Był to syjonizm.

Oczywiście wyglądało to tak, jakby tylko część Żydów zajmowała taką postawę,

większość natomiast rzeczywiście szczerze odrzucała takie zasady. Jednak przy

baczniejszej obserwacji, zjawisko to rozwiało się we mgle teorii, faktycznie ze względów

praktycznych, ponieważ tak zwani liberalni Żydzi nie uznawali syjonistów, ale nie jako nie-

Żydzi, ale po prostu jako Żydzi, którzy uważali syjonizm za niepraktyczny, mało tego, może

nawet za niebezpieczny dla judaizmu.

Ale ich wewnętrzna solidarność jest trwała.

Pozorny rozdźwięk pomiędzy syjonistami i liberalnymi Żydami w krótkim czasie

przyprawił mnie o mdłości. Wydawał się być nieszczery od początku do końca, cały był

kłamstwem, a co więcej, niegodny był stale wychwalanej wzniosłości i czystości moralnej

tego narodu.

Judaizm wiele stracił w moich oczach, kiedy poznałem przejawy jego działalności w

prasie, literaturze i dramatopisarstwie. Na nic nie zdadzą się już obłudne zapewnienia.

Wystarczy tylko popatrzeć na ich plakaty i przestudiować nazwiska tych natchnionych

twórców obrzydliwych wymysłów na potrzeby kina czy teatru, które są im przypisywane, żeby

się na nie na zawsze uodpornić. Ta zaraza, która została wszczepiona naszemu narodowi,

była gorsza niż czarna śmierć.

Zacząłem uważnie studiować nazwiska wszystkich twórców tych plugawych

produktów życia artystycznego. Efektem była coraz bardziej nieprzychylna postawa, jaką

kiedykolwiek zajmowałem w stosunku do Żydów. Chociaż moje uczucia mogły się

sprzeciwiać temu tysiąc razy, rozum musiał jednak wyciągać właściwe wnioski.

Pod tym samym kątem zacząłem badać moją ulubioną "prasę światową".

Liberalne tendencje w tej prasie postrzegałem teraz w innym świetle: jej

uszlachetniony ton w odpowiedzi na ataki lub zupełne ich ignorowanie był dla mnie chytrym,

nędznym trikiem. Ich genialnie napisane recenzje teatralne zawsze faworyzowały

żydowskich autorów, a krytyka dotyczyła wyłącznie Niemców. Ich uszczypliwe docinki

przeciwko Wilhelmowi II, podobnie jak ich podziw dla francuskiej kultury i cywilizacji

wykazywały zgodność ich metod. To nie mógł być przypadek.

Teraz, kiedy poznałem Żydów jako przywódców socjaldemokracji, otworzyły mi się

oczy. Moja długotrwała walka wewnętrzna do biegała końca.

Stopniowo zdawałem sobie sprawę, że socjaldemokratyczna prasa była w większości

kontrolowana przez Żydów. Nie przywiązywałem do tego większej wagi, ale dokładnie taka

sama sytuacja była w innych gazetach. Należy jednak zauważyć, że nie istniało ani jedno

czasopismo kierowane przez Żydów, które miałoby charakter narodowy.

Próbowałem odrzucić niechęć i czytać tę prasę, ale moja odraza rosła w miarę

lektury. Dlatego byłem ciekawy autorów tego narodowego draństwa; poczynając od

wydawców wszyscy byli Żydami.

Zauważyłem, że autorami wszelkich ukazujących się socjaldemokratycznych broszur byli,

bez wyjątku, Żydzi. Stwierdziłem, że nazwiska prawie wszystkich przywódców, a na pewno

ogromnej większości, należały do "narodu wybranego", obojętnie czy byli to członkowie

parlamentu austriackiego, czy sekretarze związków zawodowych, przewodniczący

organizacji lub uliczni agitatorzy. Wszędzie widoczny by l ten sam ponury obraz. Na zawsze

pozostały w mej pamięci nazwiska: Austerlik, Dariel, Adler, Ellenbogen itd.

Jedna rzecz stała się teraz dla mnie zupełnie jasna, przywództwo partii, z którym od

miesięcy prowadziłem zażartą walkę, było prawie zupełnie w rękach obcego narodu.

Dowiedziałem się w końcu, ku mojej wewnętrznej satysfakcji, że Żyd nie był Niemcem.

Dopiero teraz nabrałem całkowitej pewności, że działali oni na szkodę naszego

narodu.

Im dłużej walczyłem z nimi, tym lepiej poznawałem ich dialektyczne metody. Bazowali

na głupocie swoich przeciwników, a gdy to nie przynosiło rezultatów, udawali, że nie wiedzą,

o co chodzi. Jeżeli sytuacja nie była dla nich korzystna, szybko zmieniali temat i te same

banały stosowali do zupełnie innego zagadnienia. Dopasowywali je w sposób dowolny i

ogólnikowy, chcąc sprawić wrażenie, że posiadają rzetelną wiedzę. Gdy jednak przystawiało

się takiego osobnika do muru, tak że nie miał innego wyjścia i musiał przytaknąć, wydawało

nam się, że posunęliśmy się do przodu. Jakież ogromne było nasze zdziwienie, gdy

nazajutrz Żyd nic nie pamiętał i dalej opowiadał swoje skandaliczne bzdury, jakby nic się nie

stało. Nie mógł sobie nic przypomnieć, oprócz udowodnionych już raz prawd swoich

twierdzeń.

Ze zdumienia stawałem jak wryty. Nikt nie wiedział czemu bardziej się dziwić -

błyskotliwości ich odpowiedzi czy umiejętności kłamania. Stopniowo zaczynałem to

nienawidzić.

Wszystko to miało jednak dobrą stronę. Moja miłość do narodu niemieckiego

wzrastała wszędzie tam, gdzie miałem do czynienia z propagatorami socjaldemokracji.

Na podstawie codziennych doświadczeń zaczynałem szukać źródeł marksistowskiej

doktryny. Jej przejawy były jeszcze dla mnie widoczne w indywidualnych przypadkach. Bez

odpowiedzi pozostawało ciągle pytanie, czy twórcom znany był rezultat osiągnięty w prak-

tyce, czy też stali się ofiarami błędu.

Zacząłem zapoznawać się z twórcami doktryny, aby poznać zasady tego ruchu.

Dzięki znajomości, chociaż niezbyt rozległej, problemu żydowskiego, osiągnąłem

swój cel szybciej, niż się tego spodziewałem. Umożliwiło mi to w praktyce porównanie

rzeczywistości z teoretycznymi twierdzeniami orędowników socjaldemokracji. Nauczyłem się

rozumieć metody Żydów.

Dokonywały się we mnie wówczas największe zmiany, jakich kiedykolwiek

doświadczyłem. Z szarego obywatela stałem się fanatycznym antysemitą.

Żydowska doktryna marksistowska odrzuca arystokratyczne prawo natury i w miejsce

odwiecznego przywileju siły kładzie masy i znaczenie ilości. W ten sposób zaprzecza

indywidualnej wartości człowieka, nie uznaje, aby narodowość i rasa były wartością,

pozbawia znaczenia ludzką egzystencję i kulturę.

Jeżeli Żyd z pomocą swego marksistowskiego credo podbije narody świata, jego panowanie

będzie końcem ludzkości, a nasza planeta, bezludna jak przed milionami lat, będzie pędzić w

eterze.

Odwieczna natura bezwzględnie karze tych, którzy; łamią jej prawa.

To daje mi przekonanie, że działam w imieniu Wszechmogącego Stwórcy.

ROZDZIAŁ III

Poglądy polityczne z okresu wiedeńskiego

Generalnie rzecz biorąc myśl polityczna w starej naddunajskiej monarchii była

bogatsza i miała szerszy zakres niż w Niemczech w tam samym czasie, z wyjątkiem Prus,

Hamburga i wybrzeża Morza Północnego.

Niemiecki Austriak, żyjąc w granicach wielkiego imperium, nigdy nie stracił poczucia

obowiązków z tego wynikających. Tylko on w tym państwie poza granicami cesarstwa widział

jeszcze granice imperium. Chociaż przeznaczenie oderwało go od wspólnej ojczyzny, do

końca jednak próbował dokonać wielkiego zadania, polegającego na utrzymaniu tego

imperium dla Niemiec, bo zdobyli je jego przodkowie w trwających wiele wieków walkach na

wschodzie. W sercach i w pamięci najlepszych Niemców nigdy nie wygasła sympatia dla

wspólnej ojczyzny-matki.

Krąg widzenia Niemca austriackiego był szerszy niż mieszkańców reszty imperium.

jego stosunki ekonomiczne często obejmowały całe imperium. Prawie wszystkie wielkie

zakłady znajdowały się w jego rękach, podobnie jak stanowiska urzędnicze i techniczne.

Poza tym zajmował się handlem zagranicznym, o ile Żydostwo nie zdążyło położyć ręki na

tej dziedzinie. Niemiecki Austriak - rekrut - powoływany był do niemieckiego regimentu, z tym

że ów regiment mógł także stacjonować w Herzegowinie, jak w Wiedniu czy Galicji. Korpus

oficerski pozostawał niemiecki, w tymi zwłaszcza wyżsi oficerowie. Sztuka i nauka były

niemieckie. W muzyce, architekturze, rzeźbiarstwie i malarstwie Wiedeń był niewyczerpanym

źródłem nowych prądów.

Także polityka zagraniczna była kierowana przez Niemców, chociaż można się było

również doliczyć kilku Węgrów .

Mimo to możliwości utrzymania imperium były niewielkie, ponieważ brakowało

najważniejszych założeń. W austriackim imperium wielonarodowościowym jedyną

możliwością przezwyciężenia tendencji odśrodkowych poszczególnych nacji mogło być

zarządzanie centralne i zorganizowanie wewnętrzne. W innym wypadku nie mogło ono

przetrwać.

Rzeszę niemiecką, w przeciwieństwie do Austrii, gdzie warunki były odmienne,

zamieszkiwał jeden naród.

W różnych krajach Austrii, z wyjątkiem Węgier, przeszłość nie odgrywała większej

roli, być może zniszczył ją czas. Za to rozwijały się w nich ruchy narodowościowe, których

zwalczanie było trudne. Na obrzeżach monarchii zaczęły się tworzyć państwa narodowo-

ściowe.

Sam Wiedeń nie mógł przez dłuższy czas tej walki wytrzymać.

Kiedy Budapeszt stał się wielkim miastem, okazał się rywalem Wiednia. Od tej pory

już nie wzmacniał całej monarchii, lecz tylko jej część. Wkrótce Praga poszła za jego

przykładem, następnie Lwów i inne centra.

Od śmierci Józefa II w 1790 roku ten proces był coraz bardziej widoczny. Jego

szybkość zależała od różnych czynników, które częściowo znajdowały się w samej

monarchii, a częściowo były rezultatem posunięć Austrii w polityce zagranicznej .

Jeżeli walka o utrzymanie państwa miała być poważna i skuteczna, to osiągnąć ten

cel można było jedynie poprzez bezwzględną i konsekwentną centralizację. Ale to

wymagałoby wprowadzenia zasady jednolitego języka państwowego, a więc także

przygotowania technicznych instrumentów wprowadzenia go drogą administracyjną,

ponieważ bez tego państwo nie może przetrwać. Jedynym sposobem osiągnięcia tej

jednolitości jest wyrobienie świadomości już w szkole i w ogóle w czasie pobierania nauki.

Nie można tego osiągnąć w dziesięć czy dwadzieścia lat, a dopiero w ciągu wieków,

ponieważ tak jak w przypadku wszelkich problemów kolonizacyjnych konsekwentne dążenie

do celu jest znacznie ważniejsze niż spazmatyczne wysiłki.

Austriackie imperium nie składało się z podobnych narodów - nie łączyła ich wspólna

krew, ale raczej wspólna pięść. Słabość kierownictwa niekoniecznie musi prowadzić do

odrętwienia w państwie, ale może obudzić indywidualne instynkty.

Niezrozumienie tego jest być może największą winą Habsburgów.

Józef II, cesarz rzymski narodu niemieckiego, rozumiał, że jego "Dom" stanie nad

przepaścią i dostanie się w wir babilonu ras, chyba że w ostatniej chwili uda mu się naprawić

słabe strony dokonań jego poprzedników. Ten "przyjaciel ludu" zaczął z nadludzką energią

naprawiać zaniedbania poprzednich władców i próbował w okresie dziesięciu lat odzyskać

to, co zostało wypuszczone z rąk w ciągu stuleci. Jego następcy nie stanęli na wysokości

zadania ani duchem, ani siłą woli.

Rewolucja 1848 roku była, być może wszędzie, walką klas, lecz w Austrii była ona

początkiem walki narodów. Ale Niemiec, zapominając o swoim pochodzeniu i nie zdając

sobie sprawy z jego znaczenia stanął w służbie ruchu rewolucyjnego i przypieczętował w ten

sposób swój los.

Odegrał znaczną rolę w budzeniu ducha światowej demokracji, która w krótkim czasie

obrabowała gol z podstaw jego egzystencji.

Utworzenie reprezentacyjnego ciała parlamentu, bez[ uprzedniego ustanowienia

języka państwowego, stanowiło początek końca panowania niemieckiej rasy; od tej chwili

samo państwo wydało na siebie wyrok. To, co następnie się stało, było już tylko ewolucją

imperium.

Nie chcę wchodzić w szczegóły, ponieważ nie jest to celem tej książki, chcę jedynie

rozważyć te wypadki, które będąc zawsze przyczynami upadku narodów i państw, mają

znaczenie dla naszej epoki, a i mnie pomogą ustalić zasady własnej myśli polityczne).

Wśród instytucji wskazywanych zwykłym obywatelom - chociaż nietrudno było

zauważyć, że monarchia jest rozbita - najważniejszą, stanowiącą podstawową jakość był

parlament, czy jak go zwano w Austrii Reichsrat.

Jest oczywiste, że parlament w Anglii, kraju "klasycznej" demokracji, był ojcem tego

ciała. Ta błogosławiona instytucja została przeniesiona stamtąd w całości i osadzona w

Wiedniu bez istotnych zmian.

Angielski dwuizbowy system rozpoczął swój byt w "Abgeordnetenhaus und

Herrenhaus". Jednak "domy" się nieco różniły. Gdy Barry pozwolił na wyłonienie się pałacu z

fal Tamizy, zaczerpnął z historii brytyjskiego imperium natchnienie udekorowania tysiąca

dwustu nisz, konsoli i kolumn tego wspaniałego gmachu. W ten sposób w rzeźbiarstwie i

malarstwie Izba Lordów i Wspólna Izba Reprezentantów stały się Świątynią narodowej

chwały.

To był pierwszy problem Wiednia. Gdy Duńczyk Hansen ukończył ostatnią wieżyczkę

marmurowego pałacu dla przedstawicieli narodów, nie pozostawało mu nic innego jak

zapożyczyć ornamenty z antyku. Greccy i rzymscy mężowie stanu i filozofowie upiększyli ten

teatralny gmach "zachodniej demokracji", a na szczycie z symboliczną ironią umieszczono

kwadrygę obracającą się na cztery strony świata i obrazującą rozbieżne tendencje wewnątrz

państwa.

Inne narodowości uznały za zniewagę i prowokację fakt, że tą pracą gloryfikowano

austriacką historię, podobnie jak i to, że w imperium niemieckim ośmielono się poświęcić

budynek Reichstagu w Berlinie "narodowi niemieckiemu".

Los Niemców w państwie austriackim zależał od ich siły w Reichsracie. Do czasu

wprowadzenia powszechnego i tajnego głosowania Niemcy posiadali większość w

parlamencie. Nawet wtedy, gdy socjaldemokracja nie była jeszcze uważana za niemiecką

partię. Od wprowadzenia powszechnego głosowania Niemcy stracili liczebną przewagę.

Teraz nie było już żadnych przeszkód w dalszej degeneracji państwa.

Obecna demokracja zachodnia jest zwiastunem marksizmu, który nie powstałby bez

demokracji. Jest ona pożywką zarazy rozwijającej się na świecie. W swojej zewnętrznej

formie wyrazu - w systemie parlamentarnym - pojawia się ona jako "potworność gówna i og-

nia" (ein Spottgebust aus Dreck und Feuer), ku memu ubolewaniu jej ogień wypalił się zbyt

szybko.

Jestem bardzo wdzięczny losowi, że ten problem stanął przede mną jeszcze w

Wiedniu. Obawiam się, że w Niemczech znalazłbym zbyt łatwo odpowiedź na to pytanie.

Gdybym za pierwszym pobytem w Berlinie poznał absurdalność związaną z

funkcjonowaniem parlamentu, mógłbym popaść w przeciwną skrajność, to znaczy popierać

idee imperialne i bez zastanowienia stanąć w opozycji do ludzkości.

W Austrii to było niemożliwe. Nie tak łatwo było popełnić tak prosty błąd. Jeżeli parlament nic

nie był wart, Habsburgowie jeszcze mniej znaczyli, w każdym razie nie więcej.

Parlament podejmuje decyzję, jej konsekwencje są fatalne - nikt nie ponosi

odpowiedzialności, nikt nie ma obowiązku wytłumaczyć się z tego. Czy parlament bierze

odpowiedzialność za rząd, który wyrządził ! wszelkie szkody i po prostu ustępuje z urzędu?

Albo czy parlament się rozwiązuje, kiedy zmienia się koalicja? Czy w ogóle większość może

być za cokolwiek odpowiedzialna? Czyż każda koncepcja odpowiedzialności nie jest

związana z jednostką? A czy w praktyce jest możliwe oskarżenie jakiejś osobistości z rządu

o machinacje?

Czy sądzimy, że rozwój tego świata bierze się z połączonej inteligencji większej

grupy, a nie z umysłu poszczególnych jednostek? Albo czy wyobrażamy sobie, że w

przyszłości będziemy mogli pomijać ten aspekt ludzkiej kultury?

Czy przeciwnie, nie jest teraz nawet bardziej potrzebny niż dawniej?

Czytelnikowi żydowskich gazet trudno sobie wyobrazić zło spowodowane przez

nowoczesne instytucje demokracji, kontrolowane przez parlament, chyba że nauczył się

samodzielnie myśleć i badać. J es t to podstawowa przyczyna zalania naszego politycznego

życia najbardziej bezwartościowymi zjawiskami naszych czasów.

Jednej rzeczy nie wolno nigdy zapomnieć. Większość nie może nigdy zastąpić

jednostki. Większość jest nie tylko obrońcą głupoty, ale także tchórzliwej polityki i tak jak stu

głupców nie może stać się jednym mądrym, tak i bohaterskiej decyzji nie może wydać stu

tchórzy.

Daleko bardziej skutecznym podziałem w politycznej edukacji, którą w tym przypadku

jest właściwiej nazywać propagandą, jest ten, który przypisuje się prasie zajmującej się

"pracą uświadamiającą" i w ten sposób będącej w pewnym sensie rodzajem szkoły dla

dorosłych. Ta nauka nie leży jednak w gestii państwa, bo jest przejęta przez siły w

przeważającej części pośledniego charakteru. Gdy jeszcze jako młody człowiek byłem w

Wiedniu, miałem najlepszą sposobność poznać właścicieli i mądrych rzemieślników tej

maszyny do masowej edukacji. Z początku dziwiłem się, jak w krótkim czasie te złe siły w

państwie zdołały tak bardzo wpłynąć na opinię publiczną. W ciągu kilku dni ten absurd stał

się sprawą państwową w wielkich konsekwencjach, podczas gdy w tym samym czasie pod-

stawowe problemy poszły w zapomnienie albo może należałoby raczej powiedzieć, że

zostały skradzione z pamięci i pola widzenia.

Tym samym w ciągu kilku tygodni wylansowano nazwiska i związano z nimi

nieprawdopodobne nadzieje. Zyskały one taką popularność, której nie mógłby osiągnąć

przez całe życie naprawdę wielki człowiek, i to nazwiska, o których jeszcze miesiąc

wcześniej nikt nie słyszał, podczas gdy stare zaufane postacie życia publicznego i

państwowego poszły w zapomnienie albo zostały obrzucone takimi pomówieniami, że

mogłyby stać się symbolem hańby. Trzeba było koniecznie badać te niegodziwe, żydowskie

metody równocześnie w setkach miejsc, aby móc ocenić w pełni niebezpieczeństwo grożące

ze strony tych łajdaków.

Najszybciej, najłatwiej uchwycimy bezsens i niebezpieczeństwo tej niemoralności,

jeżeli porównamy system demokracji parlamentarnej z prawdziwą niemiecką demokracją.

Najpierw należy zwrócić uwagę na to, że liczba po. wiedzmy pięciuset osób, które

zostały wybrane, jest powołana do decydowania w każdej sprawie. W praktyce oni sami są

rządem, ponieważ gabinet wybrany z tej liczby osób tylko pozornie kieruje sprawami

państwowymi. Ten tak zwany rząd faktycznie nie może podjąć żadnego działania bez

uprzednio otrzymanej zgody zgromadzenia ogólnego. W tej sytuacji nie może za cokolwiek

odpowiadać, ponieważ ostateczna decyzja nigdy do niego nie należy, ale pozostaje w rękach

parlamentarnej większości. On istnieje, aby po prostu wykonywać wolę większości we

wszystkich przypadkach.

Celem obecnej demokracji nie jest ukształtowanie zgromadzenia mądrych ludzi, ale

raczej zebranie tłumu, który jest do niczego nieprzydatny, daje się łatwo poprowadzić w

określonym kierunku, szczególnie jeżeli inteligencja poszczególnych jednostek jest

ograniczona.

Ten parlamentarny system w ostatnich latach ustawicznie zmierzał w kierunku

osłabienia państwa habsburskiego. Ponieważ przewaga niemieckiego elementu została

złamana, system służy rozgrywkom poszczególnych narodowości. Generalnie linia rozwoju

została wytyczona przeciwko Niemcom. W szczególności od czasu, gdy następca tronu,

arcyksiążę Franciszek Ferdynand, zaczął zyskiwać na znaczeniu i poparł czeskie wpływy.

Przyszły władca monarchii usiłował wszelkimi środkami doprowadzić do procesu

degermanizacji. Dlatego często niemieckie miejscowości poddawane były powoli, ale

skutecznie obcojęzycznym wpływom nacji. W dolnej Austrii proces ten posuwał się znacznie

szybciej i wielu Czechów uważało Wiedeń za swoje miasto.

Główna myśl tego nowego Habsburga, którego rodzina mówiła po czesku (żona

arcyksięcia była hrabianką czeską, a w kręgach, z których pochodziła, panowała tradycja

antyniemiecka), zmierzała do założenia w Europie Środkowej państwa słowiańskiego o opcji

katolickiej i miała stanowić zabezpieczenie przed ortodoksyjną Rosją. W ten sposób religia

ponownie została wciągnięta do służby koncepcjom politycznym, co często miało miejsce u

Habsburgów.

Rezultat pod wieloma względami był tragiczny. Ani dom Habsburgów, ani kościół

katolicki nie otrzymały spodziewanych korzyści.

Habsburg stracił tron, Rzym - wielkie państwo.

Po wojnie 1870 roku dom Habsburgów powoli, z premedytacją i determinacją podjął

wysiłek wykorzenienia niebezpiecznej niemieckiej rasy - było to celem słowianofilskiej

rodziny monarchy.

Z poczuciem patriotyzmu ludzie po raz pierwszy przekształcili się w rebeliantów -

rebeliantów buntujących się nie przeciwko państwu, ale przeciwko systemowi rządzenia,

który zmierzał do zniszczenia własnego narodu.

Po raz pierwszy w najnowszej historii Niemiec uwidoczniła się różnica pomiędzy

patriotyzmem dynastycznym, a miłością do ojczyzny i narodu.

Nie wolno zapominać - jest to generalna zasada iż najwyższym celem nie może być

utrzymanie państwa czy rządu, ale raczej ochrona jego narodowego charakteru.

Ludzie prawa są ponad prawami państwa.

Jeżeli w swojej walce o prawa ludzkie naród przegrywa i jest nieprzygotowany lub

niezdolny do walki przetrwanie, to opatrzność zadecyduje o jego końcu .

Świat nie jest dla tchórzliwych narodów.

Wszystko, co było związane z powstaniem i przeminięciem ogólnoniemieckiego ruchu

z jednej strony8i i znacznego rozwoju partii chrześcijańsko-socjalistycznej z drugiej strony,

miało dla mnie duże znaczenie jako przedmiot badań.

Rozpocząłem je od dwóch osób uważanych za założycieli i przywódców dwóch

narodów: Georga Von Schönerera oraz doktora Karla Luegera.

Obaj byli czymś więcej niż przeciętnymi parlamentarnymi osobistościami. W całym

tym bagnie ogólnej politycznej korupcji ich życie pozostało czyste i nie budziło zastrzeżeń.

Pierwotnie moja sympatia skierowana była na Schönerera, ale stopniowo skłaniałem się

również ku przywódcy ruchu chrześcijańsko-demokratycznego.

Porównując ich zdolności uznałem, że Schönerer jest lepszym myślicielem w

zakresie podstawowych problemów. To on, jaśniej i wyraźniej niż ktokolwiek inny, dostrzegł

nieuchronny koniec austriackiego państwa. Gdyby uważniej słuchano jego ostrzeżeń

dotyczących monarchii habsburskiej, nigdy nie doszłoby do nieszczęścia wojny światowej, w

której Niemcy miały przeciwko sobie całą Europę. Schönerer zdawał sobie jednak sprawę z

istoty problemów, które mylnie ocenił.

Siła Luegera tkwiła w tym, że posiadał rzadką znajomość ludzi, a szczególnie unikał

ich idealizowania. Dzięki temu realniej oceniał możliwości, podczas gdy Schönerer miał dla

spraw życiowych mniejsze zrozumienie. Wszystkie pangermańskie idee pod względem

teoretycznym były słuszne, ale brakowało siły i zrozumienia, by tę wiedzę umiejętnie

pokazać szerokiemu ogółowi.

Niestety dostrzegał on tylko w niewielkim stopniu nadzwyczajne ograniczenia woli

walki "mieszczaństwa", które unikało ruchu, bo miało zbyt dużo do stracenia angażując się w

sprawy gospodarcze.

Ten brak zrozumienia dla niższych warstw społecznych spowodował, że jego poglądy

na zagadnienia społeczne nie przystawały do rzeczywistości.

W tym wszystkim doktor Lueger był przeciwieństwem Schönerera, który rozumiał

znakomicie, że siła walki wyższej warstwy mieszczaństwa jest obecnie mała i

niewystarczająca do osiągnięcia zwycięstwa przez ten wielki, mocny ruch. Przygotował

użycie wszelkich dostępnych środków, aby przyciągnąć już istniejące instytucje i czerpać z

tych starych źródeł władzy jak największe korzyści dla swego ruchu.

Swoją nową partię oparł przede wszystkim na Średnich warstwach, których byt był

zagrożony i dzięki temu były gotowe do wszelkich poświęceń i zdolne do uporczywej walki.

Jego nadzwyczajna mądrość w utrzymywaniu stosunków z kościołem katolickim pozwoliła

mu pozyskać sobie młodszy kler. W rzeczywistości stara partia klerykalna została zmuszona

do ustąpienia pola albo do przyłączenia się do nowej partii, w nadziei stopniowego

odzyskiwania utraconej pozycji.

Wielką niesprawiedliwość uczyniłoby się temu człowiekowi, gdyby uznać powyższe

za jedyne osiągnięcie, ponieważ był nie tylko wielkim taktykiem, ale także wielkim

inspiratorem reform. Ograniczały go w tym brak dostatecznej wiedzy o dostępnych mu

możliwościach oraz pułap jego własnych zdolności.

Cele, jakie ten naprawdę wybitny człowiek postawił przed sobą, były rzeczywiście

praktyczne. Pragnął zdobyć Wiedeń, serce monarchii. Z tego miasta ostatnie ślady życia

przenikały do chorego i wyczerpanego organizmu rozkładającego się imperium. Jeżeli serce

będzie zdrowe, wtedy i reszta ciała odżyje - ta zasadniczo właściwa idea mogła ujawnić się

dopiero po pewnym czasie.

W tym tkwiła słabość tego człowieka.

Jego osiągnięcia, jako burmistrza miasta, są w najlepszym tego słowa znaczeniu

nieśmiertelne, ale mimo to nie mógł uratować monarchii. Było za późno.

Jego przeciwnik Schönerer widział ten problem jaśniej. To, co doktor Lueger wziął w

swoje ręce, doprowadzał do pomyślnego końca. Schönerer natomiast nie mógł zrealizować

swoich zamierzeń, ale jego obawy spełniły się w okropny sposób.

Wskutek tego żaden z nich nie osiągnął zamierzonego celu. Lueger nie potrafił ocalić

Austrii, a Schönerer nie mógł uchronić narodu niemieckiego przed upadkiem.

Dzisiaj jest dla nas bardzo pouczające badanie przyczyn niepowodzenia obu tych

partii. To jest podstawowe zadanie dla moich przyjaciół, ponieważ w wielu [ punktach obecne

warunki są podobne do tamtych i ich znajomość może nam pomóc uniknąć tych błędów,

które doprowadziły do upadku jednych, a do jałowości drugich. .

Upadek ogólnoniemieckiego ruchu był spowodowany brakiem przywiązywania od

początku najwyższej wagi do pozyskania zwolenników wśród szerokich mas społecznych.

Stał się mieszczański i godny szacunku, ale pod spodem był radykalny.

Pozycja Niemiec w Austrii była beznadziejna od czasu powstania ruchu

ogólnoniemieckiego. Z roku na rok parlament coraz bardziej niszczył naród niemiecki. Każda

próba uratowania go polegała na usunięciu tej instytucji.

Ruch ogólnoniemiecki wszedł do parlamentu i został pokonany.

Największym forum słuchaczy nie jest izba parlamentu, ale większe publiczne

zgromadzenie. Tysiące ludzi przychodzi po prostu słuchać, co mówca ma do powiedzenia,

podczas gdy w parlamencie jest obecnych tylko kilkaset osób. W dodatku większość z nich

jest obecna tylko po to, by otrzymać diety, a nie aby stać się mądrzejszą mądrością jednego

bądź drugiego przedstawiciela ludu.

Przemawianie przed takim forum jest rzucaniem pereł przed wieprze, naprawdę nie

jest to warte zachodu. W ten sposób nie można osiągnąć żadnego rezultatu.

Tak to było. Członkowie ogólnoniemieckiego ruchu mogli zabierać głos bez nadziei

na jakikolwiek rezultat. Prasa albo całkowicie ich ignorowała, albo okaleczała ich

przemówienia przekręcając sens lub go wręcz całkowicie gubiąc. Opinia publiczna

otrzymywała więc zniekształcony obraz tego ruchu. Nie miało znaczenia, o czym

poszczególni posłowie mówili, ważne było to, co reszta otrzymywała do czytania. A były to

streszczenia ich przemówień, które mogły tworzyć wrażenie bezsensowności. Poza tym

forum, przed którym przemawiali, liczyło pięciuset parlamentarzystów i sam ten fakt mówi za

siebie.

Najgorsze było jednak co innego.

Ruch ogólnoniemiecki mógł osiągnąć sukces tylko wtedy, kiedy zrozumiałby od

pierwszej chwili, że jego celem jest stworzenie nowego światopoglądu, a nie założenie nowej

partii. Tylko to mogło pobudzić wewnętrzne siły do walki i doprowadzić ją do końca. Do tego

jednak potrzebne są najlepsze i najodważniej s z e umysły.

Jeżeli walki o nowy światopogląd nie prowadzą bohaterowie gotowi do poświęceń, to

w krótkim czasie nie znajdzie się nikt gotowy do poświęcenia życia. Człowiek, który wałczy

tylko dla siebie, niewiele może dać ogółowi. Ciężką walkę, którą ruch ogólnoniemiecki

stoczył z kościołem katolickim, można wyjaśnić tylko brakiem zrozumienia psychologicznych

cech ludzi.

Aby przekształcić Austrię w państwo słowiańskie stosowano różne metody: czescy

księża zajmowali czysto niemieckie parafie przedkładając interesy własnego narodu nad

interesy kościoła i stawali się zarzewiem antyniemieckiego procesu.

Duchowieństwo niemieckie zawiodło całkowicie. Nie tylko było zupełnie niezdolne do

walki o niemieckie prawa, ale nawet do wystarczająco silnego oporu wobec ataków innych.

Wskutek tego naród niemiecki powoli, ale nieprzerwanie cofał się przed tym naporem.

Georg Schönerer nie uznawał połowicznych rozwiązań. Podjął walkę z kościołem w

przekonaniu, że właśnie on może uratować naród niemiecki. Ruch " Uwalniania się od

Rzymu" (Los von Rom) okazał się najmocniejszą, chociaż najtrudniejszą formą ataku,

związaną z pogrzebaniem w ruinach wrogiego Hofburga. Gdyby to się powiodło, nieszczęsny

podział kościoła w Niemczech zostałby osiągnięty na zawsze, także zwycięstwo byłoby

korzystne dla wewnętrznych sił imperium i narodu niemieckiego. Ale jego założenia i tak.

tyka walki były błędne.

Nie ma wątpliwości, że siła oporu katolickiego duchowieństwa narodowości

niemieckiej była mniejsza niż ich nieniemieckich braci, szczególnie Czechów. Podczas gdy

czeski duchowny traktował swój naród podmiotowo, a kościół po prostu przedmiotowo, tak

proboszcz l niemiecki oddany był kościołowi podmiotowo, a przedmiotowo traktował swój

naród.

Porównajmy postawę naszych urzędników, którą na przykład przyjmują wobec ruchu

narodowego odrodzenia, z tą, którą przyjmują urzędnicy innych narodów w podobnych

okolicznościach. Czy wyobrażamy sobie, że korpus oficerski gdziekolwiek na świecie usunie

narodowe żądania pod wpływem frazesu "autorytet państwa", jak to się nam zdarzyło pięć lat

temu; to nawet zostało uznane jako zupełnie nienaturalne!

Autorytet państwa, demokracja, pacyfizm, międzynarodowa solidarność i tak dalej są

po prostu pojęciami, doktrynalnymi koncepcjami i z ich punktu widzenia oceniane są

wszystkie sprawy dotyczące pilnych narodowych potrzeb.

Protestantyzm zawsze pomagać będzie w popieraniu wszystkiego, co niemieckie, czy

będzie to dotyczyć wewnętrznej czystości, pogłębiania narodowych uczuć, czy obrony

niemieckiego stylu życia, języka, a nawet niemieckiej wolności, ponieważ to wszystko

stanowi jego podstawę; jednak jest bardzo nieprzychylny wobec każdej próby ratowania

narodu ze szponów jego Śmiertelnego wroga, bo jego postawa wobec żydostwa leży mniej

lub bardziej w dogmatyce.

Partie polityczne nie powinny mieć nic wspólnego z problemami religijnymi, dopóki nie

podrywają moralności narodu; tym samym religia nie powinna być włączana w partyjne

intrygi.

Jeżeli dostojnicy kościelni posługują się religijnymi instytucjami, a nawet naukami, aby

ranić swoją własną narodowość, nie powinni mieć naśladowców. Należy użyć przeciwko nim

ich własnej broni.

Przywódcy politycznemu nie wolno nigdy naruszać doktryny religijnej i instytucji jego

narodu. W przeciwnym .razie nie może on być politykiem, a tylko reformatorem, jeżeli ma, w

tym kierunku kwalifikacje!

Każda inna postawa prowadzi, szczególnie w Niemczech, do katastrofy.

W trakcie moich studiów nad ogólnoniemieckim ruchem, jego walką przeciwko

Rzymowi, doszedłem do następującej konkluzji: wskutek małego zrozumienia znaczenia

problemów socjalnych ruch ten stracił poparcie w masach; przez wejście do parlamentu

stracił przywilej kierowania i został obarczony wszystkimi trudnościami związanymi z tą

instytucją. Walka przeciwko kościołowi zdyskredytowała go w wielu kręgach niższych i

średnich klas i pozbawiła go wielu najlepszych elementów, które można byłoby nazwać

narodowymi.

Praktyczne rezultaty kulturkampfu były w Austrii równe zeru.

ROZDZIAŁ IV

Monachium

Wiosną 1912 roku przyjechałem do Monachium.

Niemieckie miasto! Jakże inne niż Wiedeń! Czułem się źle, gdy wspominałem ten

Babilon narodów. Także dialekt, który był podobny do mojego, przypominał mi moją młodość

związaną z Dolną Bawarią. Tak było na każdym kroku. Należałem do tego miasta bardziej

niż do jakiegokolwiek innego miejsca na świecie i wynikało to z faktu, że jest ono

nierozerwalnie związane z moim rozwojem.

W Austrii jedynymi przeciwnikami idei porozumienia byli Habsburgowie i Niemcy. W

pierwszym przypadku było to spowodowane przymusem i wyrachowaniem, a w drugim

naiwną łatwowiernością i polityczną głupotą. Naiwną łatwowiernością dlatego, że wyobrażali

sobie, iż uczynią wielką przysługę niemieckiemu imperium poprzez trójstronne przymierze,

które wzmocni je i zapewni bezpieczeństwo. Polityczną głupotą, ponieważ ich wyobrażenia

nie przylegały do faktów i w rzeczywistości pomagały uczynić z imperium martwe państwo,

ciągnęły je w przepaść, dlatego zwłaszcza, że ten alians prowadził do coraz większej

degermanizacji Austrii. Habsburgowie wierzyli, że przymierze z Rzeszą zabezpieczy ich

przed jej ingerencją - i niestety mieli rację - umożliwiło to im kontynuowanie polityki

stopniowego wypierania niemieckich wpływów wewnątrz państwa i w dodatku osiągali to

łatwo i bez ryzyka. Nie musieli obawiać się żadnych protestów ze strony niemieckiego rządu.

Gdyby w Niemczech gruntowniej studiowano historię i psychologię narodów, nikt nie

mógłby uwierzyć, że Rzym i Wiedeń mogłyby stanąć razem do wspólnej walki. Włochy

stałyby się prędzej wulkanem, niżby jakikolwiek rząd ośmielił się wysłać choćby jednego

Włocha na pole bitwy z pomocą temu fanatycznie znienawidzonemu habsburskiemu

państwu. Kilka razy obserwowałem z Wiednia namiętne lekceważenie i bezgraniczną

nienawiść, jaką Włosi odczuwali do austriackiego państwa. Grzechy Habsburgów w stosunku

do Włoch, ich wolności, niezależności były tak wielkie w ciągu wieków, że mogłyby zostać

zapomniane, nawet gdyby chciano, aby tak się stało. Ale nie było pragnienia zarówno w

narodzie, jak i we włoskim rządzie. Dlatego dla Włoch istniały tylko dwie możliwości

kontaktów z Austrią - porozumienie albo wojna.

Wybierając to pierwsze, można było spokojnie przygotowywać się na drugą

ewentualność.

Niemiecka polityka była zarówno bezsensowna, jak i ryzykowna, dlatego zwłaszcza,

że austriackie stosunki z Rosją zmierzały coraz bardziej w kierunku wojny.

Dlaczego więc w ogóle zawarto porozumienie?

Po prostu po to, by w przyszłości zabezpieczyć Rzeszę, kiedy już stanie na własnych

nogach. Ale przyszłość Rzeszy nie była niczym innym jak pytaniem o możliwość egzystencji

narodu niemieckiego.

A przyrost naturalny Niemiec wynosił wówczas około dziewięciuset tysięcy rocznie.

Zdobywanie nowych terytoriów dla osadnictwa wzrastającej liczby obywateli przynosi

ogromne korzyści szczególnie jeżeli bierze się pod uwagę przyszłość, a nie tylko chwilę

obecną.

Jedyną nadzieją na sukces tej polityki terytorialnej są w dzisiejszych czasach

zdobycze w Europie, a nie na przykład w Kamerunie. Walka o naszą egzystencję jest

naturalnym dążeniem.

Istnieje jeszcze jedna przyczyna, dla której to rozwiązanie wydaje się być słuszne.

Wiele państw europejskich przypomina dzisiaj piramidy stojące na swoim szczycie.

Ich powierzchnia w Europie wydaje się śmiesznie. mała w porównaniu z ich koloniami,

handlem zagranicznym itd. Można powiedzieć: wierzchołek w Europie, podstawa natomiast

na całym świecie - w odróżnieniu od federacji amerykańskiej, której baza znajduje się na

kontynencie i tylko swoim wierzchołkiem dotyka reszty świata. Stąd ogromna wewnętrzna

siła tego państwa i słabość większości europejskich mocarstw kolonialnych.

Nawet Anglia nie jest tu wyjątkiem, ponieważ mamy skłonności do zapominania o

prawdziwej naturze anglosaskiego świata w stosunku do imperium brytyjskiego. Jeżeli tylko

zwrócić uwagę na ich związki językowe i kulturalne z federacją amerykańską, to okaże się,

że nie można porównać Anglii z żadnym innym państwem europejskim.

Dlatego jedyna nadzieja Niemiec na przeprowadzenie zdrowej polityki terytorialnej

leży w zdobywaniu nowych ziem w Europie. Kolonie są bezużyteczne, ponieważ nie służą

osiedlaniu się tam Europejczyków na dużą skalę. W XIX wieku nie było jednak już moż-

liwości zdobywania takich terytoriów metodami pokojowymi. Polityka kolonizacyjna tego

rodzaju mogła być prowadzona w ciężkich bojach, co byłoby daleko bardziej właściwe dla

zdobywania obszarów na kontynencie blisko swego państwa niż ziem leżących poza Europą.

Dla takiej polityki jest możliwy tylko jeden sojusznik' w Europie - Wielka Brytania. Jest

ona jedynym mocarstwem, które mogłoby zabezpieczyć nasze tyły w wypadku rozpoczęcia

nowej germańskiej ekspansji (Germanenzug). Mamy takie samo prawo do tego, jakie mieli

nasi przodkowie.

Ażeby osiągnąć porozumienie z Anglią, żadne ofiary nie będą za duże. Oznaczałoby

to rezygnację z kolonii i znaczenia na morzu oraz powstrzymanie się od rywalizacji z

brytyjskim przemysłem.

Był taki moment, w którym mogliśmy rozmawiać z Wielką Brytanią na ten temat,

ponieważ rozumiała ona bardzo dobrze, że Niemcy, mając duży przyrost naturalny, będą

musiały znaleźć jakieś rozwiązanie albo w Europie z pomocą Wielkiej Brytanii, albo gdzieś

na świecie bez niej .

Na przełomie stuleci takie próby były czynione w samym Londynie. Ale Niemców

irytowała myśl o " wyciąganiu z ognia angielskich kasztanów", tak jakby nie było możliwe

porozumienie oparte na innych podstawach. Z Anglią można się było porozumieć na takich

zasadach. Brytyjska dyplomacja była wystarczająco mądra, by wiedzieć, że bez wzajemnych

ustępstw nie można niczego dokonać.

Wyobraźmy sobie, że Niemcy zręczną polityką zagraniczną odegrały taką rolę jak

Japonia w 1904 roku trudno byłoby przewidzieć konsekwencje tego faktu dla Niemiec.

Nigdy nie byłoby wojny światowej.

Jednak tak się nie stało.

Wciąż jeszcze pozostały inne możliwości: przemysł i handel światowy, potęga morska

i kolonie.

Jeżeli politykę podboju terytorialnego w Europie można było prowadzić wyłącznie w

porozumieniu z Wielką Brytanią przeciwko Rosji, to polityka kolonialna i handel światowy

były do pomyślenia tylko w aliansie z Rosją przeciwko Wielkiej Brytanii. W tym przypadku

należałoby bezwzględnie wyciągnąć wnioski i odsunąć się od Austrii.

Przyjęto formułę "pokojowego, ekonomicznego podboju świata". Jej celem było

zniszczenie na zawsze polityki siły, którą Niemcy stosowali do tego czasu. Być może nie byli

zupełnie pewni w czasach, gdy całkowicie niezrozumiałe zamierzenia pochodziły z Wielkiej

Brytanii. W końcu zdecydowali się budować flotę nie w celu atakowania i zniszczenia, ale

obrony "światowego pokoju" i dla pokojowego podboju Świata. W ten sposób zostali

zmuszeni do utrzymania jej na skromną skalę, nie tylko co do ilości, ale także tonażu

poszczególnych statków, tak że stało się oczywistym, że ich ostatecznym celem jest pokój.

Mowa o "pokojowym, ekonomicznym podboju świata" była największą głupotą, jaką

kiedykolwiek uczyniono, ustanawiając ją główną zasadą polityki państwa, zwłaszcza iż nie

wzdragano się przed wezwaniem Wielkiej Brytanii do udowodnienia, iż jest to możliwe do

osiągnięcia w praktyce. Szkód wyrządzonych przez naszych profesorów w nauczaniu historii

i teorii nie można już było naprawić; okazało się, jak wielu uczy się historii bez jej rozumienia.

Właśnie Wielka Brytania miała możliwość poznać błędność tej teorii: żaden naród nie był

lepiej przygotowany do ekonomicznego podboju, a później do jego utrzymania niż brytyjski.

Tym samym było wielkim błędem wyobrażać sobie, że Anglia była zbyt tchórzliwa, aby

przelewać krew w obronie swojej polityki ekonomicznej! Fakt, że brytyjczycy nie posiadali

armii, o niczym nie świadczy, ponieważ nie chodzi tutaj o możliwość użycia siły w danej

sprawie, ale raczej o wolę i determinację jej użycia. Anglia zawsze posiadała uzbrojenie,

którego potrzebowała. Zawsze walczyła taką bronią, która zapewniała jej zwycięstwo.

Walczyła przy pomocy najemników tak długo, jak długo byli oni wystarczającą siłą. Ale

sięgała także do najlepszej krwi całego narodu, kiedy takiej ofiary wymagały zwycięstwa.

Zawsze wykazywała determinację w walce i nieustępliwość w prowadzeniu wojny.

W Niemczech jednak - w szkole, w prasie i w gazetach humorystycznych - idea

brytyjskiego ducha, a nawet więcej, całego imperium, była pokazywana w sposób

wypaczony, co prowadziło do największych własnych pomyłek. To wszystko doprowadziło do

powstania, złej opinii o Anglikach. Ta błędna idea rozprzestrzeniła się tak bardzo, iż każdy

był przekonany, że Anglik jest jedynie handlarzem zarówno przebiegłym, jak i niewiarygodnie

tchórzliwym. Tych niewielu, którzy ostrzegali, ignorowano albo zmuszano do milczenia.

Pamiętam dokładnie zdziwienie na twarzach moich towarzyszy broni, kiedy stanęliśmy

twarzą w twarz przeciwko " Tommies" we Flandrii. Po pierwszych kilku dniach bitwy

zaświtało każdemu z nas w głowie, że Szkoci nic nie mają wspólnego z tymi, o których

pisano w prasie humorystycznej i w innych gazetach.

Zwróciłem wówczas uwagę na rolę propagandy i jej najkorzystniejsze formy.

To oszustwo oczywiście było korzystne dla tych, którzy je propagowali - mogli

przytaczać przykłady, jednakże były one nieprawdziwe, tak jak i pomysł o słuszności

ekonomicznego podboju świata. Oczekiwaliśmy sukcesu tam, gdzie i Anglikowi się powiodło.

Tym bardziej, że byliśmy pozbawieni tej tak zwanej brytyjskiej perfidii, co uznawano za

szczególną zaletę. Wierzono, że to przyciągnie do nas mniejsze narody i pozwoli zyskać

zaufanie większych.

Wartość trójprzymierza była psychologicznie mało znacząca, ponieważ trwałość

paktów zmniejsza się tym bardziej, im mocniej ogranicza się je do utrzymania istniejącego

stanu. Z drugiej strony pakt staje się mocniejszy, jeżeli poszczególne mocarstwa mają

nadzieję, że zyskają określone korzyści.

Ta prawda znana była tylko tak zwanym profesjonalistom. Szczególnie Ludendorff,

pułkownik Wielkiego Sztabu Generalnego, wskazał tę słabość w memorandum w 1912 roku.

Naturalnie, mężowie stanu nie potraktowali poważnie tej sprawy. Niemcy mieli wielkie

szczęście, że wojna 1914 roku wybuchła pośrednio przez Austrię i dzięki temu

Habsburgowie zostali zmuszeni do wzięcia w niej udziału. Gdyby zdarzyło się inaczej,

Niemcy byliby pozostawieni samym sobie.

Państwo nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek koncepcją ekonomiczną lub

ekonomicznym rozwojem. Nie jest ono zgromadzeniem podmiotów gospodarczych w jakimś

okresie czasu, służących wykonaniu ekonomicznych zadań, ale organizacją społeczeństwa

dla jego lepszego funkcjonowania. Tylko to i nic więcej powinno być przedmiotem

zainteresowania państwa.

Państwo żydowskie nigdy nie było ograniczone do przestrzeni - w takim sensie było

państwem nieograniczonym - ale było ograniczone do rasy. Dlatego ci ludzie tworzyli

państwo w państwie i było ono jednym z najgenialniejszych tworów.

Jeżeli kiedykolwiek Niemcy zyskiwały znaczenie polityczne - także gospodarka

ulegała poprawie - kiedy gospodarka monopolizowała życie naszych obywateli i tłamsiła

zalety umysłu - państwo załamywało się ponownie razem z gospodarką.

Gdy zadajemy sobie pytanie, jakie siły tworzą i utrzymują państwo, dochodzimy do

wniosku, że można zawrzeć to w jednym zdaniu: zdolność i gotowość do poświęceń

poszczególnych jednostek. To, że te cnoty nie mają nic wspólnego z gospodarką, jest

oczywiste z tego prostego powodu, że człowiek nigdy nie poświęca się dla celów

gospodarczych, to znaczy że nie umiera dla gospodarki, ale za ideę. Nic nie wyróżnia

bardziej psychologicznej przewagi Anglików w gotowości do poświęcenia się narodowym

ideałom niż motywacja do podjęcia walki. Gdy walczyliśmy o chleb, Anglia walczyła o "

wolność" - ale nie o własną, lecz mniejszych narodów. W Niemczech wyśmiewano się z tej

bezczelności i złoszczono na nią udowadniając w ten sposób, jak bezmyślna i głupia była

przed wojną tak zwana niemiecka dyplomacja. Nie mieliśmy najmniejszego pojęcia o istocie

sił, które prowadzą ludzi z własnej woli na śmierć.

Tak długo, jak Niemcy byli w 1914 roku przekonani, że walczą o ideały, robili to z

zapałem, ale gdy stało się jasne, że walczą po prostu o chleb - byliby zadowoleni

zaprzestając walki.

Nasi inteligentni mężowie stanu dziwili się bardzo tej zmianie.

Przed wojną wierzono, że Niemcy potrafią pokojowymi metodami, polityką handlową i

kolonizacyjną otworzyć sobie świat albo go zdobyć. Był to klasyczny przykład na to, że

prawdziwe cnoty, które tworzą i podtrzymują państwo - siła woli i determinacja dokonania

wielkich rzeczy - całkowicie przepadły. Rychłym rezultatem tego była wojna światowa ze

wszystkimi jej konsekwencjami.

Zacząłem studiować ustawodawstwo Bismarcka. stopniowo zyskiwałem przekonanie

o jego fundamentalnych podstawach, tak wielkich, że od tego czasu nie musiałem już nigdy

myśleć o zmianie moich zapatrywań na to zagadnienie. Podjąłem także gruntowne badania

stosunków między marksizmem a judaizmem.

W latach 1913-1914 zacząłem wyrażać w różnych kręgach moje przekonania, które

obecnie stanowią część doktryny ruchu narodowosocjalistycznego, a mianowicie, że

przyszłym problemem dla narodu niemieckiego będzie zniszczenie marksizmu.

Wewnętrzny upadek narodu niemieckiego zaczął się dużo wcześniej, ale jak to

często bywa, ludzie nie zdawali sobie sprawy z tego. Czasem traktowali to zjawisko jako

chorobę, ale na ogół błędnie pojmowali jej przyczyny. Ponieważ nikt tego nie chciał wiedzieć,

walka przeciwko marksizmowi nie miała większego znaczenia niż bezsensowne gadulstwo.

ROZDZIAŁ V

Wojna światowa

W mojej młodości nic nie martwiło mnie tak bardzo jak to, że urodziłem się w czasie,

w którym rzeczą oczywistą było, iż jedynymi ludźmi zasługującymi na szacunek są kupcy i

urzędnicy państwowi. Fale zajść politycznych tak się układały, że przyszłość wydawała się

należeć do "pokojowego współzawodnictwa między narodami", to jest do spokojnego,

wzajemnego oszukiwania się poprzez wyłączenie metody gwałtu. Różne państwa okazały

zainteresowanie tymi działaniami: odbierały sobie nawzajem ziemie, przechwytywały klien-

tów i kontrakty oraz szukały dla siebie korzyści na wszelkie możliwe sposoby. Ten rozwój

wydarzeń wydawał się być permanentnym i za powszechną aprobatą miał przekształcić

świat w jeden wielki dom handlowy będący pod kontrolą Żydów.

Dlaczego nie mogłem się urodzić sto lat wcześniej, gdzieś w czasach wojen

wyzwoleńczych, kiedy człowiek był jeszcze poza biznesem coś wart?

Kiedy wiadomość o zamordowaniu arcyksięcia Franciszka Ferdynanda dotarła do

Monachium, byłem w domu i tylko niewyraźnie usłyszałem, jak to się stało. Obawiałem się,

że kule padły z pistoletów niemieckich studentów, którzy zapragnęli uwolnić niemiecki naród

od tego wewnętrznego wroga, prowadzącego politykę prosłowiańską. Łatwo mogłem

wyobrazić sobie, co by się działo: nowa fala prześladowań, którą byłoby łatwo wyjaśnić i

"usprawiedliwić" przed całym światem. Ale kiedy usłyszałem nazwiska domniemanych

przestępców i kiedy zostali oni rozpoznani jako Serbowie, poczułem lekkie przerażenie na

myśl o zemście tajemniczego przeznaczenia.

Największy przyjaciel Słowian stał się ofiarą słowiańskich fanatyków.

Wiedeński rząd spotkała niesprawiedliwość - został zasypany zarzutami dotyczącymi

formy i treści postawionego przez niego ultimatum. Żadna siła na świecie nie mogłaby

inaczej postąpić w podobnej sytuacji. Na południowej granicy Austria miała śmiertelnego

wroga, który w coraz to krótszych odstępach czasu rzucał monarchii wyzwanie, aby w

odpowiednim momencie spowodować upadek imperium. Istniała uzasadniona obawa, że

stanie się to zaraz po śmierci cesarza. Gdyby to nastąpiło, monarchia nie byłaby w stanie

dłużej stawiać oporu. W ostatnich latach państwo było uzależnione od Franciszka Józefa tak

bardzo, że jego śmierć w oczach społeczeństwa była równoznaczna ze śmiercią samego

państwa.

Tak, to był naprawdę niesprawiedliwy zarzut wobec wiedeńskiego rządu, że zmierzał

do wojny, której jeszcze wówczas można było uniknąć. Wojna była jednak nieunikniona.

Można było jedynie odroczyć ją na rok, może dwa lata. Ale przekleństwem zarówno niemiec-

kiej, jak i austriackiej dyplomacji było to, że zawsze usiłowały one przesunąć w czasie

nieunikniony dzień rozrachunku, dopóki nie zostały zmuszone do uderzenia, i to w

nieszczęśliwą godzinę. Możemy być pewni, że dalsze próby ratowania pokoju

doprowadziłyby do wybuchu wojny w jeszcze gorszym momencie.

Od wielu lat socjaldemokracja agitowała w Niemczech za wojną przeciw Rosji,

podczas gdy centrum, z pobudek religijnych, kierowało politykę niemiecką głównie na Austro-

Węgry. Teraz trzeba ponieść konsekwencje tego błędu. To, co się stało, musiało się stać i

żadne okoliczności nie mogły tego odmienić. Wina niemieckiego rządu tkwiła w fakcie, że dla

utrzymania pokoju spóźnił się z działaniem i podjął je w nieodpowiednim momencie,

angażując się w układy pokojowe na świecie, w wyniku czego stał się ofiarą Światowej

koalicji, sprzeciwiającej się podtrzymywaniu pokoju na świecie i z determinacją zmierzającej

ku wojnie. Wybuchła wojna o wolność, większa niż świat kiedykolwiek widział.

Zaledwie doszła do Monachium wiadomość o zamachu, natychmiast dwie myśli

zaprzątnęły mój umysł pierwsza, że wojna była absolutnie nieunikniona, i druga, że państwo

habsburskie będzie zmuszone pozostać wierne swoim sojusznikom, gdyż najbardziej

obawiałem się ewentualności, że pewnego dnia Niemcy właśnie z powodu tego sojusznika

popadną w konflikt, którego przyczyną może być Austria i że to austriackie państwo z

powodów polityki wewnętrznej nie okaże pomocy swoim sprzymierzeńcom. To stare państwo

musiało walczyć, czy tego chciało, czy nie.

Mój stosunek do tego konfliktu był prosty i jasny. Według mnie, to nie Austria walczyła

o uzyskanie zadośćuczynienia ze strony Serbów, ale Niemcy walczyły o przetrwanie, naród

niemiecki walczył o swoje "być albo nie być", o swoją wolność. Należało pójść śladami

Bismarcka; młode Niemcy muszą znowu bronić tego, za co ojcowie walczyli heroicznie od

Weisenbergu do Sedanu i Paryża. Ale jeżeli walka byłaby zwycięska, nasz naród dzięki swej

sile znów znalazłby się między narodami, a wtedy niemiecka Rzesza stałaby się potężnym

strażnikiem pokoju, bez konieczności pozbawiania swoich dzieci chleba, z powodu tego

pokoju.

Trzeciego sierpnia wniosłem podanie do Jego Królewskiej Mości - Ludwika III o

pozwolenie podjęcia służby w bawarskim pułku. Z pewnością w tych dniach biuro rządu

miało pełne ręce roboty, więc tym większa była moja radość, że jeszcze tego samego dnia

moja prośba została pomyślnie rozpatrzona.

Zaczął się teraz dla mnie, tak jak dla każdego Niemca, największy i najbardziej

pamiętny okres mojego życia. W porównaniu z wypadkami tej wielkiej wojny, cała przeszłość

poszła w niepamięć. Z dumą i smutkiem myślę o tych dniach i wracam do pierwszych dni

naszej bohaterskiej, narodowej walki, w której łaskawy los pozwolił mi wziąć udział.

I tak to szło z roku na rok; przerażenie zastąpił romantyzm walki. Zapał stopniowo

opadał, radość tonęła w agonii śmierci. Przyszedł czas, gdy każdy musiał toczyć walkę

między instynktem samozachowawczym a poczuciem obowiązku. Ta walka zakończyła się u

mnie zimą 1915-1916 roku. W końcu zwyciężyła we mnie wola walki. W pierwszych dniach

byłem gotów atakować z okrzykami radości i śmiechem, teraz byłem spokojny i stanowczy.

Młody ochotnik przemienił się w doświadczonego żołnierza. Taka zmiana nastąpiła w

całej armii. Ciągła walka hartowała albo powalała każdego, kto nie był w stanie przetrzymać

uderzenia.

Dopiero wtedy można było oceniać armię. Po dwóch, trzech latach nieustannej walki

z przeciwnikiem mającym przewagę liczebną i zbrojną, doznając głodu i niedostatku

nadszedł czas, by ocenić wartość tej armii.

Nawet po upływie tysięcy lat nikt nie powie o bohaterstwie, nie myśląc jednocześnie o

niemieckiej armii w czasie wojny światowej. Z mgły przeszłości wyłoni się szara stal hełmów,

pomnik nieśmiertelności. Jak długo żyć będą Niemcy, trwała będzie świadomość, że ci ludzie

byli synami tego narodu.

W tamtych dniach nie interesowałem się polityką, ale musiałem wyrazić opinię na

temat pewnych zjawisk, które dotyczyły całego narodu, a szczególnie nas, żołnierzy.

Ostatecznym i stałym celem marksizmu było zniszczenie wszystkich nie żydowskich

narodowych państw, toteż przywódcy tego ruchu patrzyli z niechęcią w tych lipcowych

dniach 1914 roku, jak niemiecka klasa robotnicza budziła się i wstępowała coraz szybciej, z

godziny na godzinę, do służby dla ojczyzny. W kilka dni mgła i oszustwo tej podłej,

narodowej zdrady rozwiały się w powietrzu i banda żydowskich przywódców nagle znalazła

się sama i opuszczona i nie pozostał nawet jeden ślad tej głupoty i szaleństwa, które były

wpajane masom od sześćdziesięciu lat. Był to zły moment dla zdrajców niemieckiej klasy

robotniczej. Jednak wkrótce przywódcy zrozumieli zagrażające im niebezpieczeństwo,

pospiesznie naciągnęli czapkę-niewidkę kłamstw na uszy i bezczelnie udawali poparcie dla

narodowego powstania.

Ale teraz nadszedł odpowiedni moment do zaatakowania całej tej zdradzieckiej

organizacji żydowskich trucicieli narodu. Teraz - ponieważ robotnicy niemieccy odkryli na

nowo drogę do narodowości - rząd powinien zadbać o wykorzenienie bez litości tych, którzy

agitowali przeciwko narodowi.

Gdy najlepsi ginęli na froncie, można było wytępić tych szkodników, którzy pozostali.

Zamiast tego cesarz osobiście wyciągał rękę do starych kryminalistów, zapewnił im

bezpieczeństwo i umożliwił utrzymanie ich organizacji.

Każdy światopogląd czy to natury religijnej, czy politycznej ma trudny do określenia

początek i koniec. Nie wiadomo, kiedy jedna teoria się kończy, a zaczyna druga. Mniej

walczy o zniszczenie przeciwnej teorii, bardziej o ustanowienie własnej. Walka sprowadza

się raczej do ataku niż obrony. Już w wyznaczeniu swojego "celu uzyskuje przewagę,

ponieważ zmierza do zwycięstwa własnej idei, podczas gdy trudno określić, kiedy negatywny

cel zniszczenia wrogiej doktryny może być uznany za osiągnięty i bezpieczny. Dlatego

Światopogląd lepiej można określić w planie, jest również silniejszy w ataku niż obronie,

ponieważ ostateczne rozstrzygnięcie następuje nie w obronie, lecz w ataku właśnie.

Każda próba zwalczania jakiegokolwiek Światopoglądu przy pomocy środków

przymusu ostatecznie źle się kończy, o ile walka nie przybrała form ataku w popieraniu

nowej intelektualnej myśli. Gdy dwa Światopoglądy zmagają się ze sobą, zwycięży ta siła,

która jest bardziej uparta i bezwzględna i spowoduje rozstrzygnięcie zbrojne dla poparcia

swej intelektualnej koncepcji .

W 1914 roku walka przeciwko socjaldemokracji była rzeczywiście możliwa, ale brak

praktycznych środków budził obawy, jak długo mogłaby być prowadzona pomyślnie. W tym

względzie istniała poważna luka.

Uważałem tak na długo przed wojną i z tego powodu nie mogłem podjąć decyzji o

wstąpieniu do jakiejkolwiek istniejącej wówczas partii, która musiałaby być czymś więcej niż

partią "parlamentarną" i podjąć bezlitosną walkę przeciw socjaldemokracji.

Często rozmawiałem o tym z moimi bliskimi kolegami. To było wtedy, gdy pierwszy

raz uznałem za możliwą do spełnienia myśl, aby w przyszłości podjąć aktywną działalność

polityczną. Z tego powodu często w wąskim gronie przyjaciół wyrażałem swoje pragnienie

podjęcia po wojnie, obok mojego właściwego zawodu, pracy mówcy.

Sądzę, że już wówczas traktowałem to bardzo poważnie.

ROZDZIAŁ VI

Propaganda wojenna

W czasie, gdy z uwagą śledziłem wszelkie wydarzenia polityczne, zawsze bardzo

interesowała mnie sprawa propagandy. Widziałem w niej instrument opanowany z

mistrzowską zręcznością przez organizacje socjalistyczno-marksistowskie. Wkrótce

zrozumiałem, że właściwe posługiwanie się propagandą jest prawdziwą sztuką, praktycznie

nie znaną partiom mieszczańskim. Jedynie ruch chrześcijańsko-socjalistyczny, zwłaszcza za

czasów Luegera, stosował ten instrument bardzo umiejętnie i dzięki temu odniósł wiele

sukcesów.

Czy u nas istnieje w ogóle jakaś propaganda?

Niestety! Mogę odpowiedzieć jedynie przecząco. Wszystko, co robiono w tym

kierunku, było tak niewłaściwe i błędne od samego początku, że nie nadawało się do

niczego, czasami wręcz szkodziło.

Niewystarczające w formie, błędne psychologicznie powinno być efektem

systematycznego badania niemieckiej propagandy wojennej. Brakowało nawet pewności,

czy propaganda jest środkiem, czy celem?

Propaganda jest środkiem i musi być oceniana z punktu widzenia celu, któremu ma

służyć. Musi być właściwie ukształtowana, aby pomagała w realizacji danego celu. J es t

również oczywiste, że znaczenie tego celu może się różnić od ogólnie uznanego punktu wi-

dzenia. W czasie wojny walczono o cel najbardziej szlachetny i wzbudzający szacunek, jaki

można sobie wyobrazić. Była nim wolność i niezależność naszego narodu, zagwarantowanie

możliwości wyżywienia i narodowego honoru.

Co się tyczy kwestii humanitaryzmu, już Moltke powiedział, że podstawową sprawą

na wojnie jest szybkość jej zakończenia - a więc najsroższe metody najskuteczniej prowadzą

do jej końca.

Propaganda w czasie wojny była środkiem prowadzącym do celu, którym była walka

o życie narodu niemieckiego - dlatego mogła być oparta wyłącznie na zasadach

stanowiących wartości dla tego celu. Najokrutniejsza broń była humanitarna, jeżeli

prowadziła do szybkiego zwycięstwa, a więc w istocie to były jedyne metody, które

zapewniały narodowi prawo do wolności.

Nie można było przyjąć innej postawy dotyczącej zagadnienia propagandy wojennej

w walce na śmierć i życie.

Cała propaganda powinna być narodowa i powinna zawierać taki poziom

intelektualny, aby była przyjmowana przez tych, do których jest adresowana. Tym samym jej

duchowy zakres musi być szerszy, proporcjonalnie do ilości ludzi, których ma objąć. Jeżeli

jednak propaganda ma na celu, jak w przypadku wojny, wpłynąć na cały naród, wówczas

nigdy nie będzie dość ostrożności.

Zdolność przyjmowania przez masy treści politycznych jest bardzo ograniczona, a

możliwości zrozumienia ich niewielkie; z drugiej strony mają pewną zdolność

zapamiętywania. Dlatego skuteczna propaganda musi się ograniczać do niewielu punktów,

które z kolei muszą być lansowane w formie sloganów tak długo, aż każdy zrozumie, co

przez ten slogan chce się powiedzieć.

Na przykład podstawowym błędem było ośmieszanie wrogów, jak to czyniła

austriacka i niemiecka prasa humorystyczna. To było błędne, ponieważ rzeczywiste

zetknięcie się z wrogiem wywoływało zupełnie odmienne wrażenie i mściło się później w

straszliwy sposób, gdyż żołnierz niemiecki pod wrażeniem oporu wroga czuł się oszukany i

zamiast odczuwania zapału do walki pojawiało się załamanie.

Z drugiej strony brytyjska i amerykańska propaganda wojenna była psychologicznie

prawidłowa. Poprzez pokazywanie swoim żołnierzom Niemców jako barbarzyńców i Hunów,

przygotowały ich do okropności wojny i pomagały uniknąć rozczarowań. Najstraszniejsza

broń, którą później wobec nich użyto, była dla nich po prostu potwierdzeniem informacji,

które już wcześniej otrzymali i ich wiara w prawdziwość rządowych zapewnień jeszcze się

wzmacniała.

Dzięki temu brytyjski żołnierz nigdy nie czuł się oszukany, co w przypadku Niemców

zdarzało się wiele razy, aż w końcu odrzucali jako kłamstwo.

Co na przykład możemy powiedzieć o plakacie reklamującym nowe mydło, jeżeli

przedstawia także inne mydła jako dobre?

Podstawowym błędem było szukanie winnego tej wojny, sugerowanie, że nie tylko

Niemcy ponoszą odpowiedzialność za wybuch tej katastrofy; właściwą rzeczą byłoby

uznanie winy wroga, nawet gdyby to nie było prawdą, jak to w rzeczywistości miało miejsce.

Przeważająca większość ludzi jest tak sfeminizowana, że ich myśli i czyny są

kierowane bardziej przez uczucia i sentymenty niż racjonalne przesłanki.

To stwierdzenie nie jest skomplikowane, jest bardzo proste i logiczne. Nie ma dużych

różnic między miłością i nienawiścią, prawdą i kłamstwem, nigdy jednak nie powinno istnieć

równocześnie jedno i drugie.

Z prawdziwą genialnością zrozumiała to propaganda brytyjska. W Anglii nie używano

połowicznych stwierdzeń, które mogłyby wywoływać wątpliwości.

Zmiana metod nie powinna zmieniać istoty tego, do czego propaganda dąży i jej

ogólny sens musi być taki sam na końcu, jak na początku.

ROZDZIAŁ VII

Rewolucja

W lecie 1915 roku wrogowie zaczęli zrzucać na nas z powietrza ulotki.

Ich treść mimo różnic w formie prawie zawsze była taka sama: nędza w Niemczech

staje się coraz większa, wojna nigdy się nie skończy, a nadzieje na wygranie są coraz

mniejsze. Naród w ojczyźnie tęskni za pokojem, ale zarówno "militaryzm" jak i Kaiser nie

pozwalają na to. Cały świat - dobrze o tym wiedząc - nie prowadzi wojny przeciwko narodowi

niemieckiemu, lecz wyłącznie przeciwko człowiekowi, który sam ponosi odpowiedzialność -

przeciwko cesarzowi. Dlatego wojny nie zakończy się, aż ten wróg pokoju nie ustąpi. Libe-

ralne i demokratyczne narody po zakończeniu wojny przyjmą naród niemiecki do związku

światowego pokoju, którego gwarantem będzie zniszczenie "pruskiego militaryzmu".

Większość ludzi po prostu śmiała się z tych pokus.

Jednak na jeden punkt tego rodzaju propagandy należało zwrócić uwagę. Na

każdym odcinku frontu, gdzie znajdowali się Bawarczycy, zniechęcano ich do Prus

zapewniając, że tylko Prusy były winne wojnie, że alianci nie czują absolutnie żadnej

wrogości, zwłaszcza do Bawarczyków, nie można jednak pomóc im tak długo, jak długo

służyć będą pruskiemu militaryzmowi i za nich " wyciągać z ognia kasztany".

Już w 1915 roku ten sposób przekonywania zaczął dawać wyraźnie rezultaty. Wśród

żołnierzy wzrastała niechęć do Prus. Była ona całkiem widoczna, ale władze nawet raz nie

przeciwstawiły się temu.

W 1916 roku nie było już potrzeby rozrzucania przez wroga ulotek z powietrza,

ponieważ podobny, bezpośredni wpływ na żołnierzy miały listy pełne skarg, przychodzące z

domu na front. Głupie listy pisane przez Niemki kosztowały życie setek tysięcy mężczyzn w

najbliższym czasie.

To było już szkodliwe zjawisko. Przeklinano front, gderano i okazywano

niezadowolenie i rozgoryczenie - czasami słuszne. Podczas gdy żołnierze głodowali i

cierpieli, ich rodziny siedziały w domach w ubóstwie, a równocześnie inni posiadali więcej niż

było im to potrzebne i hulali. Nawet na froncie nie wszystko było w tym względzie jak należy.

Kryzys szybko wzrastał, ale to były sprawy "domowe". Ten sam człowiek, który gderał

i narzekał, w kilka minut później w milczeniu wykonywał swe obowiązki, jakby to było

zupełnie naturalne. Ci, którzy jeszcze przed chwilą dawali upust rozgoryczeniu, teraz zajmo-

wali miejsca w okopach, jakby los Niemiec zależał od tych kilkuset metrów dziur pełnych

błota. To była stara, wciąż wspaniała, armia bohaterów.

W październiku 1916 roku zostałem ranny, ale szczęśliwie przeniesiony na tyły i

przetransportowany do Niemiec kolejowym ambulansem. Minęły dwa lata, odkąd ostatni raz

widziałem swoją ojczyznę. W takich okolicznościach dostałem się do szpitala w pobliżu Ber-

lina. Co za zmiana!

Niestety, także pod innym względem był to zupełnie nowy świat. Duch armii frontowej

był tu niewidoczny. Po raz pierwszy spotkałem się z czymś, co było niedopuszczalne na

froncie - chwalenie się własnym tchórzostwem.

Gdy tylko mogłem znów chodzić, otrzymałem pozwolenie na wyjazd do Berlina.

Wszędzie widoczna była nędza. Milionowe miasto głodowało, rozgoryczenie było ogromne.

W wielu domach, które odwiedzali żołnierze, panował ten sam nastrój, co w szpitalu. Można

było odnieść wrażenie, że te typy celowo szukały takich miejsc, aby popisywać się swoimi

poglądami.

W Monachium warunki były dużo gorsze. Po wyleczeniu i zwolnieniu ze szpitala

wysłano mnie do batalionu rezerwy. Z trudnością rozpoznawałem to miasto. Gniew,

rozgoryczenie i przekleństwa, gdziekolwiek poszedłem. Żołnierze powracający z frontu mieli

pewne dziwactwa wynikające z ich służby, zupełnie niezrozumiałe dla dowódców jednostek

rezerwowych, ale były oczywiste dla oficerów, którzy dopiero co powrócili z frontu. Szacunek

dla nich był zupełnie inny, niż dla oficerów pozostających na tyłach. Poza tymi wyjątkami

nastrój ogólnie był kiepski. Unikanie służby wojskowej uznawano za oznakę wyższej

inteligencji, poświęcenie obowiązkom - za oznakę słabości i ograniczoności umysłu.

Kancelarie były pełne Żydów. Prawie każdy urzędnik był Żydem, prawie każdy Żyd - urzędni-

kiem. Byłem zdumiony tą masą kombatantów wybranego narodu i nie mogłem się

powstrzymać od porównania ich z niewielką ilością na froncie.

Jeszcze gorzej wyglądało to w gospodarce. Tutaj naród żydowski stał się faktycznie

"niezastąpiony"

Strajk zaopatrzenia końcem 1917 roku nie dał spodziewanych rezultatów, załamał się

zbyt szybko z powodu braku amunicji i skazał armię na klęskę. Ale jakże wielkie były

moralne krzywdy, które wyrządził!

Po pierwsze, o co walczyła armia, jeżeli nawet naród nie chciał zwycięstwa? Dla kogo

były te niesamowite ofiary i wyrzeczenia? Żołnierz musi walczyć o zwycięstwo, a w ojczyźnie

strajk przeciwko niemu! Po drugie, jaki to miało wpływ na wroga?

W zimie 1917-1918 roku Ciemne chmury pokryły horyzont świata aliantów.

Zniknęły wszelkie nadzieje związane z Rosją. Sojusznik, który złożył największe

krwawe ofiary na ołtarzu wspólnych interesów, był u kresu sił i leżał zdany na łaskę silnego

napastnika. Strach i obawa wkradały się w serca żołnierzy, do tej pory ślepo wierzących w

zwycięstwo. Obawiano się nadchodzącej wiosny. Jeżeli do tej pory nie udało się pokonać

Niemców, chociaż mogli tylko część swoich sił umieścić na froncie zachodnim, to jak teraz

mogli liczyć na zwycięstwo, gdy cała siła tego potężnego państwa bohaterów zjednoczyła się

do ataku przeciwko Zachodowi?

W chwili, gdy niemieckie dywizje otrzymały ostatnie rozkazy przed wielkim atakiem,

wybuchł w Niemczech strajk generalny. Świat osłupiał!

Brytyjska, francuska i amerykańska prasa zaczęły siać przekonanie w sercach swych

czytelników o wybuchu rewolucji w Niemczech równocześnie używając nadzwyczajnej

inteligentnej propagandy do pobudzania swoich wojsk na froncie.

Niemcy w przededniu rewolucji! Nieuniknione zwycięstwo aliantów! To było najlepsze

lekarstwo, by postawić na nogi chwiejącego się Tom m y lub Poilu.

To wszystko było rezultatem strajku zaopatrzeniowego. Przywrócił on wiarę w

zwycięstwo wrogim narodom - w konsekwencji tysiące niemieckich żołnierzy zapłaciło za to

krwią. Inicjatorem tego haniebnego strajku byli ci, którzy spodziewali się otrzymać najlepsze

posady w zrewolucjonizowanych Niemczech.

Miałem szczęście brać udział w pierwszych dwóch i ostatniej ofensywie. Zrobiły one

na mnie największe wrażenie, jakiego kiedykolwiek doznałem w życiu, największe, ponieważ

w ostatnim czasie wojna straciła defensywny charakter i stała się ofensywna, jak w 1914

roku.

W środku lata 191 8 roku na froncie nie było czym oddychać. W ojczyźnie trwały

spory. O co? W różnych jednostkach armii słyszało się różne pogłoski. Wydawało się, że

wojna znowu jest beznadziejna i tylko głupcy mogli sądzić, że możemy wygrać.

Nie było narodu, tylko kapitaliści i monarcha byli zainteresowani tym stanem rzeczy.

Były wiadomości z ojczyzny i dyskusje na froncie.

Z początku front zareagował na to bardzo słabo. Cóż znaczyło dla nas prawo

głosowania? Czy to było to, o co walczyliśmy od czterech lat? Na froncie niewiele uwagi

zwracano na nowe cele wojenne panów: Eberta, Scheidemanna, Bartha, Liebknechta, etc.

Niezrozumiałe było, dlaczego ci, którzy uchylali się od służby, mieli prawo przypisywać sobie

kontrolę państwa nad armią.

Moje własne polityczne wyobrażenia były stałe. Nienawidziłem od początku tego

całego gangu partyjnych najemników, którzy zdradzali naród. Widziałem jasno, że ta banda

nie myślała naprawdę o dobru narodu, ale o napełnianiu swoich własnych brzuchów. A tym,

że była gotowa poświęcić dla tego celu cały naród i dopuścić do upadku Niemiec, jeżeli to

było dla niej korzystne, zasłużyła sobie na powieszenie na moich oczach. Czynić zadość ich

życzeniom oznaczało poświęcić interesy klasy pracującej dla korzyści złodziei. W ten sam

sposób wciąż jeszcze myślała większa część armii.

W sierpniu i wrześniu zaczęły się uwidaczniać coraz częściej oznaki rozkładu,

chociaż efektów ataku wroga nie można było porównywać z przerażeniem naszych oddzia-

łów bojowych. W porównaniu z nimi bitwy nad Sommą i we Flandrii były wspomnieniem

przerażającej przeszłości.

Końcem września moja dywizja po raz trzeci zajęła pozycję, którą mój regiment

szturmował, gdy byliśmy jeszcze młodymi ochotnikami. Co za wspomnienia?

Teraz, jesienią 1918 roku, ludzie byli zupełnie inni, często odbywały się w oddziałach

dyskusje polityczne. Trucizna z ojczyzny zaczęła działać i tu, tak ja wszędzie. Młodzi

rezerwiści zupełnie zawiedli. Przybywali prosto z ojczyzny.

W nocy z trzynastego na czternastego października Brytyjczycy zaatakowali gazem

trującym na froncie południowym przed Ypres. Wieczorem trzynastego października byliśmy

wciąż na wzgórzu, na południe od Werwik, gdy znaleźliśmy się pod huraganowym ogniem

trwającym kilkanaście godzin, kontynuowanym z różnym natężeniem przez całą noc. Około

północy znaczna część nas odpadła - niektórzy na zawsze. Nad ranem poczułem ból, który

narastał z każdym kwadransem, a około siódmej chwiejąc się na nogach, z piekącym bólem

w oczach szedłem z ostatnim meldunkiem na tej wojnie.

Po kilku godzinach moje oczy zmieniły się w rozżarzone węgle i wszystko wokół mnie

ogarnęła ciemność. Zostałem wysłany do szpitala w Pasewalk na Pomorzu i tam też

szerzyłem rewolucję.

Ciągle nadchodziły złe wieści z marynarki wojennej, w której podobno panował

ferment, ale nie sądziłem, aby obejmował większą liczbę ludzi, przypisywałem to raczej

chorej wyobraźni kilku młodych. W szpitalu wszyscy rozmawiali o zakończeniu wojny, mieli

nadzieję, że szybko nadejdzie, ale nikt nie wyobrażał sobie, że nastąpi to natychmiast. Nie

byłem w stanie czytać gazet.

Napięcie wzrosło w listopadzie. Pewnego dnia nagle i niespodziewanie nadeszła

katastrofa. Na ciężarówkach przybyli marynarze nawołujący do buntu. Przywódcami tej walki

o " wolność, piękno i godność" naszego narodu było kilku młodych Żydów. Żaden z nich

nigdy nie był na froncie.

Następne dni były najgorszymi w moim życiu. Pogłoski stawały się coraz bardziej

wiarygodne. To, co wydawało mi się lokalną sprawą, było najwyraźniej powszechną

rewolucją. Na domiar złego jeszcze z frontu nadchodziły rozpaczliwe wieści. Chciano

kapitulować. Tak. Czy to było możliwe?

Dziesiątego listopada przyszedł do szpitala na krótką rozmowę stary pastor; od niego

dowiedzieliśmy się wszystkiego.

Czułem się głęboko przejęty. Ten stary, dobry człowiek drżał, jak się wydawało, gdy

mówił nam, że Hohenzolernowie nie będą dłużej nosić korony niemieckiego imperium i że

ojczyzna stanie się republiką. Więc wszystko było na próżno. Wszystkie ofiary i cała nędza,

głód i pragnienie przez nie kończące się miesiące poszły na marne, na próżno były wszystkie

godziny, które spędziliśmy na wypełnianiu obowiązków, ogarnięci strachem przed śmiercią,

na darmo śmierć dwóch milionów ludzi.

A nasz kraj?

Czy była to jedyna ofiara, którą musieliśmy ponieść? Czy w przeszłości Niemcy były

mniej warte niż sądziliśmy? Czy nie miały zobowiązań wobec własnej historii? Czy nie

byliśmy warci chodzenia w glorii przeszłości? W jakim świetle to zdarzenie będzie

przedstawiane przyszłym pokoleniom?

Marni, zdeprawowani kryminaliści.

Im bardziej próbowałem uzyskać jasne spojrzenie na te nadzwyczajne wypadki, tym

bardziej było mi wstyd. Czym był ten cały ból oczu w porównaniu z takim nieszczęściem?

To były okropne dni i jeszcze gorsze noce. wiedziałem, że wszystko zostało stracone.

Moja nienawiść do organizatorów tych wydarzeń ciągle wzrastała.

Cesarz Wilhelm był pierwszym cesarzem Niemiec, który podał przyjazną dłoń

marksistowskim przywódcom, mało dbając o to, że są to łotry bez honoru.

Z Żydami nie ma żadnych porozumień - jest po prostu "to albo to".

Postanowiłem zostać politykiem.

ROZDZIAŁ VIII

Początki mojej działalności politycznej

Z końcem listopada 191 8 roku wróciłem do Monachium. Ponownie wstąpiłem do

mojego regimentu, który znajdował się w rękach rad żołnierskich. Cała ta sprawa była dla

mnie odpychająca, postanowiłem więc go opuścić tak szybko, jak to tylko było możliwe. W

towarzystwie mojego wiernego kolegi z wojny, Emsta Schmidta, przybyłem do Traunstein i

pozostałem tam aż do rozwiązania obozu.

W marcu 1919 roku powróciłem do Monachium. Sytuacja była nie do wytrzymania i

zmierzała ku dalszemu rozprzestrzenianiu się rewolucji. Śmierć Eisnera tylko przyśpieszyła

jej rozwój i doprowadziła w końcu do dyktatury rad, lepiej powiedzieć, do uzyskania przez

Żydów przejściowej kontroli, która była celem i ideą tych, co dali początek rewolucji. W tym

okresie przez moją głowę przebiegały nie kończące się plany.

W trakcie tej nowej rewolucji swoim postępowaniem ściągnąłem na siebie wrogość

Centralnej Rady. Dwudziestego siódmego marca 1919 roku usiłowano mnie aresztować, ale

gdy skierowałem swój karabin przeciwko oprawcom, ci trzej młodzieńcy stracili odwagę i

wrócili, skąd przyszli.

Kilka dni po oswobodzeniu Monachium wezwano mnie przed komisję i skierowano do

Drugiego Regimentu Piechoty. To był mój pierwszy kontakt z bardziej lub mniej czystą

polityką.

Kilka tygodni później otrzymałem rozkaz wzięcia udziału w kursie dla członków sił

obrony. Jego celem było zapoznanie żołnierzy z zasadami obowiązującymi obywateli

państwa. Wartość kursu brała się z faktu, że przez okres jego trwania poznałem kolegów,

którzy myśleli tak jak ja i z którymi mogłem dyskutować na temat aktualnej sytuacji. Byliśmy

wszyscy mniej lub bardziej przekonani, że Niemcy nie będą w stanie się podnieść z ruiny,

która im coraz bardziej zagrażała. Uważaliśmy , że członkowie partii centrum i socjalde-

mokracji, a także związanych z nimi grup mieszczańsko-narodowych nigdy, nawet z

najlepszą wolą, nie będą w stanie naprawić szkody, którą sami wyrządzili zbrodnią

listopadową.

W naszym małym kręgu dyskutowaliśmy o powstaniu nowej partii.

Podstawowe zasady, które rozważaliśmy, były później realizowane przez nas w

Niemieckiej Partii Robotniczej. Nazwa tego nowego ruchu wskazywała początkowy kierunek

penetracji szerokich mas, ponieważ gdyby zabrakło tej jakości, cała praca mogłaby się oka-

zać bezcelowa i zbędna. Tak więc nazwaliśmy ją partią socjalrewolucyjną, gdyż idee

socjalne tej nowej organizacji łączyły się z rewolucją.

Była także głębsza przyczyna. Cała uwaga, jaką poświęcałem problemom

gospodarczym we wcześniejszym okresie mego życia, skupiała się mniej lub więcej na

uboczu problemów socjalnych. Dopiero później rozszerzyłem te granice w wyniku moich

rozważań na temat niemieckiej polityki koalicyjnej. Ta ostatnia była w przeważającej części

rezultatem błędnej oceny gospodarki i nieokreślonych zasad wyżywienia w przyszłości

narodu niemieckiego. Te idee oparte były na twierdzeniu, że w każdym wypadku kapitał jest

po prostu wynikiem pracy, a poza tym stanowi – jak sama praca - podstawę korekty

wszystkich czynników, które mają zarówno rozwijać, jak i ograniczać ludzką działalność. W

tym tkwi narodowe znaczenie kapitału, iż jest całkowicie zależny od wielkości, wolności i siły

państwa, to jest narodu: związek ten powoduje, że kapitał dążąc do utrzymania się i rozwoju

popiera jednocześnie państwo i naród. To wzajemne powiązanie kapitału z niezależnym

państwem zobowiązuje to ostatnie do uczynienia narodu wolnym i silnym.

W ten sposób obowiązek państwa względem kapitału jest stosunkowo prosty i jasny.

Po prostu musi ono widzieć, że kapitał pozostaje w służbie państwa i nie otrzyma kontroli ze

strony narodu. Zajmując takie stanowisko, państwo mogłoby ograniczyć się do dwóch celów:

z jednej strony utrzymania wydajności narodowej i niezależności administracji, a z drugiej -

zabezpieczenia socjalnych praw robotników.

Natychmiast po wysłuchaniu pierwszego wykładu Federa w moim mózgu zaświtała

myśl, że wreszcie odkryłem drogę do jednej z podstawowych zasad, na której może być

stworzona nowa partia.

Szybko zrozumiałem, że to było zagadnienie teoretycznej prawdy o ogromnej

ważności dla przyszłości narodu niemieckiego. Ostre odróżnienie giełdowego kapitału od

finansów narodu dawało możliwość przeciwstawienia się umiędzynarodowieniu niemieckiej

administracji finansowej, bez zagrożenia podstaw narodowej egzystencji w walce przeciwko

kapitałowi.

Rozwój Niemiec był dla mnie zbyt oczywisty, abym nie był świadomy, że najcięższa

walka nie będzie toczona przeciwko wrogim narodom, ale przeciwko międzynarodowemu

kapitałowi.

Wykład Federa wyposażył mnie w doskonały okrzyk bojowy, przydatny w

nadchodzącej walce. Ten przypadek, jak również późniejsze wydarzenia, udowodnił, jak

poprawne były nasze odczucia w tym okresie. Nie będziemy dłużej wyszydzani przez

naszych głupich, burżuazyjnych polityków. Nawet oni teraz rozumieją, jeśli nie kłamią, że

międzynarodowy kapitał był nie tylko największym agitatorem wojny, ale nawet teraz, gdy

wojna się skończyła, nie szczędzi niczego, by przemienić pokój w piekło.

Dla mnie i dla wszystkich prawdziwych narodowych socjalistów istnieje tylko jedna

doktryna: naród i ojczyzna.

Tym, o co musimy walczyć, są bezpieczeństwo istnienia i rozwoju naszej rasy i

narodu, wyżywienie jego dzieci i zachowanie czystości krwi, wolność i niezależność

ojczyzny, a wtedy nasz naród będzie mógł dojrzeć do wypełnienia misji nałożonej na niego

przez Stwórcę Wszechświata. Zacząłem uczyć się na nowo i dopiero teraz prawidłowo

zrozumiałem nauki i zamiary Żyda - Karola Marksa. Dopiero teraz właściwie odczytałem jego

"Kapitał", tak samo, jak i walkę socjaldemokracji przeciwko gospodarce narodu i to, że jego

celem jest przygotowanie podstaw dominacji prawdziwie międzynarodowego kapitału,

finansjery i giełdy.

Z drugiej strony dało to wielkie rezultaty. Pewnego dnia zgłosiłem intencję zabrania

głosu w dyskusji. Jeden z uczestników myślał, że złamie lancę wymierzoną w Żydów i zaczął

bronić ich w długich wywodach. To pobudziło mnie do przeciwstawienia się. Przytłaczająca

większość obecnych stanęła po mojej stronie.

Rezultatem tego - jakkolwiek kilka dni "później było wydanie mi rozkazu wstąpienia do

monachijskiego regimentu na stanowisko instruktora.

Dyscyplina wojenna w tym czasie była raczej słaba. Było to następstwem okresu rad

żołnierskich.

Teraz mogłem przypisać sobie sukces: w trakcie moich przemówień setki - mało tego

- tysiące kolegów zdołałem przywrócić narodowi i ojczyźnie. "Unarodowiłem" oddziały

wojskowe i mogłem w ten sposób przyczynić się do wzmocnienia dyscypliny.

Ponadto poznałem wielu kolegów, którzy myśleli tak jak ja, którzy wspólnie ze mną

wykładali podstawy nowego ruchu.

ROZDZIAŁ IX

Niemiecka Partia Robotnicza

Pewnego dnia otrzymałem rozkaz z kwatery głównej, aby pójść i dowiedzieć się, co

się dzieje w organizacji politycznej pod nazwą Niemiecka Partia Robotnicza, która miała

odbyć spotkanie w czasie kilku następnych dni. Miał na nim przemawiać Gottfried Feder.

Miałem pójść na spotkanie i przyjrzeć się ludziom, a następnie złożyć raport.

Ciekawość partii politycznych odczuwana w armii była więcej niż zrozumiała.

Rewolucja dała żołnierzom prawo aktywności politycznej, a przede wszystkim, nawet

najbardziej niedoświadczonym, możliwość robienia z niej pełnego użytku. Tak było do chwili,

aż partie centrum i socjaldemokratyczna zdały sobie sprawę, że żołnierze zaczynają

odwracać się od partii rewolucyjnych i kierują się ku ruchowi narodowemu i odrodzeniu

państwa. Widziały w tym pretekst do odebrania armii prawa wyborczego i zakazania jej

udziału w życiu politycznym.

Mieszczaństwo, które cierpiało z powodu starczej słabości, myślało z całą powagą, że

armia wróci do swojego poprzedniego stanu, tj. będzie po prostu częścią sił obronnych

Niemiec, podczas gdy ideą centrum i marksistów było usunięcie niebezpiecznego, zatrutego

zęba nacjonalizmu, bez którego armia jest niczym innym jak policją, a nie siłą militarną,

zdolną do oparcia się wrogowi.

Zdecydowałem się wziąć udział we wspomnianym spotkaniu partii, o której nic nie

wiedziałem.

Byłem zadowolony, gdy Feder skończył przemawiać. Widziałem wystarczająco wiele i

już przygotowywałem się do odejścia, gdy zatrzymała mnie informacja, że teraz każdy

będzie mógł zabrać głos. Wydawało mi się, że nie zdarzy się nic godnego uwagi, gdy nagle

jakiś "profesor" zaczął przemawiać. Miał wątpliwości do poprawności rozumowania Federa -

nagle odwołał się do "podstawowych faktów" i zasugerował, że ta młoda partia jest jedyną,

nadającą się do podjęcia walki o odseparowanie Bawarii od Prus. Ten człowiek miał czel-

ność twierdzić, że gdyby to się stało, niemiecka Austria natychmiast połączyłaby się z

Bawarią, a wówczas pokój dla Niemiec byłby o wiele pewniejszy i tym podobne bzdury. Na to

musiałem odpowiedzieć i przedstawiłem temu gentlemanowi moje poglądy na ten temat tak

skutecznie, że przewodniczący uciekł z budynku jak zmoczony pudel, jeszcze zanim

skończyłem.

W ciągu kilku dni myślałem często o tej sprawie i już chciałem odłożyć ją na dobre,

gdy ku memu zdziwieniu otrzymałem po paru dniach kartkę pocztową z informacją, że

przyjęto mnie na członka Niemieckiej Partii Pracy. Zaproszono mnie także do wzięcia udziału

w zebraniu komitetu tej partii na następną środę.

Byłem więcej niż zaskoczony metodami zyskiwania członków i nie wiedziałem, czy

śmiać się, czy płakać. Nigdy nie wyobrażałem sobie wstąpienia do jakiejś już istniejącej

partii. Chciałem sam założyć partię. Naprawdę, ten zamiar nigdy się u mnie nie pojawił.

Kiedy już miałem wysłać odpowiedź do autora zaproszenia, zwyciężyła ciekawość i

postanowiłem udać się tam we wskazanym dniu, aby wyjaśnić ustnie kierujące mną powody.

Nadeszła środa. Byłem zaskoczony, gdy powiedziano mi, że na spotkaniu ma być

osobiście przewodniczący tej partii na całą Rzeszę. Postanowiłem odroczyć na chwilę moją

deklarację. Wreszcie pojawił się

. Pozostałem, aby zobaczyć, co się wydarzy. W każdym razie poznałem nazwiska

tych gentlemanów. Przewodniczącym organizacji w Rzeszy był pan Harrer,

przewodniczącym monachijskiej organizacji był Anton Drexler .

Po przeczytaniu protokołu ostatniego zebrania podziękowano lektorowi.

Następnie rozpoczęto przyjmowanie nowych członków, a to dotyczyło i mnie.

Zacząłem zadawać pytania. Poza kilkoma głównymi zasadami nie było niczego, ani

programu, ani ulotek, zupełnie nic nie wydrukowano. Było jedynie dużo wiary i dobrych

intencji.

Nie było mi do śmiechu.

Wiedziałem dobrze, co ci ludzie czuli. Pragnęli nowego ruchu, który miał być czymś

więcej niż partią w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Przede mną stanęło najtrudniejsze pytanie mego życia. Przystąpić do nich, czy się

wstrzymać?

Wydawać by się mogło, że los mnie zaprasza. Nigdy nie chciałem wstępować do

jakiejkolwiek istniejącej wielkiej partii i wyjaśniłem dokładnie moje powody. Według mnie było

korzystne, że ta śmieszna, mała grupa z garstką członków nie przekształciła się w or-

ganizację, ale oferowała jednostkom prawdziwe otwarcie się dla ich aktywności. To była

praca do wykonania, a im mniejszy był ruch, tym szybciej mógł uzyskać właściwy kształt. W

ciąż było możliwe określenie jego charakteru, celu i metod, czego nie można byłoby osią-

gnąć w przypadku istnienia wielkich partii.

Im dłużej rozważałem to w moim umyśle, tym większego nabierałem przekonania, że

takie małe ruchy jak ten mogą łatwiej utorować sobie drogę do narodowego odrodzenia, co

nigdy nie uda się parlamentarnym partiom politycznym, ponieważ trzymają się zbyt kurczowo

przestarzałych koncepcji lub mają interes w popieraniu nowego reżimu. To, co należało teraz

zrobić, to ogłosić nowy światopogląd, a nie nowe wybory.

Po dwóch dniach męczących rozmyślań ostatecznie podjąłem decyzję uczynienia

tego kroku. To był decydujący moment mojego życia. Odwrót nie był możliwy ani celowy.

Oto jak stałem się członkiem Niemieckiej Partii Robotniczej i otrzymałem tymczasową

legitymację członkowską noszącą numer siedem.

ROZDZIAŁ X

Przyczyny upadku imperium

Wielu ludzi uważa upadek Niemiec za zwykły rezultat powszechnego ubóstwa.

Prawie każdy jest osobiście przez nie dotknięty - doskonała przesłanka zrozumienia

nieszczęścia przez każdą jednostkę. Ludzie nie wiążą upadku z politycznymi, kulturalnymi i

moralnymi kwestiami. Brak im zarówno przeczucia, jak i zrozumienia tego faktu.

Nie ulega wątpliwości, że tak się dzieje z masami, ale fakt, że inteligenckie kręgi

społeczeństwa uważają upadek przede wszystkim za "ekonomiczną katastrofę"

i myślą, że odrodzenie musi nadejść od strony ekonomicznej, jest jedną z przyczyn tego, że

do tej pory żadna kuracja nie była możliwa. Ludzie nie rozumieją, że ekonomia może stać

dopiero na drugim albo nawet na trzecim miejscu i że elementy etyczne i rasowe muszą

mieć pierwszeństwo, abyśmy mogli zrozumieć przyczyny obecnego nieszczęścia i dostrzec

środki i metody leczenia.

Najłatwiejszą do dostrzeżenia i dlatego najpowszechniej uznawaną przyczyną

naszych niepowodzeń i obecnego rozkładu jest przegrana wojna.

Prawdopodobnie jest wielu wierzących w te bzdury, ale chyba jest więcej tych, w

których ustach taki argument jest świadomym kłamstwem. To ostatnie dotyczy wszystkich,

którzy tłoczą się wokół narodowego koryta.

Czy ci apostołowie światowego pojednania nie twierdzili, że klęska Niemiec po prostu

nie zniszczyła militaryzmu? Że Niemcy będą się radować chwałą odrodzenia? Czy cała ta

rewolucja nie była pełna frazesów, że rzekomo tylko dzięki niej niemożliwe było zwycięstwo

Niemiec, ale sam naród niemiecki osiągnąłby w pełni zwycięstwo w ojczyźnie i poza nią?

Czy nie było tak, wy kłamiące łajdaki?

Z pewnością charakterystyczną dla żydowskiej bezczelności twierdzono, że militarna

klęska spowodowała upadek, gdy tymczasem centralny organ wszystkich zdrajców,

berlińska gazeta " Vorwarts" pisała, że tym razem niemiecki naród nie będzie mógł przynieść

do ojczyzny sztandaru zwycięstwa! Czy to może być uważane za przyczynę naszego

upadku?

Odpowiedź na twierdzenie, że przyczyną tego stanu rzeczy jest klęska wojenna,

może być następująca:

Oczywiście, przegrana wojna miała straszliwy wpływ na los naszego kraju, ale to nie

była przyczyna, ale skutek. Cała inteligencja i życzliwi ludzie dobrze wiedzą, że

nieszczęśliwe zakończenie tej wojny prowadzonej na śmierć i życie musi prowadzić do

straszliwych rezultatów, ale niestety by li także ludzie, których siła rozumowania w pewnym

momencie opuściła, i tacy, którzy walczyli przeciwko tej prawdzie i zaprzeczali jej, mimo iż

byli jej świadomi. Oni są faktycznie winni upadkowi, a nie przegrana wojna, jak to teraz

utrzymują. Ponieważ przegrana wojna była właśnie rezultatem ich działania, a nie złe

dowodzenie - jak teraz twierdzą. Wróg nie składał się z tchórzy, on bardzo dobrze wiedział,

jak umierać. Od pierwszego dnia miał przewagę liczebną nad niemiecką armią i cały świat na

usługach dla swojego uzbrojenia. Nie możemy także pominąć faktu, że niemieckie

zwycięstwa, które miały miejsce przez cztery lata zaciętych walk przeciwko całemu światu,

zawdzięczamy, oprócz całego bohaterstwa żołnierzy, świetnej organizacji i właściwemu

dowodzeniu. Organizacja i dowództwo niemieckiej armii były najlepszymi, jakie świat

kiedykolwiek widział. Braki wynikały z potencjału ludzkiego.

Czy naprawdę są narody, które kiedykolwiek upadły wskutek przegranej wojny i tylko

przez to? Odpowiedź może być krótka.

Tak jest zawsze, gdy militarną klęskę narodu spowodowało lenistwo, tchórzostwo,

brak charakteru i faktyczny brak wartości u części narodu. Jeśli tak nie jest, militarna klęska

staje się bodźcem do większego odrodzenia w przyszłości, a nie grobem narodu.

Historia dostarcza niezliczonych przykładów potwierdzających prawidłowość tego

stwierdzenia.

Niemiecka klęska militarna nie była niestety niezasłużoną katastrofą, ale zasłużoną

karą odwiecznego prawa zemsty. Na podwójną klęskę nie zasłużyliśmy.

Jeżeli front pozostawiony sobie naprawdę by zawiódł i jeżeli narodowa katastrofa

naprawdę spowodowana byłaby zaniedbaniem, naród niemiecki zaakceptowałby klęskę w

zupełnie innym duchu. Zniósłby nieszczęścia, które nastąpiły, z zaciśniętymi zębami albo

byłby przygnieciony smutkiem. Ich serca wypełniałaby wściekłość i furia przeciwko

złośliwości losu lub przeciwko wrogowi, któremu przeznaczenie dało zwycięstwo. Nie byłoby

ani radości, ani tańców, o tchórzostwie nie mówiono by z dumą, nikt by nie kpił z walczących

oddziałów, a ich barw nie wrzucano by w błoto; ale ponad wszystko ten haniebny stan rzeczy

nigdy nie upoważniłby brytyjskiego pułkownika Repinktona do pełnej pogardy wypowiedzi:

"Co trzeci Niemiec jest zdrajcą".

Nie nastąpił militarny upadek, ale w konsekwencji seria chorobliwych zdarzeń i

upadek tych, którzy je spowodowali. Oni zarazili naród już w czasie pokoju. Klęska była

pierwszą widoczną, katastrofalną oznaką moralnego zatrucia, osłabieniem instynktu

samozachowawczego i doktryny, która już wiele lat wcześniej podkopywała fundamenty

narodu i Rzeszy.

To było naturalne, że cała ta bezdennie zakłamana dusza żydostwa i walcząca

organizacja marksistowska, obciążały bezpośrednią odpowiedzialnością za klęskę tego

człowieka, który próbował z nadludzką wolą i energią zapobiec przewidywanemu

nieszczęściu i zaoszczędzić narodowi okresu głębokiego bólu i upokorzenia. Wskutek

obarczenia Ludendorfa winą za przegraną wojnę światową, wyrwano broń moralnej

sprawiedliwości z ręki tego jedynego przeciwnika zdrajców ojczyzny.

Możemy uważać za wielkie szczęście narodu niemieckiego, że okres pełzającej

choroby przeszedł do głowy i został zatrzymany nagle przez tę okropną katastrofę, ponieważ

gdyby sprawy ułożyły się inaczej, naród popadłby w ruinę, może nieco wolniej, ale równie

pewnie. Choroba stałaby się chroniczna, podczas gdy ta ostra postać choroby dała

przynajmniej jasny i rzeczywisty obraz znacznej ilości obserwatorów.

W długim okresie pokoju poprzedzającym wojnę pojawiły się pewne formy zła i jako

takie zostały rozpoznane, chociaż w praktyce nikt nie zwrócił uwagi z pewnymi wyjątkami -

na przyczyny, które je wywołały. Tymi wyjątkami były zjawiska ekonomiczne, które dotykały

przede wszystkim poszczególnych ludzi. Pojawiło się wiele oznak upadku, które powinny

nakłaniać do poważniejszych przemyśleń.

Zdumiewający przyrost naturalny w Niemczech przed wojną wywołał problem

zapewnienia podstawowego wyżywienia, coraz bardziej widoczny w całej politycznej i

ekonomicznej działalności. Ale niestety rządzący nie mogli zdecydować się na jedyne

właściwe rozwiązanie, ponieważ wyobrażali sobie, że mogą osiągnąć ten cel tańszymi

metodami. Wyrzeczenie się idei zdobywania nowych terytoriów i zastąpienie jej szaleństwem

ekonomicznego podboju doprowadziło w końcu do nieograniczonej i szkodliwej

industrializacji.

Pierwszym i najgorszym skutkiem było osłabienie rolnictwa.

Proporcjonalnie do tego, jak klasa chłopska pogrążała się, a proletariat tłamsił się w

wielkich miastach, te klasy wzrastały liczbowo, aż w końcu całkowicie została naruszona

równowaga.

Gwałtowny rozdźwięk między bogatymi i biednymi stał się wyraźny. Bogactwo i

ubóstwo żyło obok siebie i konsekwencje tego musiały być żałosne. Nędza i wielkie

bezrobocie zaczęły zbierać żniwo wśród ludzi i pozostawiały za sobą rozgoryczenie i

niezadowolenie. Miały miejsce nawet gorsze zjawiska związane z uprzemysłowieniem

narodu. Pieniądz stał się bogiem, któremu wszyscy musieli służyć i przed którym każdy

musiał się kłaniać. Zaczął się okres demoralizacji, zwłaszcza że odbywał się w czasie, gdy

naród - bardziej niż kiedykolwiek - potrzebował w godzinie nadchodzącego

niebezpieczeństwa inspiracji największych talentów. Niemcy powinny być przygotowane do

zapewnienia chleba za pomocą pokojowych środków i do poparcia mieczem swoich

wysiłków.

Niestety dominacja pieniądza została usankcjonowana, także przez tę stronę, która

powinna być w największej opozycji do niego. Szczególnie nieszczęśliwe było to, że jego

Wysokość nakłaniał szlachtę, aby weszła w krąg nowej finansjery. Należy przyznać, na jego

usprawiedliwienie, że nawet Bismarck nie zdawał sobie sprawy z kryjącego się w tym

niebezpieczeństwa. W praktyce ideały cnót zeszły na drugi plan w stosunku do pieniądza,

ponieważ było oczywiste, że wchodząc na taką drogę szlachta będzie musiała grać drugie

skrzypce wobec finansjery.

Już przed wojną zaczęła się internacjonalizacja niemieckiej gospodarki. Część

niemieckiego przemysłu podejmowała zdecydowane próby odsunięcia tego niebez-

pieczeństwa, ale w końcu padła ofiarą połączonego aktu żarłocznego kapitału, popieranego

w wielkiej mierze przez swoich wielkich przyjaciół - ruch marksistowski.

Wojna prowadzona z pomocą marksizmu przeciwko niemieckiemu przemysłowi

ciężkiemu była widocznym początkiem internacjonalizacji, o którą zabiegano, a jedynym

możliwym sposobem zakończenia tej roboty było zwycięstwo marksizmu w rewolucji.

Najlepszym dowodem sukcesu uprzemysłowienia Niemiec jest fakt, że gdy wojna się

skończyła, jeden z liderów niemieckiego przemysłu i handlu mógł wyrazić opinię, że handel

jest jedyną siłą, która znowu będzie mogła postawić Niemcy na nogi. Te słowa -

wypowiedziane przez Stinnesa - spowodowały niewiarygodne zamieszanie, ale zostały

podjęte i stały się ze wstrząsającą szybkością mottem wszystkich oszustów, którzy pod

płaszczykiem "mężów stanu" roztrwonili fortunę Niemiec.

Jedną z najgorszych oznak dekadencji w Niemczech przed wojną była powszechna

połowiczność, którą manifestowano na każdym kroku, we wszystkim co robiono. jest ona

zawsze rezultatem braku poczucia pewności i wynikającej z niego, jak i z innych przyczyn,

małoduszności. Przyczyną tego stanu był system edukacji.

Edukacja w Niemczech przed wojną miała bardzo wiele słabych punktów. Był to

jednostronny system kształcenia, preferujący samą wiedzę, a bardzo mało uwagi

poświęcający praktycznym umiejętnościom. Jeszcze mniejszy nacisk kładziono na

kształtowanie charakteru, bardzo mały na zachęcanie do brania odpowiedzialności na siebie,

a żadnego na rozwijanie siły woli i umiejętności podejmowania decyzji. Rezultatem takiego

wychowania nie był mocny człowiek, ale ulegający wpływom posiadacz dużej wiedzy - tak

powszechnie było przed wojną i dlatego cieszyliśmy się względami innych narodów.

Kochano Niemca, ponieważ przydawał się, ale mając słabą wolę nie cieszył się szacunkiem.

Z tej przyczyny łatwiej porzucał narodowość i ojczyznę niż inni. Wyraża to świetnie

przysłowie: ,,Z kapeluszem w ręce możemy przemierzyć cały świat".

Tak oto wartość i znaczenie idei monarchy nie może skupiać się głównie na jego osobie,

chyba że niebiosa zechcą łaskawie umieścić koronę na głowie wspaniałego bohatera,

takiego jak Fryderyk Wielki, albo tak mądrej osobistości jak Wilhelm I. To może zdarzyć się

raz na kilka wieków, nie częściej. Inaczej mówiąc, koncepcja powinna mieć pierwszeństwo

przed człowiekiem. Jej znaczenie musi się kształtować wyłącznie wewnątrz instytucji, a

monarcha sam wchodzi w krąg tych, którzy jej służą.

Skutkiem przewrotnej edukacji był strach przed odpowiedzialnością i wynikająca z

tego słabość w załatwianiu podstawowych problemów.

Podam tylko kilka przypadków z całej masy przykładów, które zaobserwowałem.

Kręgi dziennikarstwa mają zwyczaj pisać o prasie, jako o "wielkiej sile" w państwie.

Jest prawdą, że jej znaczenie jest obecnie ogromne. Trudno je przecenić- stanowi ona w

rzeczywistości przedłużenie edukacji aż do późnego wieku.

Podstawową sprawą państwa i narodu jest dbać o to, aby ludzie nie wpadali w ręce

złych, niewykształconych czy nieżyczliwych nauczycieli. Jest zatem obowiązkiem państwa

czuwanie nad edukacją społeczeństwa i zabezpieczenie jej przed niekorzystnymi

zjawiskami. Powinno ono także kontrolować prasę, szczególnie to, co ona robi, ponieważ jej

wpływ na ludzi jest ogromny i najskuteczniejszy ze wszystkiego, gdyż jej oddziaływanie nie

jest przejściowe, a stałe. Jego ogromne znaczenie tkwi w jednostajnym i ciągłym

powtarzaniu swojej nauki. Obowiązkiem państwa jest pamiętać, że cokolwiek robi, musi być

ukierunkowane na jeden cel i tylko jeden, nie można pozwolić na sprowadzenie jej na

manowce przez tak zwaną " wolność prasy" albo nakłaniać ją do zaniedbywania swoich

obowiązków i odmawiania strawy, której naród potrzebuje, aby być zdrowym. Państwo musi

zdecydowanie kontrolować ten instrument edukacji narodu i umieścić go w służbie państwa i

narodu.

To, co tak zwana liberalna prasa robiła przed wojną, było kopaniem grobu dla

niemieckiego narodu i niemieckiej Rzeszy. O kłamstwach marksistowskiej prasy nie

potrzebujemy w ogóle mówić, dla niej kłamstwa są tak niezbędne do życia jak miauczenie

kota. Jedynym jej celem jest złamanie narodowych i społecznych sił oporu, przygotowanie

ich do służenia internacjonalistycznemu kapitałowi i jego panom - Żydom.

Co państwo zrobiło, aby przeciwdziałać temu masowemu zatruwaniu narodu? Nic,

absolutnie nic! Kilka nic nie znaczących ostrzeżeń, kilka kar za przestępstwa zbyt

skandaliczne, aby mogły pozostać niezauważone, i to wszystko.

Walka rozpoczęta przez rząd w tych dniach przeciw prasie - kontrolowanej głównie

przez Żydów - która powoli deprawowała naród, nie miała ani zdecydowania, ani określonej

linii, ale przede wszystkim zabrakło wyraźnego celu. Całkowicie pominięto zarówno ocenę

znaczenia tej walki, jak i wybór metod oraz ustalenie jasno określonego planu.

Dla niezupełnie wykształconych, pobieżnych czytelników "Frankfurter Zeitung" jest

szczytem elegancji. Nie używa nigdy mocnych określeń, odżegnuje się od przemocy i

zawsze na rzecz walki operuje "intelektualnymi" środkami, a to przyciąga ciekawość

przynajmniej inteligentnych ludzi.

Dla naszych półinteligentnych klas pisze Żyd w tak zwanej prasie inteligenckiej.

"Frankfurter Zeitung" i "Berliner Tageblatt" mają na celu przyciągnąć je i rzeczywiście ta

prasa wywierała na te grupy wpływ. Najostrożniej, unikając szorstkości języka używali innych

naczyń do wlania trucizny do serc swoich czytelników. W mieszaninie czarujących wyrażeń

uspokajają swoich czytelników wiarą, że czysta wiedza i moralna uczciwość są kierującymi

siłami ich działań, podczas gdy naprawdę jest to zręczny środek do przywłaszczenia sobie

broni, której ich oponenci mogliby użyć przeciwko prasie.

Zadowolenie z półśrodków jest zewnętrzną oznaką wewnętrznej dekadencji, a

narodowy upadek nastąpi wcześniej czy później. Wierzę, że nasza obecna generacja, jeżeli

będzie prawidłowo kierowana, dużo łatwiej opanuje to niebezpieczeństwo. Miała ona różne

doświadczenia, które wzmocniły nerwy tych, co ich zupełnie nie stracili. Pewnym jest, że

wcześniej czy później Żyd w swoich gazetach podniesie wrzask, gdy na jego umiłowane

gniazdo zostanie położona ręka kończąca z tym haniebnym wykorzystywaniem prasy i przez

postawienie tego środka w służbie państwowej i odebranie go obcym i wrogom narodu.

Wierzę, że będzie to mniejszym ciężarem dla nas młodych, niż to było dla naszych ojców.

Trzydziestocentymetrowy granat zawsze syczy głośniej niż tysiąc żydowskich, gazetowych

żmij więc pozwólmy im syczeć!

Cała edukacja powinna zmierzać ku temu, aby wolny czas chłopca zająć korzystnym

rozwojem ciała. Nie ma prawa pozwalającego na to, aby marnował swoje młode lata i

zakłócał spokój na ulicach i w kinach, po całodziennej pracy powinien wzmacniać swoje

młode ciało, tak aby życie nie pozwoliło mu stać się miękkim, gdy weń wchodzi.

Przygotowanie i zrealizowanie tego jest obowiązkiem edukacji młodego pokolenia, a nie tylko

pompowanie tak zwanej wiedzy. To musi uwolnić go od wrażenia, że kierowanie ciałem jest

wyłącznie sprawą jednostki. Nikomu nie wolno grzeszyć przeciw potomnym, to znaczy

przeciw rasie.

Walkę przeciwko zatruwaniu duszy należy prowadzić równolegle z rozwojem ciała.

Należy zwrócić uwagę na "jadłospis" kin, teatrów i variete, przecież trudno zaprzeczyć, żeby

była to właściwa strawa, zwłaszcza dla młodych. Parkany i kioski z ogłoszeniami przyciągają

uwagę społeczeństwa w wulgarny sposób. Każdy, kto nie stracił zdolności wejścia w duszę

młodego człowieka, zrozumie, że musi to prowadzić do poważnych wynaturzeń.

Życie ludzi musi być wolne od duszących woni naszego nowoczesnego erotyzmu. We

wszystkich tych sprawach cel i metoda muszą być kierowane pragnieniem zabezpieczenia

zdrowia naszego narodu, zarówno jego ciała, jak i duszy. Prawo do osobistej wolności jest

drugie w hierarchii ważności w stosunku do obowiązku utrzymania rasy.

Podobną chorobliwość można dostrzec w każdej dziedzinie sztuki i kultury. Smutną

oznaką wewnętrznej dekadencji było zakazanie młodym ludziom odwiedzania tak zwanych

domów sztuki (Kunststatte). Weźmy pod uwagę choćby to, co bezwstydnie, publicznie "eks-

ponowano", z zastrzeżeniem "tylko dla dorosłych".

I pomyśleć, że takie środki ostrożności były konieczne w takich właśnie miejscach,

które przede wszystkim powinny dostarczać materiału dla kształcenia młodzieży, a nie dla

zabawy zblazowanych dorosłych. Co powiedzieliby najwięksi dramaturdzy wszystkich

czasów na takie ostrzeżenie i na przyczynę, która uczyniła je koniecznym.

Wyobraźmy sobie oburzenie Schillera i to, jak Goethe wpadłby w furię.

Ale rzeczywiście, kim są Schiller, Goethe, Shakespeare w porównaniu z bohaterami

nowej, niemieckiej poezji! Skończeni i przestarzali, całkowicie niemodni. Ponieważ to jest

charakterystyczne; nie tylko dla okresu, który nie tworzy nic poza plugastwem i rzuca w błoto

wszystko, co było naprawdę wielkie w przeszłości.

Dlatego najsmutniejszą stroną naszej narodowej kultury w okresie poprzedzającym

wojnę był nie tylko kompletny zanik naszych twórczych sił w sztuce i generalnie w kulturze,

ale także duch nienawiści, której pamięć i wielkość skalała i zamazała przeszłość. Prawie w

każdej dziedzinie sztuki, szczególnie w dramacie i literaturze rozpoczęto na przełomie stuleci

produkować coraz mniej nowych, wartościowych rzeczy, a także lekceważono to, co było

dawniej najlepsze i pokazywano jako gorsze i przestarzałe.

Badanie stosunków religijnych przed wojną pokazuje, jak wszystko znalazło się w

stanie rozbicia. Nawet w tej dziedzinie miały miejsce wielkie podziały narodu, co

spowodowało całkowitą utratę jednolitości przekonań. Ci, którzy byli w otwartym konflikcie z

kościołem, odgrywali mniejszą rolę niż ci, którzy byli po prostu obojętni. Obydwa wyznania

prowadzą misję w Azji i Afryce, w celu przyciągnięcia nowych wyznawców - praktyka ta daje

bardzo umiarkowane rezultaty w porównaniu z rozwojem wiary mahometańskiej - gdy

tymczasem w Europie tracą miliony prawdziwych wyznawców, których całkowicie zraża się

do religijnego życia albo którzy po prostu idą swoją własną drogą. Konsekwencje, z

moralnego punktu widzenia, nie są dobre.

Jest wiele oznak walki, z dnia na dzień coraz gwałtowniejszej, przeciwko

dogmatycznym zasadom różnych kościołów, bez których w praktyce wiara religijna byłaby na

tym świecie nieprawdopodobna. Szerokie masy narodów nie składają się z filozofów; wiara

jest dla nich przeważnie jedyną podstawą moralnych poglądów na życie. Różne próby

znalezienia środków zastępczych nie okazały się właściwe ani pomyślne, nie powiodło się

także wprowadzenie ich na miejsce dawnych wyznań religijnych. Jeżeli nauka i wiara

religijna naprawdę opanują szerokie rzesze społeczeństwa, absolutny autorytet tej wiary

będzie całkowitą podstawą jego skuteczności. Tym, czym obyczaj dla życia, jest dla państwa

prawo, a dla religii dogmat. To i tylko to może pokonać chwiejne, ciągle kwestionowane

intelektualne koncepcje i nadać im kształt, bez którego wiara nie może istnieć. W innym

wypadku koncepcja metafizycznego poglądu na życie - innymi słowy filozoficznej opinii -

nigdy z tego nie wyrosłaby. Dlatego atak przeciwko dogmatom jest bardzo podobny do walki

przeciwko powszechnym, prawnym podstawom państwa i prowadzi do kompletnej anarchii,

aż znajdzie swój koniec w beznadziejnym, religijnym nihilizmie.

Polityk jednak musi ocenić wartość religii, niekoniecznie w odniesieniu do błędów w

niej tkwiących, ale pod kątem korzyści płynących z niej jako ze środka zastępczego. Dokąd

będą istnieć jakieś środki zastępcze, tylko głupcy i kryminaliści będą je niszczyć.

Fakt, że wielu ludzi w przedwojennych Niemczech czuło niechęć do życia religijnego,

należy przypisać błędom popełnionym przez tak zwaną partię "chrześcijańską" i

bezwstydnym próbom identyfikacji wiary katolickiej z polityczną partią.

To fatalne odchylenie dawało korzyści znacznej części bezwartościowych członków

parlamentu i spowodowało szkody w Kościele.

Konsekwencje musiał ponosić cały naród, bo w rezultacie doprowadziło to do

osłabienia życia religijnego i tradycyjnych zasad moralnych w okresie, gdy wszystko

zaczynało upadać.

Te szczeliny i pęknięcia gmachu naszego narodu mogły istnieć tak długo, jak długo

nie spadło na niego dodatkowe obciążenie, tzn. mogły wówczas spowodować klęskę, o ile

natłok wielkich wypadków zamieniłby problem wewnętrznej narodowej solidarności w kwestię

o decydującym znaczeniu.

Także w dziedzinie polityki oko obserwatora mogło zauważyć oznaki zła, które -

chyba że zmiany i udoskonalenia byłyby szybko wprowadzone - były symptomem

zbliżającego się wewnętrznego upadku imperium i jego polityki wewnętrznej.

Było również wielu takich, co z trwogą patrzyli na te zjawiska i krytykowali brak planu i

myśli w polityce cesarstwa: oni bardzo dobrze wiedzieli o jego wewnętrznej słabości i pustce,

ale byli po prostu outsiderami życia politycznego. Biurokracja w rządzie ignorowała

przeczucia Houstona Stewarda Chamberlaina z taką samą obojętnością, jak robi to dzisiaj.

Ci ludzie są zbyt , głupi, żeby samodzielnie coś wymyślić i zbyt zarozumiali, żeby uczyć się

tego, co potrzebne, od innych.

Jedną z bezmyślnych uwag powszechnie powtarzanych jest ta, że system

parlamentarny "nie sprawdza się od czasów rewolucji". To prowadzi zbyt szybko do

przypuszczenia, że inaczej było przed rewolucją. W rzeczywistości wynik działalności tej

instytucji jest i może być tylko taki, wyłącznie niszczycielski, i taki był również w czasach,

kiedy większość ludzi wolała nosić klapki na oczach i nic nie widzieć.

Upadek Niemiec był niemałą zasługą tej instytucji.

Cokolwiek poddane zostało wpływowi parlamentu, robione było połowicznie,

jakkolwiek na to nie patrzeć.

Polityka cesarstwa wobec sprzymierzeńców miała również słaby, połowiczny wymiar.

Chociaż parlament chciał utrzymać pokój, nie był w stanie zapobiec wojnie.

Polityka wobec Polski miała także połowiczny wymiar. Drażniono tylko Polaków nigdy

nie traktując ani ich, ani tej polityki poważnie. W efekcie nie było ani zwycięstwa dla Niemiec,

ani pojednania z Polską, a wywołało to tylko wrogość Rosji.

Rozwiązanie problemu Alzacji i Lotaryngii miało również połowiczny wymiar. Zamiast

brutalnie, raz na zawsze,' urwać łeb francuskiej hydrze przyznając Alzatczykom równe

prawa, nie zrobiono niczego.

Co więcej, nie można było zrobić nic. Główni zdrajcy swego kraju zajmowali miejsca

w szeregach wielkich partii, na przykład Wetterle centrum.

Podczas gdy żydostwo za pomocą marksistowskiej i demokratycznej prasy

rozprzestrzeniało na cały świat ; kłamstwa o niemieckim militaryzmie i wszystkimi sposobami

i siłami próbowało krzywdzić Niemcy, marksistowskie i demokratyczne partie odrzucały

wszelkie rozważania na temat uzupełnienia narodowych sił Niemiec.

Los walki o wolność i niezależność niemieckiego narodu jest rezultatem braku

entuzjazmu w czasie pokoju i słabości w nawoływaniu do połączenia sił narodu w obronie

ojczyzny.

Pewnym złem systemu monarchistycznego było coraz mocniejsze przekonanie dużej

części narodu o tym, że jest rzeczą naturalną, iż rząd czuwa nad wszystkim i jednostka nie

musi o nic się martwić. Tak długo, jak rząd był naprawdę dobry albo przynajmniej wydawał

się dobrym, sprawy szły dobrze, ale niestety, rząd o najlepszych intencjach zastąpiono

nowym, mniej sumiennym! Najgorszym do wyobrażenia wówczas złem było bierne

posłuszeństwo i dziecinna wiara.

Ale między tymi różnymi słabościami były rzeczy o bezspornej wartości.

Przede wszystkim stabilność kierownictwa państwowego zabezpieczona przez

monarchistyczny kształt państwa oraz ochrona posad państwowych przed spekulacjami

chciwych polityków. Także wewnętrzna godność instytucji i autorytet, który wynosił rangę

urzędników państwowych i armii ponad zobowiązania partyjnych polityków. Te korzyści

wynikały z osobistego wcielenia zwierzchnika państwa w osobie monarchy i z przykładu

odpowiedzialności, która spoczywała na monarsze mocniej niż na parlamentarnej

większości.

Armia uczyła pewnych ideałów i poświęcenia dla ojczyzny i jej wielkości, podczas gdy

w innych dziedzinach panowała chciwość i materializm. Ona uczyła narodowej jedności

przeciwko rozbiciu na klasy i być może jedyną jej słabością była instytucja ochotników,

wstępujących do niej na rok. To była słabość, ponieważ łamała zasadę całkowitej równości i

oddzielała lepiej wykształconych od zwykłej społeczności wojskowej. Rozważając

ekskluzywność wyższych klas i ich coraz większe odsunięcie od pozostałych dochodzimy do

wniosku, że armia mogłaby działać jako "błogosławieństwo", gdyby uniknęła w każdym

przypadku wyodrębnienia tak zwanej inteligencji w swoich szeregach. To był błąd, że tak się

nie stało, ale jaka instytucja na tej ziemi postępuje bezbłędnie, a poza tym i tak przeważały w

armii dobre strony, więc tych kilka błędów nie było poniżej ludzkiej niedoskonałości.

Do tej formy państwa i armii przyłączono urzędnicze ciało starego cesarstwa.

Niemcy były najlepiej zorganizowanym i najlepiej administrowanym krajem na

świecie. Jakkolwiek wielu urzędników można było nazwać pedantycznymi biurokratami

niemieckiego państwa, w innych państwach nie wyglądało to lepiej; wręcz przeciwnie -

gorzej. Inne kraje nie posiadały tej cudownej solidności aparatu urzędniczego uchodzącego

za nieprzekupny, które to cechy można było przypisać niemieckim urzędnikom. Lepiej być

raczej pedantycznym, gdy się jest uczciwym i wiernym, niż uświadomionym i nowoczesnym,

a równocześnie niższego charakteru oraz - jak to się dzisiaj zdarza - nic nie wiedzącym i nie

umiejącym.

Niemieckie ciało urzędnicze i machina administracyjna były znakomite szczególnie ze

względu na niezależność od poszczególnych rządów, których przejściowe zamysły w

polityce nie miały wpływu na stanowiska urzędników niemieckiego państwa. To wszystko

zostało zmienione zasadniczo przez rewolucję. Względy partyjne wyparły zdolności i

kompetencje, a mocny i niezależny charakter miał mniejsze znaczenie niż rekomendacja.

Na tych trzech filarach - państwie, armii i korpusie urzędniczym - opierała się

cudowna siła i skuteczność starego cesarstwa.

ROZDZIAŁ XI

Naród i rasa

Istnieje niezliczona ilość przykładów w historii pokazujących z przerażającą

szczerością, jak ciągle aryjska krew miesza się z krwią "gorszych ludzi" i w rezultacie

prowadzi do końca kultury zachowania rasy. Północna Ameryka, której ludność składa się w

przeważającej części z elementu germańskiego i w małym stopniu zmieszanego z gorszą,

kolorową ludnością, pokazuje człowieka i kulturę całkowicie odmienną od tej ze Środkowej i

Południowej Ameryki, tworzonej przez ludzi głównie pochodzenia romańskiego. Ich krew w

dowolny sposób była mieszana z krwią tubylców. Biorąc powyższe za przykład jasno

rozpoznamy efekty mieszania ras. Człowiek pochodzenia germańskiego na kontynencie

amerykańskim, utrzymując czystość rasy, podniósł się do roli pana i pozostanie panem tak

długo, jak długo nie dopuści się haniebnego czynu mieszania krwi.

Być może idea pacyfistyczna jest zupełnie dobrą ideą w tych przypadkach, kiedy

człowiek jako najwyższa istota zupełnie podbije i opanuje świat, aby stać się jego wyłącznym

panem. Wówczas ta zasada, pod warunkiem stosowania jej w praktyce, nie przyciągnie mas

ludzkich. Tak więc najpierw walka, a później pacyfizm. W przeciwnym razie oznaczałoby to,

że ludzkość przekroczyła najwyższy punkt swego rozwoju, a końcem nie byłaby dominacja

jakiejś etnicznej idei, tylko chaos. Niektórzy naturalnie będą się z tego śmiać, ale trzeba

pamiętać, że ta planeta przemieszczała się w eterze wolna od ludzkości miliony lat i może

znowu tak się stać, jeżeli ludzie zapomną, że nie istnieją dla szalonej idei czy ideologii, ale

dla zrozumienia i bezlitosnego stosowania odwiecznych praw natury.

Wszystko, co podziwiamy na tej ziemi - nauka, sztuka, umiejętności techniczne i

wynalazczość - jest twórczym produktem jedynie niewielkiej liczby narodów, a być może

nawet jednej rasy. Cała kultura opiera się na ich egzystencji. Jeśli zostają zrujnowane,

zabierają ze sobą do grobu całe piękno tej ziemi.

Jeżeli podzielimy ludzką rasę na trzy kategorie twórców, obrońców i niszczycieli -

aryjska rasa może być uważana za reprezentującą tę pierwszą kategorię.

Aryjskie rasy - czasem w absurdalnie małych ilościach - opanowują inne narody i są

faworyzowane przez wielką liczbę ludzi niższego rzędu, którzy stają do ich dyspozycji i

rozwijają się stosownie do warunków życia zdobytych terytoriów, takich jak urodzajność,

klimat itp.

Drzemią w nich talenty intelektualne i organizacyjne. W ciągu wieków tworzą oni

kulturę autentycznie odciskającą piętno swego charakteru na ziemi i w ludziach sobie

podporządkowanych. Grzechem zdobywców jest wystąpienie przeciwko zasadzie

utrzymania czystości krwi (zasadę tę stosowali od początku) i mieszanie jej z tubylcami,

których ujarzmili, co prowadzi nieuchronnie do końca ich istnienia jako narodu wybranego,

ponieważ grzech popełniony w raju kończy się wygnaniem.

Dla rozwoju wyższej kultury jest konieczne istnienie ludzi wyższej cywilizacji,

ponieważ nikt poza nimi nie mógł stanowić ekwiwalentu środków technicznych, bez których

wyższy rozwój nie był do pomyślenia. Kultura w swoich początkach była oczywiście bardziej

zależna od zatrudnienia gorszego ludzkiego materiału niż oswojonych zwierząt.

Dopiero po zniewoleniu podbitych ras taki sam los spotkał świat zwierzęcy - wbrew

temu, w co wielu chciałoby wierzyć - gdyż najpierw przed pługiem szedł niewolnik, a po nim

dopiero koń. Zwłaszcza pacyfistycznym szaleńcom może się to wydać oznaką ludzkiej

deprawacji. Pozostali muszą jasno widzieć, że taki rozwój jest nieuchronny, aby doprowadzić

do takiego stanu rzeczy, w którym owi apostołowie będą mogli rozprzestrzeniać te głupoty w

świecie.

Postęp ludzkości jest podobny do wspinania się po drabinie nie mającej końca;

człowiek nie może wyjść wyżej, dopóki nie pokona niższych stopni. Taką, prowadzącą do

celu, drogą musiał iść Aryjczyk, a nie tą istniejącą w marzeniach pacyfistów.

Droga, którą kroczył Aryjczyk, była jasno wyznaczona. Będąc zdobywcą podbił

"niższych ludzi", aby pracowali pod jego kontrolą, stosownie do jego woli i celów. Chociaż

wymuszał ciężką pracę, to jednak nie tylko ochraniał ich życie, ale także zapewniał lepszą

egzystencję od tej, jaką wiedli dawniej na wolności. Tak długo, jak się czuł zwierzchnikiem,

nie tylko utrzymywał swoje panowanie, ale był także poplecznikiem i piastunem kultury. Ale

jak tylko te ujarzmione narody zaczęły się podnosić i prawdopodobnie upodabniać swój język

do języka zdobywców, upadła ostra bariera między panem i sługą. Aryjczyk wyrzekł się

czystości krwi, a tym samym swego prawa do pozostania w raju, który dla siebie stworzył.

Tonął, przy, gnieciony mieszaniną ras i stopniowo tracił na zawsze swoje cywilizacyjne

zdolności, aż zaczął się coraz bardziej upodabniać do tubylców, zarówno pod względem

umysłowym, jak i fizycznym. Jeszcze przez jakiś czas mógł się cieszyć błogosławieństwem

cywilizacji.

Tak oto upadają cywilizacje i imperia ustępując miejsca nowym tworom. Mieszanina

krwi i obniżanie poziomu czystości rasy, która temu towarzyszy, jest jedyną i wyłączną przy-

czyną, dla której znikają stare cywilizacje - to nie tylko przegrane wojny rujnujące ludzkość,

ale właśnie utrata sił oporu płynących z czystości krwi.

W naszym niemieckim języku jest słowo, które wspaniale oddaje poświęcenie dla

ogólnego dobra. Jest to "Pflickterfullung" - gotowość do posłuszeństwa w wypełnianiu służby.

Ideę stanowiącą fundament takiej postawy nazywamy idealizmem, w przeciwieństwie

do egoizmu i przez nią rozumiemy zdolność jednostki do poświęcenia się dla społeczeństwa.

W czasach, gdy zagraża zanik ideałów, możemy zaobserwować natychmiastowe

zmniejszenie siły społeczeństwa, która jest jego istotą i niezbędnym warunkiem kultury.

Wówczas kierującą siłą w narodzie staje się egoizm i w pogoni za szczęściem rozluźniają się

więzy porządku, a ludzie spadają z nieba prosto do piekła.

Dokładnym przeciwieństwem Aryjczyka jest Żyd.

W żadnym narodzie świata instynkt samozachowawczy nie jest tak silnie rozwinięty

jak w "narodzie wybranym". Najlepszym tego dowodem jest fakt, że ten naród wciąż istnieje.

Czy jest gdzieś naród, który przez ostatnie dwa tysiące lat tak niewiele zmienił swoją

wewnętrzną osobowość jak rasa żydowska? Jaka rasa była w rzeczywistości zaangażowana

w większe rewolucyjne zmiany niż ta i jeszcze przeżyła bez szwanku to najokropniejsze

nieszczęście? Jakże te fakty oddają ich zdecydowaną wolę życia i utrzymania gatunku.

Intelektualne zdolności Żydów rozwinęły się w ciągu wieków. Dzisiaj myślimy o Żydzie

- sprytny i w pewnym sensie tak samo było w każdej epoce.

Autentycznx Aryjczyk był prawdopodobnie nomadem, a dopiero później, po pewnym

czasie, osiedlił się - to dowodzi, że on nigdy nie był Żydem! Nie, Żyd nie jest nomadem,

ponieważ nawet nomadowie mieli określony stosunek do pracy. Praca tak długo była

podstawą ich dalszego rozwoju, dopóki nie posiedli koniecznych, umysłowych właściwości.

Ale nomadowie posiedli umiejętność tworzenia ideałów, tak więc ich koncepcja życia może

być obca aryjskiej rasie, ale nie obojętna. Ta koncepcja nie miała miejsca w przypadku Żyda,

on nigdy nie był nomadem, był pasożytem na ciele innych narodów. Zdarzało się, że

opuszczał dotychczasową sferę swego życia, nie dla własnych zamiarów, ale w

konsekwencji wydalenia go przez narody, których gościnności nadużywał. Jego rozmnożenie

na całym świecie jest typowe dla pasożytów! On zawsze poszukuje nowych żerowisk dla

swojej rasy.

Jego życie wewnątrz innych narodów może trwać po wieczne czasy, jeżeli tylko uda

mu się wywołać wrażenie, że stanowi on nie problem rasowy, ale "wspólnotę religijną". Jest

to pierwsze, wielkie kłamstwo!

Aby istnieć jako pasożyt wewnątrz narodu, Żyd musi się posłużyć pracą, aby

zaprzeczyć swojej prawdziwej wewnętrznej naturze. Im bardziej inteligentny jest po-

szczególny Żyd, tym większe osiągnie powodzenie w swoim oszustwie. Może powiedzie mu

się tak dobrze, że większa część społeczeństwa uwierzy, że Żyd naprawdę jest Francuzem

albo Anglikiem, Niemcem albo Włochem, chociaż innej wiary.

Obecny rozwój ekonomiczny prowadzi do zmian w socjalnym rozwarstwieniu narodu.

Gdy drobny przemysł stopniowo obumiera, robotnik ma coraz rzadziej możliwość

bezpiecznej egzystencji, nawet skromnej, i w sposób widoczny staje się proletariuszem.

Rezultatem tego jest "robotnik fabryczny", którego cechą charakterystyczną jest brak

zdolności do podjęcia życia, jako jednostki. On nie posiada nic w najprawdziwszym

znaczeniu tego słowa: podeszły wiek oznacza dla niego cierpienie, które ledwo można

nazwać życiem.

Podobna sytuacja wymagająca pilnego rozwiązania miała już kiedyś wcześniej

miejsce i rozwiązanie to znaleziono. Emerytowani urzędnicy, szczególnie państwowi, stawali

się robotnikami rolnymi i rzemieślnikami. Oni także nic nie posiadali w dosłownym sensie.

Państwo znalazło wyjście z tego niezdrowego stanu rzeczy, wzięło na siebie

odpowiedzialność za pomyślność swoich poddanych, którzy nie byli w stanie zabezpieczyć

się na stare lata i ustanowiło emerytury i renty. Dzięki temu cała klasa pozbawiona własności

została zręcznie wyprowadzona z socjalnej nędzy i przywrócona ciału narodu.

W późniejszych latach państwo i naród musiały stawić czoła tym samym problemom,

ale na daleko większą skalę. Nowe masy ludzi liczone w milionach stale przemieszczały się

z wiosek do miast, żeby zarobić na życie, jako robotnicy fabryczni w nowych zakładach

przemysłowych.

W ten sposób powstaje obecnie nowa klasa, na którą należy zwrócić choćby

niewielką uwagę, ponieważ nadejdzie dzień, kiedy znowu padnie pytanie, czy naród ma dość

siły, aby własnym wysiłkiem ponownie odzyskać tę klasę dla społeczeństwa, różnice klasowe

będą się poszerzać, aż nastąpi "pęknięcie".

Gdy mieszczaństwo ignorowało najtrudniejsze zagadnienia i pozwalało toczyć się

sprawom swoim biegiem, Żyd brał pod uwagę nieograniczone możliwości rzutujące na

przyszłość. Z jednej strony robił użytek z kapitalistycznych metod służących wyzyskiwaniu

ludzi do ostateczności, a z drugiej był gotowy do poświęceń i wkrótce pojawił się jako lider w

walce przeciw sobie. "Przeciw sobie" to oczywiście tylko przenośnia, ponieważ ten wielki

mistrz kłamstwa bardzo dobrze wie, jak wyjść z czystymi rękami i innych obciążyć winą.

Ponieważ posiada tupet umożliwiający mu kierowanie masami, którym nigdy nie przychodzi

na myśl, że jest to najbardziej haniebna zdrada wszystkich czasów.

Żydowski sposób postępowania jest następujący: zwraca się do robotników, udaje

współczucie dla ich losu lub oburzenie z powodu ich ubóstwa, aby zyskać ich zaufanie. Stara

się analizować prawdziwe lub zmyślone trudności ich życia i wzmagać w nich pragnienie

zmiany egzystencji. Z nieprawdopodobną bystrością wzmaga żądanie socjalnej

sprawiedliwości we wszystkich ludziach aryjskiego pochodzenia i walczy o usunięcie

socjalnego zła w jasno określonym celu. Tworzy doktrynę marksistowską.

Przez przemieszanie problemów nie do rozwiązania z całą masą słusznych

socjalnych żądań, zapewnia popularność doktrynie, podczas gdy z drugiej strony wywołuje u

skromnych ludzi niechęć do popierania pretensji, które prezentowane w takiej formie okazują

się błędne od samego początku, mało tego - niemożliwe do realizacji.

Pod płaszczykiem socjalnych idei ukryte są prawdziwe szatańskie zamiary i są one z

bezczelną szczerością otwarcie pokazywane. Przez kategoryczne podważanie wartości

jednostki, jak również wartości narodu i rasowej doniosłości, niszczy elementarne zasady

całej ludzkiej kultury, która jest oparta na tych czynnikach.

Żyd dzieli marksistowską organizację masowej Światowej nauki na dwie kategorie,

które pozornie rozdzielone - naprawdę tworzą nierozłączną całość; są to - ruch polityczny i

gospodarczy.

Ruch robotniczy jest bardziej pociągający. Oferuje on robotnikowi pomoc i

zabezpieczenie w ciężkiej walce o egzystencję z powodu chciwości i krótkowzroczności

pracodawców, a także możliwość uzyskania lepszych warunków życiowych. Jeżeli robotnik

wzbrania się przed powierzeniem swego losu kaprysom ludzi często bez serca i z małym

poczuciem odpowiedzialności, przed oddaniem im obrony swego prawa do życia jako

człowieka, w czasie gdy państwo - tj. zorganizowane społeczeństwo - praktycznie nie zwraca

na niego najmniejszej uwagi, musi sam zabezpieczyć swoje interesy. Teraz, gdy tak zwane

narodowe mieszczaństwo zaślepione pieniędzmi stawia przeszkody w walce o warunki życia

i nie tylko sprzeciwia się, ale powszechnie i aktywnie działa przeciw wszelkim próbom

skrócenia nieludzko długiego dnia pracy, przeciw położeniu kresu pracy dzieci, ochronie

kobiet i stworzeniu I warunków zdrowotnych w fabrykach i mieszkaniach - ! inteligentniejszy

Żyd ujmuje się za pokonanymi. stopniowo przejmuje kierownictwo ruchu związkowego, tym

łatwiej, że nie chodzi mu o rzeczywiste usunięcie socjalnego zła, ale stworzenie ślepo

posłusznej bojówki w zakładach przemysłowych, w celu zniszczenia niezależności

gospodarki narodowej .

Żyd, stosując przemoc, pozbywa się na tym polu wszystkich konkurentów. Przy

pomocy wrodzonej brutalnej chciwości stawia związki zawodowe na poziomie brutalnej siły.

Każdego, kto ma wystarczającą inteligencję do oparcia się żydowskim powabom, łamie się

przez zastraszenie, jakkolwiek nie byłby zdecydowany i inteligentny. Te metody są niezwykle

skuteczne.

Za pośrednictwem związków zawodowych, które powinny ochraniać naród, Żyd

niszczy teraz podstawy narodowej gospodarki.

Równolegle z powyższym ukierunkowuje się organizację politycznie. Tak dzieje się w

ruchu związkowym, ponieważ ten ostatni przygotowuje masy do politycznej organizacji i

faktycznie kieruje je do niej siłą. Jest on ponadto stałym źródłem pieniędzy, z którego

polityczna organizacja zasila swoją ogromną machinę. Jest organem kontrolnym w pracy

politycznej i naganiaczem we wszystkich wielkich demonstracjach o charakterze

politycznym. W końcu traci zupełnie swój ekonomiczny charakter służąc politycznej idei i

stosując swoją główną broń, to znaczy odmawiając pracy w formie strajku generalnego.

Przez stworzenie prasy, która jest na poziomie najmniej wykształconych, polityczne i

gospodarcze organizacje uzyskują siłę przymusu i sprawiają, że najniższe warstwy narodu

stają się gotowe do najbardziej ryzykownych przedsięwzięć.

To jest żydowska prasa, która w absolutnie fanatycznej kampanii oszczerstw odrzuca

wszystko, co może być uważane za podporę narodowej niezależności, cywilizacji i

ekonomicznej autonomii narodu. Ryczy szczególnie przeciwko tym, którzy nie ulegają

Żydowskiej dominacji albo których intelektualne zdolności jawią się Żydom jako

niebezpieczeństwo.

Nieświadomość prawdziwej natury Żydów okazywana przez masy i brak

instynktownego przestrzegania naszych wyższych klas czynią ludzi łatwymi ofiarami

żydowskiej kampanii kłamstw.

Gdy wyższe warstwy wskutek wrodzonego tchórzostwa odwracają się od człowieka,

który jest atakowany przez Żydów za pomocą kłamstw i oszczerstw, głupota i łatwowierność

mas sprawia, że wierzą one we wszystko, co usłyszą. Władze państwowe drżą ze strachu w

milczeniu, lub - co się zdarza częściej - żeby zakończyć żydowską kampanię w prasie,

szykanują tych, którzy zostali niesprawiedliwie zaatakowani i to w oczach takiego biurokraty

służy obronie autorytetu państwa i utrzymania pokoju oraz porządku.

Jeżeli przyjrzymy się przyczynom upadku Niemiec, ostatecznym i rozstrzygającym

powodem okaże się brak zrozumienia problemów rasowych, a szczególnie zagrożenia

żydowskiego.

Klęski na polach bitwy w sierpniu 191 8 roku można byłoby zmieść z największą

łatwością. To nie to nas powaliło; powaliła nas siła, którą zorganizowano do tego

nieszczęścia, przez obrabowanie narodu ze wszystkich politycznych i moralnych instynktów

oraz sił, przez spisek przygotowywany w okresie wielu dziesięcioleci. Wskutek ignorowania

problemu utrzymania rasowych podstaw naszej narodowości, stare imperium lekceważyło

ten problem i prawo, które czyni możliwym życie na tej ziemi.

Utrata czystości rasowej rujnuje szczęście narodu na zawsze. To powoduje

stopniowe pogrążenie się ludzkości, a jego następstwa nigdy nie zostają usunięte z ciała i

umysłu.

Wskutek tego wszystkie próby reform i cała socjalna praca, wszelkie polityczne

wysiłki, każdy wzrost ekonomicznej koniunktury i każde pozorne wzbogacenie wiedzy

naukowej szły na marne. Naród i organizm, który czynił możliwym życie na tej ziemi - czyli

państwo, nie stawały się zdrowsze, lecz zanikały coraz bardziej . Świetność starego

imperium nie oparła się wewnętrznej słabości i wszelkie próby wzmocnienia Rzeszy kończyły

się niczym, ponieważ uparcie ignorowano najbardziej podstawowe problemy.

To dlatego w sierpniu 1914 roku naród nie ruszył z determinacją do walki. Ostatnim

przebłyskiem narodowego instynktu samozachowawczego było przeciwstawienie się

przeważającym siłom marksizmu i pacyfizmu, kaleczącego ciało naszego narodu.

Ale ponieważ w tych rozstrzygających dniach nikt nie zdawał sobie sprawy z istnienia

wewnętrznego wroga, cały opór był daremny, a opatrzność nie dała w nagrodę zwycięstwa,

lecz zapanowało prawo odwiecznej zemsty.

ROZDZIAŁ XII

Pierwszy okres w rozwoju Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotniczej

Gdy na końcu tego tomu wyjaśniałem pierwszy okres rozwoju naszego ruchu i

wspomniałem krótko o liczbie spraw z nim związanych, moim zamiarem nie było dać

rozprawy o teoretycznych celach ruchu. Ma on bowiem zadania i cele tak ogromne, że

musiałbym poświęcić cały tom, aby to omówić. Dlatego ograniczę się do zasad dotyczących

programu tego ruchu i próby pokazania, co rozumiemy przez słowo "państwo". Przez "my"

rozumiem setki tysięcy ludzi, którzy pragną tych samych rzeczy, ale nie znajdują słów na

wyrażenie tego, co niepokoi ich umysły. Znaczącym faktem wszystkich wielkich reform jest

to, że na ich czele jako przywódca stoi tylko jeden człowiek, ale za to popierany przez

miliony. Często jego cel jest taki sam, jak setek tysięcy ludzi, które pragnęły go w tajemnicy

od wieków, aż do czasu, gdy ktoś głośno wypowie to uniwersalne żądanie i pokieruje nim do zwycięstwa nowej idei jako chorąży.

Głębokie poczucie niezadowolenia milionów ludzi dowodzi, że ich serca żywią

pragnienie całkowitej zmiany warunków życia.

Pierwszym i głównym zagadnieniem odrodzenia naszej narodowej siły politycznej jest odbudowanie naszego narodowego instynktu samozachowawczego, ponieważ doświadczenie pokazuje, że budowanie polityki zagranicznej, a także oszacowanie znaczenia jakiegoś państwa w mniejszym stopniu opiera się na istniejącym uzbrojeniu niż na znanej bądź wyobrażonej sile obrony narodu. Porozumienie zawiera się nie z bronią, ale z ludźmi. Wskutek tego naród brytyjski będzie uważany za najcenniejszego sprzymierzeńca w świecie tak długo, jak długo świat będzie oczekiwał od kierownictwa bezwzględności i nieustępliwości w dążeniu do rozstrzygnięcia rozpoczętej walki, prowadzonej przy użyciu wszystkich środków i bez oglądania się na czas, a poniesione ofiary doprowadzą do zwycięstwa.

Młody ruch, mający na celu między innymi ustanowienie na nowo niemieckiego,

suwerennego państwa, będzie musiał skoncentrować swoje siły na uzyskaniu poparcia mas.

Nasze tak zwane "narodowe mieszczaństwo" jest tak beznadziejne, że z całą pewnością nie

należy się spodziewać z tej strony poparcia mocnej narodowej wewnętrznej i zagranicznej

polityki. Jednakże z powodu tej samej głupoty niemieckie mieszczaństwo wykazało postawę

biernego oporu, nawet przeciwko Bismarckowi, w godzinie nadejścia liberalizmu. Także

teraz, mając na uwadze jego przysłowiowe tchórzostwo, nie ma powodu obawiać się z tej

strony aktywnego oporu.

Inaczej jest z masami naszych rodaków o internacjonalistycznych sympatiach. Im

bardziej prymitywna natura, tym większe skłonności do myśli o przemocy - ich żydowscy

przywódcy są bardziej brutalni i bezwzględni.

Dodać należy do tego jeszcze fakt, że kierownictwo tych partii narodowej zdrady

przeciwstawia się i przeciwstawiać się musi każdemu ruchowi, ze względu na instynkt

samozachowawczy. To jest historycznie niepojęte, żeby naród niemiecki mógł powrócić do

swojego dawnego znaczenia bez uprzedniego rozliczenia się z tymi, co dali impuls

przerażającej klęsce, która nawiedziła nasze państwo. Listopad 1918 roku nie będzie

oceniany jako zdrada stanu, ale jako zdrada narodu.

Dlatego też każda idea przywrócenia Niemcom niezależności jest nieodłącznie

związana z odbudowaniem zdecydowanego duCzęść II

Ruch narodowosocjalistycznycha naszego narodu.

Dla nas było już jasne w 1918 roku, że głównym celem nowego ruchu musi być

obudzenie poczucia narodowościowego w masach. Z taktycznego punktu widzenia wynika

cały szereg warunków:

1. Aby pozyskać masy dla narodowego ruchu żadna ofiara nie jest zbyt wielka, ale

ruch, którego celem jest pozyskanie niemieckiego robotnika dla niemieckiego narodu, musi

zrozumieć, że ekonomiczne ofiary nie są jego podstawowym czynnikiem tak długo, jak długo

utrzymanie i niezależność istnienia narodowej gospodarki nie jest przez nie zagrożona.

2. Unarodowienie mas nigdy nie może być skutecznie osiągnięte za pomocą

półśrodków albo łagodnego stwierdzenia typu: "obiektywny punkt widzenia", ale przez

zdecydowaną i fanatyczną koncentrację na przedmiocie swojego celu. Masy nie składają się

z profesorów i dyplomatów. Człowiek, który pragnie pozyskać zwolenników, musi znać klucz,

którym otworzy ich serca. To nie oznacza słabości, ale zdecydowanie i siłę.

3. Pozyskanie ludzkich dusz może się zakończyć powodzeniem tylko wtedy, gdy

podczas prowadzenia walki o polityczne cele równocześnie zniszczymy tych, którzy się temu

sprzeciwiają.

Masy są częścią przyrody i nie muszą rozumieć wzajemnego uścisku dłoni między

ludźmi, którzy są w opozycji do siebie. Oni pragną zobaczyć zwycięstwo mocniejszego i

zniszczenie słabszego.

4. Włączenie tej części narodu, która wyodrębniła się jako klasa, do społeczeństwa

albo po prostu państwa, będzie skuteczne nie przez poniżenie wyższych klas, ale przez

podniesienie niższych. Z tym że klasa biorąca udział w tym procesie nigdy nie może być

wyższą klasą, ale tą, która walczy o prawo równości. Dzisiejsze mieszczaństwo nie zostało

włączone do państwa wskutek pomocy szlachty, ale przez swoją działalność prowadzoną

pod własnym przywództwem.

Najpoważniejszą przeszkodą na drodze do zbliżenia robotników nie jest ich zazdrość

o swoje klasowe interesy, ale postawa międzynarodowego przywództwa, które jest wrogie

narodowi i ojczyźnie. Te same związki zawodowe, kierowane w fanatycznie narodowym

duchu w odniesieniu do polityki i narodowości, przemienią miliony robotników w bardzo

wartościowych członków narodu i to nie będzie miało żadnego związku z walką pojawiającą

się tu i tam w dziedzinie gospodarczej .

Ruch, który uczciwie odzyska niemieckiego robotnika dla niemieckiego narodu i

uratuje go przed szaleństwem internacjonalizmu, musi znajdować się w opozycji do postawy

obowiązującej wielkich pracodawców, którzy pojmują narodowość w sensie bezradnej,

ekonomicznej zależności pracownika od pracodawcy.

Robotnik grzeszy wobec wspólnej narodowości, gdy bez własnego stosunku do

wspólnego dobra i bezpieczeństwa narodowej gospodarki głosi zdziercze żądania z ufnością

w swoją siłę, tak wyniośle, jak to robotnik potrafi; pracodawca, kiedy nadużywa roboczej siły

narodu przez nieludzkie metody jej eksploatacji i domaga się zdzierczych profitów z potu

milionów ludzi.

Dlatego rezerwą, z której powinien czerpać zwolenników młody ruch, musi być młode

ciało robotników. Jego zadaniem będzie zwrócenie ich społeczeństw wolnych od szaleństwa

internacjonalizmu, socjalnego ubóstwa, podniesionych z kulturalnego upadku i przemienienie

w trwały, wartościowy, pełen narodowych uczuć i aspiracji element społeczeństwa.

Naszym celem oczywiście nie jest dokonywanie przewrotu w obozie narodowym, ale

zwyciężenie antynarodowego obozu dla osiągnięcia naszych celów. Ta zasada jest

absolutną podstawą dla taktyki kierowania naszym ruchem.

Ta konsekwentna i dlatego jasna postawa musi być wyrażona w propagandzie ruchu i

będzie konieczna z propagandowych względów.

Propaganda, zarówno w treści, jak i w formie, tak powinna być ukształtowana, aby

pozyskać masy: jedynym kryterium jej poprawności jest osiągnięcie sukcesu w praktyce. Na

dużym ludowym zgromadzeniu najskuteczniejszym mówcą nie jest ten, kto jest najbardziej

bliski wy kształconej części słuchaczy, ale ten, który zdobywa serca tłumu.

Cel ruchu politycznych reform nie jest nigdy osiągany pracą wyjaśniającą lub przez

uzyskanie wpływu na utrzymanie siły, ale wyłącznie przez wzięcie w posiadanie siły

politycznej .

Zamach stanu nie może być uważany za pomyślny wtedy, kiedy rewolucjoniści biorą

w posiadanie administrację, ale tylko wtedy, gdy sukces w osiąganiu ich celów i intencji

realizuje się w takich rewolucyjnych działaniach, które przynoszą narodowi więcej dobrego

niż miał on za poprzedniego reżimu. Dlatego nie można mówić o niemieckiej rewolucji

jesienią I 9 I 8 roku jako o akcie terroru.

Jeżeli zdobycie politycznej siły jest wstępem do przeprowadzenia reform w praktyce,

wówczas ruch od pierwszego dnia swego istnienia musi czuć się w reformatorskich

intencjach ruchem społecznym, a nie klubem kawiarnianym czy partią małych

drobnomieszczańskich kombinatorów.

Ten młody ruch jest w swojej istocie i organizacji ruchem antyparlamentarnym, to

znaczy sprzeciwia się każdej teorii opartej na zasadzie głosowania i przyjmowania woli

większości, zakładającej, że lider jest tylko po to, by wypełniać rozkazy i stosować się do

opinii innych. We wszelkich sprawach, małych i dużych, ruch opowiada się za zasadą

niekwestionowanego autorytetu przywódcy, autorytetu połączonego z pełną

odpowiedzialnością.

Jednym z głównych zadań ruchu jest wprowadzenie tej zasady jako decydującej i to

nie tylko w swoich własnych szeregach, ale w całym państwie.

Ostatecznie, nie jest obowiązkiem ruchu utrzymanie czy odbudowa jakiejkolwiek

formy państwa w opozycji do jakiejś innej, ale raczej stworzenie fundamentalnych zasad, bez

których nie może istnieć ani republika, ani monarchia. Jego misją nie jest utworzenie

monarchii czy ustanowienie republiki, ale stworzenie państwa niemieckiego.

Zagadnieniem wewnętrznej organizacji ruchu nie jest sprawa zasady, ale celowości.

Najlepszą organizacją jest ta, która wprowadza jak najmniej, a nie najwięcej biurokratycznej

machiny państwa pomiędzy przywódców a jednostki od nich zależne. Dlatego zadaniem

organizacji ma być przekazywanie określonych idei - które zawsze mają swój początek w

umyśle jednostki - ogółowi, a także zadbanie o ich zrealizowanie.

Gdy zacznie wzrastać liczba zwolenników, będą z nich tworzone małe grupy

stanowiące komórki przyszłych organizacji politycznych.

Wewnętrzna organizacja ruchu powinna być oparta na następujących zasadach:

Koncentracja całej pracy od samego początku w jednym miejscu - Monachium.

Należy stworzyć sztab zwolenników o nieskazitelnej wiarygodności oraz szkołę, której

zadaniem w przyszłości będzie propagowanie idei ruchu. Z czasem nastąpi uzyskanie

koniecznego autorytetu dzięki wielkim i rzucającym się w oczy sukcesom, skupionym w tym

jednym centrum.

Lokalne grupy mogą być kształtowane tylko wtedy, gdy władza kierownictwa w

Monachium zyska konieczny dowód uznania.

Kierownictwu oprócz siły woli jest potrzebna zdolność, będąca źródłem energii o

większej wadze, niż ta płynąca z genialności. Najcenniejsze jest połączenie tych trzech

wartości.

Przyszłość ruchu zależy od fanatyzmu, a nawet nietolerancji; przy ich pomocy

zwolennicy bronią go jako słusznego ruchu i kultywują w opozycji do programów o

podobnym charakterze.

Jest wielkim błędem myśleć, że ruch staje się mocniejszy przez połączenie go z

innymi o podobnych celach. Przyznaję, że każdy wzrost rozmiarów oznacza poszerzenie

zakresu i w - oczach postronnych obserwatorów - także jego siły. W rzeczywistości jednak

na ruch pada ziarno słabości, która w późniejszym czasie daje o sobie znać.

Wielkość każdej aktywnej organizacji, która stanowi uosobienie jakiejś idei, leży w

duchu religijnego fanatyzmu i nietolerancji, przy pomocy tych czynników atakuje pozostałych,

będąc fanatycznie przekonaną o swojej słuszności. Jeżeli idea sama w sobie jest słuszna i

zostaje wyposażona w taką broń, to jest niezwyciężona w prowadzeniu wojny na tej ziemi.

Wielkość chrześcijaństwa leży w nieubłaganym, fanatycznym głoszeniu i obronie

swojej własnej doktryny, a nie w próbach pogodzenia go z filozoficznymi poglądami

starożytnych, najbardziej zbliżonych do niej.

Członkowie ruchu nie mogą dać się zastraszyć nienawiścią wrogów naszego narodu i

ich teoriami rządzenia, a także słowami: oni muszą widzieć to wszystko. Kłamstwa i

oszczerstwa są nierozerwalnie związane z tą nienawiścią.

Każdy człowiek, który nie jest atakowany, zniesławiany i szkalowany w żydowskiej

prasie, nie jest prawdziwym Niemcem, nie jest prawdziwym narodowym socjalistą.

Najlepszym kryterium wartości jego uczuć, prawdziwości jego przekonań i siły woli jest

okrucieństwo okazywane mu przez wrogów naszego narodu.

Ruch powinien stosować wszelkie środki, aby wpoić szacunek dla jednostki. Powinien

zachować w pamięci, że wartość każdego człowieka leży w osobowości, że każda idea,

każdy czyn jest rezultatem pracy twórczej jakiegoś człowieka i że podziw dla wielkości nie

jest po prostu ofiarą dziękczynną, ale stanowi więź jednoczącą wszystkich wdzięcznych mu

za to. Osobowości nie można niczym zastąpić.

W najwcześniejszym okresie naszego ruchu cierpieliśmy ogromnie z powodu faktu,

że nasze nazwiska nie miały znaczenia i były nieznane; to samo przez się daje niewielką,

całkowicie niejasną szansę sukcesu. Społeczeństwo, oczywiście, nic o nas nie wiedziało. W

Monachium nikt nawet nie znał nazwy partii, z wyjątkiem niewielkiej liczby jej członków i ich

znajomych. Dlatego podstawową sprawą było rozszerzenie tego małego kręgu i pozyskanie

nowych zwolenników i doprowadzenie - za wszelką cenę - do tego, aby nazwa ruchu stała

się znana.

W tym celu próbowaliśmy początkowo co miesiąc, a później co dwa tygodnie

odbywać spotkania. Zaproszenia pisaliśmy częściowo na maszynie, a częściowo ręcznie.

Przypominam sobie, jak dostarczyłem przy takiej okazji osiemdziesiąt karteczek, a

wieczorem oczekiwaliśmy na przybycie tłumów. Po odroczeniu spotkania o godzinę

przewodniczący musiał je otworzyć dla siedmiu. uczestników, poza nami nikt nie przyszedł!

M y, biedacy, zebraliśmy niewielką sumę i w końcu zamieściliśmy ogłoszenie o

spotkaniu w "Munchener Beobachter" - niezależnej gazecie. Tym razem sukces był

zdumiewający.

Na odbycie tego zebrania wynajęliśmy pomieszczenie. Już o godzinie siódmej

obecnych było sto jedenaście osób i rozpoczęliśmy zebranie. Jeden z monachijskich

profesorów wygłosił wprowadzające przemówienie, a ja miałem zabrać głos jako drugi.

Przemawiałem przez trzydzieści minut i teraz sprawdziło się to, co instynktownie czułem, ale

czego nie byłem pewien potrafiłem przemawiać. Po trzydziestu minutach publiczność w

małej sali była zelektryzowana, a entuzjazm był taki, że mój apel spowodował wśród

obecnych gotowość podarowania nam trzystu marek na koszty' działalności. To uwolniło nas

od wielkiego zmartwienia.

Ówczesny przewodniczący partii, pan Harrer, był z zawodu dziennikarzem, ale jako

przywódca partii miał jedną wadę, nie był dobrym mówcą. Chociaż dokładna i sumienna była

jego praca, brakowało mu siły przewodzenia. Pan Drexler, ówczesny lokalny przewodniczący

ruchu w Monachium, był prostym robotnikiem i również nie sprawdzał się jako mówca;

ponadto nie był żołnierzem. On nigdy nie brał udziału w wojnie - tak więc oprócz tego, że

oczywiście był słaby i niezdecydowany, nigdy nie miał tej jedynej praktyki sprawiającej, że

mężczyzna traci łagodność i niezdecydowaną osobowość. Dlatego żaden z nich nie posiadał

umiejętności przyswojenia fanatycznej wiary w zwycięstwo na rzecz jakiegokolwiek ruchu.

Ja sam byłem wtedy jeszcze żołnierzem.

Najbardziej ze wszystkich ruchów marksistowscy zdrajcy narodu musieli nienawidzić

tego, którego jawnym celem było pozyskanie mas, pozostających do tej pory na usługach

marksistowsko-żydowskich partii giełdowych. Nazwa Niemiecka Partia Robotnicza była

irytująca.

Przez całą zimę 1919-1920 roku naszą jedyną walką było wzmocnienie wiary w

zwycięską moc młodego ruchu i doprowadzenie do fanatyzmu mającego siłę przesuwania

gór.

Spotkanie "Deutches Reich" przy Dachauer Strasse jeszcze raz udowodniło, że

miałem rację. Audytorium liczyło ponad dwieście osób i nasz sukces, zarówno co do

frekwencji, jak i finansów, był olśniewający. Miesiąc później na nasze spotkanie przyszło

ponad czterysta osób.

Nie bez przyczyny ten młody ruch oparto na jasno sprecyzowanym programie i nie

posługiwano się słowem "ludowy" (volkisch). Z braku możliwości precyzyjnego określenia

tego pojęcia nie daje ono żadnemu ruchowi możliwości oparcia się na nim. Ponieważ jest

ono trudne do zdefiniowania, w praktyce jest otwarte na różnorodne interpretacje, a jego

zakres jest za szeroki. Wprowadzenie do politycznej walki pojęcia tak osiągnąć to, czego nie

można pozostawić jednostce do ustalenia według jej indywidualnych pragnień i przekonań.

Nie potrafię wystarczająco ostrzegać tego młodego ruchu przed wciągnięciem go w

sieć tak zwanych "milczących robotników". Oni są nie tylko tchórzami, ale także osobnikami

pozbawionymi zdolności i leniami. Człowiek znający sprawę rozpoznaje potencjalne nie-

bezpieczeństwo i dostrzega środki mogące mu zaradzić, jego obowiązkiem jest - nie praca w

milczeniu ale wystąpienie publiczne przeciwko złu i praca nad jego uleczeniem. Jeżeli nie

czyni tego, jest słabym, zapominającym o obowiązkach człowiekiem, który " wysiada"

zarówno z tchórzostwa, jak i lenistwa oraz braku zdolności. nieokreślonego i o tak dużych

możliwościach interpretacji zmierzałoby do zniszczenia społecznego celu w walce po to, by

Tak oto zwykle reaguje większość tych "milczących robotników", jakby wiedzieli Bóg wie co.

Oni zupełnie nie mają zdolności, a przy tym jeszcze usiłują oszukać cały świat; są leniwi, a

sprawiają wrażenie ogromnie zajętych działalnością - tą ich "milczącą" robotą. Krótko

mówiąc, oni są oszustami, politycznymi spekulantami, którzy nienawidzą uczciwej pracy,

wykonywanej przez innych. Każdy agitator, który odważnie stanie w tawernie przeciwko nim,

śmiało broniąc swoich poglądów, uzyska większy efekt niż tysiąc takich płaszczących się,

podstępnych hipokrytów.

Na początku 1920 roku nalegałem na zorganizowanie pierwszego wielkiego,

masowego zebrania. Pan Harrer, który był wówczas przewodniczącym partii, nie zgadzał się

z moimi poglądami i z honorem ustąpił ze stanowiska w ruchu. Jego następcą został Drexler.

Ja podjąłem się organizacji propagandy w ruchu i kontynuowałem ją bezwzględnie dalej.

Dwudziesty czwarty lutego 1920 roku był datą wyznaczenia pierwszego wielkiego

masowego wiecu, który do tej pory był nie znany naszemu ruchowi. kierowałem nim

osobiście.

Wybraliśmy kolor czerwony jako najbardziej rzucający się w oczy i było bardzo

prawdopodobne, że rozdrażni to i zirytuje naszych przeciwników politycznych i dlatego

najpewniej zachowają nas w pamięci.

Rozpoczął się wiec; o godzinie siódmej piętnaście poszedłem przez salę przy

Hofbrahausfestsaal w Platzl w Monachium, a moje serce omal nie pękło z radości. Tamta

wielka sala - taką mi się wówczas wydawała - była szczelnie wypełniona przez niemal dwu-

tysięczne audytorium.

Kiedy pierwszy mówca skończył, ja zacząłem przemawiać. W ciągu kilku pierwszych

minut przerywano mi wielokrotnie, wśród zgromadzonych na sali powstały gwałtowne

awantury. Garstka oddanych mi towarzyszy wojennych i kilku innych zwolenników zajęła się

zakłócającymi porządek i po chwili przywróciła spokój. Mogłem kontynuować. Pół godziny

później aplauz zagłuszał krzyki i gwizdy i w końcu, kiedy objaśniłem dwadzieścia pięć

punktów, miałem przed sobą hol pełen ludzi połączonych nową myślą, nową wiarą, nową

wolą. Zapłonął ogień, z którego wyłonił się miecz przeznaczony do odzyskania wolności i

życia niemieckiego narodu.

W następnych rozdziałach w szczegółach opiszę kierujące nami zasady, zawarte w

naszym programie.

Te, tak zwane inteligenckie klasy, śmiały się i Żartowały w swoich próbach dokonania

krytycznej oceny. Ale skuteczność naszego programu dostarczała najlepszych dowodów na

prawidłowość naszych poglądów.

Część II

Ruchnarodowosocjalistyczny

ROZDZIAŁ I

Światopogląd a partia

Było jasne, że nowy ruch nie dawał nadziei na osiągnięcie znaczenia i siły

potrzebnych w wielkiej walce, jeśli nie zapewniał od samego początku wszczepienia w serca

zwolenników imponującego przeświadczenia, że nie dostarcza życiu politycznemu nowego,

wyborczego hasła, ale przedstawia nowy światopogląd jako zasadę.

Powinno się rozważyć, jak godne pożałowania są motywy partii, będące w swej

istocie programem, który jest od czasu do czasu wygładzany i przemodelowywany. Dominuje

tam jeden motyw prowadzący albo do nanoszenia nowych, albo do zmiany już istniejących

ustaleń - niepokój o rezultaty następnych wyborów.

Po zakończeniu wyborów członek parlamentu wybrany na pięć lat - chodzi każdego

ranka do gmachu parlamentu - być może nie do wnętrza, ale do miejsca, gdzie znajduje się

lista obecności.

Jego męcząca, służąca ludziom praca prowadzi do zaznaczenia jego nazwiska i w

zamian za wyczerpujący, codzienny wysiłek otrzymuje niewielkie honorarium, jako dobrze

zapracowane wynagrodzenie.

Nie ma nic bardziej przygnębiającego od obserwowania trzeźwym okiem zjawisk

zachodzących w parlamencie i przypatrywania się stale powtarzającym się zdradom.

Na takim gruncie intelektualnym nie należy się spodziewać wytworzenia w obozie

burżuazyjnym sił zwalczających zorganizowane siły marksizmu.

Rzeczywiście, gentlemani w parlamencie nie myślą o tym poważnie.

Obserwując to, dochodzi się do wniosku, że dla wszystkich partii o tak zwanych

burżuazyjnych tendencjach polityka polega aktualnie wyłącznie na szamotaniu się o każde

miejsce w parlamencie, z którego i tak zostają w odpowiednim momencie wyrzuceni za burtę

jak piasek-balast. Ich programy są naturalnie stanowcze, a ich siły oceniane są - okrężną

oczywiście drogą- w zgodności z tym. Oni nie posiadają wielkiego magnetycznego

przyciągania, na które reagują masy pod natarczywym oddziaływaniem wielkich i wzniosłych

idei, jak nie kwestionowana wiara połączona z fanatyczną, wojowniczą odwagą. Ale w

czasie, gdy jedna strona uzbrojona w tysiące częstokroć kryminalistów, atakuje istniejący

stan rzeczy, druga strona może tylko wyrazić swój sprzeciw, pod warunkiem, że przybierze

formę nowej wiary - w naszym wypadku politycznej - odrzuci słaby, bojaźliwy, defensywny

stosunek na korzyść śmiałego i bezwzględnego ataku.

Koncepcja "popularna" (Volkisch) wydaje się być niesprecyzowana i pozbawiona

praktycznych ograniczeń, dająca się zmiennie interpretować jako słowo "Religious". Obie

zawierają ustalone podstawowe elementy wiary. A chociaż nie posiadają jeszcze ostatecz-

nego znaczenia, nie wznoszą się powyżej wartości poglądów, które muszą być w jakimś

stopniu przyjęte, dopóki nie utrwalą się jako podstawowe elementy w ramach partii

politycznej .

Dla samego sentymentu czy pragnienia ludzkość nie jest zdolna do zmiany

światowych ideałów i żądań,

które poza tym pojawiają się w rzeczywistości, jako że chce osiągnąć wolność jedynie

poprzez powszechne jej pragnienie. Nie jest to możliwe, dopóki idea zmierzająca w kierunku

niepodległości nie zostanie wsparta przez walczącą organizację w formie siły militarnej, która

znakomicie zrealizuje żądania narodu.

Jakakolwiek światowa idea, będąca tysiąckrotnie prawdziwą i korzystną dla ludzkości,

nie będzie miała siły i znaczenia w narodzie, dopóki jej zasady nie utworzą bazy walczącego

ruchu, zdolnego utrzymać się w ramach partii do czasu, aż działanie zostanie ukoronowane

sukcesem, a dogmaty partii staną się nowymi, podstawowymi prawami państwa

obowiązującymi całe społeczeństwo.

Powszechny stosunek do politycznych prądów jest u nas dzisiaj oparty zwykle na

wyobrażeniach, że atrybutami państwa powinna być twórcza i cywilizująca moc, państwo nie

odgrywa roli w kwestiach dotyczących rasy, ale jest wynikiem potrzeb ekonomicznych, a w

najlepszym przypadku, naturalnym rezultatem działań politycznych. Konkludując - te

podstawowe zasady prowadzą nie tylko do fałszywego przedstawienia kwestii rasowych, ale

również do braku oznaczenia ich indywidualnych charakterystycznych wartości. Przecząc

różnicy między rasami przejawiającej się w zdolności do rozwijania kultury, rozszerzamy ten

wielki błąd na kształtowanie sądów dotyczących podstaw jednostki ludzkiej. Z założenia, że

wszystkie rasy są równe pod względem charakteru, będzie wynikać podobna droga rozwoju

poszczególnych narodów czy też jednostek. Tak oto międzynarodowy marksizm jest jedynie

ogólnym poglądem na świat - który obowiązywał od dawna - przetworzonym przez Żyda

Karola Marksa w formę sprecyzowanych wyznań politycznego credo. Brak fundamentów

tego trochę trującego procesu już w ogólnym działaniu czyni niemożliwym nadzwyczajny

sukces polityczny tej doktryny. Karol Marks był w rzeczywistości po prostu jednym z

milionów, któremu udało się rozpoznać nieomylnym okiem proroka w trzęsawisku

skorumpowanego świata niezbędną truciznę i wyekstrahował ją z magiczną zręcznością w

skoncentrowanej formie, ażeby spowodować szybszą destrukcję niepodległych bytów

wolnych narodów świata. A wszystko po to, ażeby służyć swojej własnej rasie.

Na tej drodze doktryna marksistowska jest intelektualnym skrótem dzisiejszych

ogólnoświatowych poglądów.

W tej części światowej kultury i cywilizacji są nie dające się rozwikłać problemy,

związane z obecnością aryjskiego elementu. Jeśli on wyginie albo zmniejszy swą liczebność,

czarna maska okresu upadku kultury znowu spadnie na glob.

Dla każdego, kto patrzy na świat okiem nacjonalisty, każda wyrwa w istnieniu

cywilizacji ludzkiej, powodowana przez zniszczenie rasy, która ją podtrzymuje, będzie się

wydawać w tym świetle przeklętą zbrodnią. Ktokolwiek śmie kłaść swoją rękę na

najszlachetniejszą podobiznę Boga, grzeszy przeciwko łaskawemu Stwórcy tego cudu i

zasługuje na wypędzenie z raju.

Mamy wszyscy świadomość, że w dalekiej przyszłości rodzaj ludzki będzie miał do

czynienia z problemami, którym będzie musiał stawić czoła i uczyni to najszlachetniejsza

rasa wysunięta na przywódcę świata i popierana przez siły całego globu.

Organizacja polityki światowej może dać wyniki tylko przez dokładne, wyraźne,

publiczne wypowiedzi; zasady polityczne partii, która jest w okresie formowania się, są dla

niej tym, czym dogmaty dla religii.

Dlatego polityka narodowa musi mieć jakiś instrument, który umożliwi nam obronę

przed takimi siłami - jaką właśnie jest teraz partia marksistowska, otwierająca drogę do

internacjonalizmu. To jest cel, do którego dąży NSDAP.

Spostrzegłem więc, że moim specjalnym zadaniem jest wyciągnąć główne pojęcia z

masy nieukształtowanego materiału uniwersalnej światowej teorii i przekształcić je w mniej

czy bardziej dogmatyczne formy, które jasno sformułowane powinny być rodzajem solidnego

połączenia tych wszystkich, którzy je wspierają. Innymi słowy, NSDAP podejmuje się

zaadaptować istotne zasady uniwersalnej, narodowej, światowej teorii. I mając należyty

wzgląd na praktyczne możliwości czas, podaż czynnika ludzkiego i jego słabości - for-

mułować z nich jakieś polityczne credo, które powinno w najbliższym czasie być wstępnym

warunkiem ostatecznego triumfu światowej teorii, kiedy takie właśnie metody umożliwią silne

związanie organizacyjne wielkich mas ludzkich.

ROZDZIAŁ II

Państwo

Już w latach 1920-1921 świat burżuazyjny, który potępiał nasz stosunek do państwa,

oskarżył nasz młody ruch. Z tego powodu partie polityczne wszelkiego rodzaju uznały, że

trzeba przy pomocy wszystkich możliwych środków zniszczyć młodego, kłopotliwego

obrońcę światopoglądu. Oni rozmyślnie zapomnieli o tym, że świat burżuazyjny reprezentuje

pogląd, iż państwo nie jest jednolitym ciałem, a więc nie ma i być nie może logicznej definicji

tego słowa.

W dodatku w naszych wyższych szkołach państwowych nauczyciele, wykładowcy

prawa państwowego, muszą znajdować uzasadnienie dla mniej lub więcej szczęśliwego bytu

państwa, które im płaci. Gorsza konstytucja państwa, głupsza, bardziej napuszona i mniej

zrozumiała - to określenia powstałe z takiej właśnie przyczyny. Jak na przykład mógł

profesor wyższej uczelni napisać kiedyś o znaczeniu i celu państwa w kraju, którego byt

państwowy jest najgorszą potwornością XX wieku? Naprawdę trudne zadanie!

Można wyróżnić wśród nich trzy grupy:

Do pierwszej grupy można zaliczyć tych, którzy widzą państwo jako więcej czy mniej

dobrowolny zbiór ludzi pod administracją rządu. Dla nich istnienie państwa stanowi wyłącznie

żądanie jego nienaruszalności. Na poparcie tej szalonej koncepcji ludzkiego umysłu

wyrażają podziw dla tak zwanego "państwowego autorytetu".

To nie państwo ma służyć ludziom, ale ludzie mają oddawać cześć autorytetowi

państwa, który przybiera ostatecznie formę ducha biurokracji.

Druga grupa nie uważa, aby autorytet państwa był wyłącznym i jedynym celem

państwa, ale liczy się tu jeszcze dobro poddanych. Rozważanie "wolności" niewłaściwie

rozumiane przez większość wchodzi w skład tej koncepcji państwa. Sam fakt, że istnieje

rząd, nie jest wystarczającym powodem, by otaczać go najwyższą czcią, ale musi zdać

egzamin pod względem praktycznym. Najwięcej zwolenników tego poglądu jest wśród

naszego, niemieckiego mieszczaństwa, a szczególnie wśród liberalnych demokratów.

Trzecia grupa jest liczebnie najsłabsza. Postrzega ona państwo jako środek realizacji

bardzo niejasno wyobrażonych tendencji polityki siły przez zjednoczony naród, mówiący tym

samym językiem.

Naprawdę mógł niepokoić sposób, w jaki ludzie, wyrażając przez ostatnie sto lat

swoje poglądy - większość z nich w dobrej wierze - używali słowa "germanizacja". Pamiętam,

jak w mojej młodości to słowo prowadziło do zaskakująco błędnych koncepcji. W pan-

germańskich kręgach sugerowano, że z pomocą rządu można pomyślnie dokonać

germanizacji słowiańskiej ludności Austrii. Trudno sobie wyobrazić, że ktokolwiek mógł

myśleć, że z Murzyna albo Chińczyka można zrobić Niemca, tylko dlatego, że nauczył się

języka niemieckiego i może mówić nim przez resztę swego życia oraz głosować na jakieś

niemieckie partie polityczne.

Ten proces oznacza początek mieszania naszej rasy i w naszym przypadku nie

germanizację, ale niszczenie niemieckiego elementu.

Ponieważ narodowość, a raczej rasa nie jest sprawą języka, ale krwi, można by było

prowadzić dyskusję o germanizacji, gdyby ten proces mógł spowodować wymianę krwi. Jest

to jednak niemożliwe. To musiałoby się odbyć przez zmieszanie krwi, co oznaczałoby

obniżenie poziomu wyższej rasy.

Historia pokazuje, że miała miejsce germanizacja "ziemi", dokonana przez naszych

przodków mieczem, która przyniosła korzyści, ponieważ to była kolonizacja dokonana dzięki

rolnictwu. Zawsze, kiedy obcą krew wprowadzano do ciała naszego narodu, nieszczęśliwym

skutkiem tego faktu była utrata naszego narodowego charakteru.

Główną zasadą, którą musimy zauważyć, jest to, że państwo nie jest celem, ale

środkiem. Jest podstawą, na której opiera się kultura, ale ono nie dało jej początku. To raczej

obecność rasy wyposażonej w możliwości cywilizacyjne wytworzyła ją. Mogłyby być setki

modeli państwa na świecie, ale jeżeli skończyłoby się aryjskie podtrzymywanie kultury, nie

istniałaby ona obecnie na intelektualnym poziomie największych narodów. Możemy iść

nawet dalej i powiedzieć, że fakt, iż ludzie kształtują państwa, nie eliminuje możliwości

zaniku ludzkiej rasy, zakładając, że większe intelektualnie zdolności i możliwości

przystosowania zaczynają gubić.

Stąd koniecznym warunkiem dla stworzenia lepszej natury ludzkiej nie jest państwo,

ale rasa, która posiada w tym celu niezbędne własności.

Narody czy jeszcze lepiej rasy, posiadające kulturalne i twórcze talenty, mają te

pożądane, ukryte zalety, choćby nawet zewnętrzne okoliczności, niekorzystne w danym

momencie, wstrzymywały ich rozwój. Dlatego jest oburzającym przedstawianie Niemców w

erze przedchrystusowej jako pozbawionych kultury barbarzyńców. Nigdy nimi nie byli.

Surowy klimat północnej ojczyzny zmuszał ich do życia w warunkach, które stawały na

drodze rozwoju ich twórczych zdolności. Jeżeli nie było tam żadnego klasycznego,

antycznego świata i gdy przybywał on do łaskawszych, południowych krajów, spotykał się z

technicznymi urządzeniami stworzonymi dzięki wykorzystaniu dla swoich celów niższych ras

i zdolności tworzenia kultury, które w nich drzemały i umożliwiły stworzenie kwitnącego i tak

wspaniałego świata, jak w rzeczywistości miało to miejsce w przypadku Greków.

Dopiero kiedy naród jest zdrowy we wszystkich częściach, na ciele i duszy, wtedy

radość z przynależności do niego może odpowiednio wzrosnąć do tego wzniosłego uczucia,

które my nazywamy narodową dumą. Ale ta wzniosła duma pojawi się tylko w człowieku,

który zna wielkość swojego narodu. Obawa przed szowinizmem, która jest odczuwana w

naszych czasach, jest oznaką jego bezsilności. Ten świat niewątpliwie przechodzi okres

wielkich zmian. Pytanie, czy wynik będzie dobry dla ludności aryjskiej, czy przyniesie on

korzyści nieśmiertelnemu Żydowi?

Dlatego zadaniem narodowego państwa będzie zachowanie rasy i dostosowanie jej

do spełnienia końcowych i największych decyzji na tym globie przez odpowiednie

wykształcenie swojej młodzieży. Naród, który będzie pierwszy na tym polu, osiągnie zwycię-

stwo. Z punktu widzenia rasy wykształcenie powinno być zakończone służbą w armii.

Właśnie dla zwykłych Niemców okres służby wojskowej powinien być zakończeniem

normalnej edukacji.

Chociaż będzie się przykładać wielką wagę do cielesnego i umysłowego szkolenia w

narodowym państwie, wybór najlepszych jednostek będzie bardzo ważny. Jest to traktowane

dzisiaj bardzo przypadkowo. Stało się regułą, że dzieci rodziców lepszej klasy w dobrych

okolicznościach uważa się za nadające się do wyższego szkolenia.

Kwestia talentu odgrywa podrzędną rolę. Ocena talentu może być tylko względna.

Syn farmera może mieć daleko większy talent niż syn tych rodziców, którzy od wielu pokoleń

mają za sobą wysoką pozycję. chociaż ich dziecko ustępuje talentem dziecku zwykłego

obywatela. Nie ma to żadnego związku z mniejszym czy większym talentem, ale jest

zakorzenione w zasadniczo większym bogactwie wrażeń otrzymanych przez dziecko jako

rezultat jego bardziej wszechstronnego wykształcenia i bardziej zróżnicowanego środowiska

jego życia.

Wiedza uzyskana przez wtłaczanie nie wytworzy twórczych jakości, ale tylko te, które

są inspirowane przez talent. Jednakże nikt w Niemczech nie przykłada do tego obecnie

żadnej wagi. Tylko krzycząca potrzeba może to ujawnić.

Oto jest następne edukacyjne zadanie dla narodowego państwa. Jego obowiązkiem

nie jest ograniczenie decydującego wpływu znajdującego się w rękach panującej obecnie

klasy społecznej, ale wyselekcjonowanie najbardziej kompetentnych umysłów z całej masy

narodu i awansowanie ich na miejsce ich dostojeństwa. Obowiązkiem państwa jest

przekazać pewną określoną edukację w narodowej szkole przeciętnemu dziecku, jednak

musi ono także dysponować talentem, z którego czerpać będzie radość. Państwo powinno

uznawać za swój najwyższy obowiązek otwieranie drzwi państwowych instytucji dla

wyższego wykształcenia bez względu na to, jakiego rodzaju talent pojawi się w danej klasie.

Jest jeszcze inny powód, dla którego państwo powinno zwracać uwagę na tę sprawę.

W Niemczech szczególnie inteligencka klasa jest tak mocno zamknięta w sobie i oddzielona

od reszty świata, że nie ma powiązań życiowych z niższymi od niej klasami. To rodzi dwa

chorobliwe skutki: po pierwsze ta klasa nie ma żadnego zrozumienia i sympatii u ludzi. Zbyt

długo była odcięta od wszystkich powiązań z nimi, aby mogła posiadać konieczne,

psychologiczne zrozumienie u ludzi. Była dla nich obca. Po drugie - tej wyższej klasie

brakuje podstawowej siły woli, która jest zawsze słabsza pośród inteligencji niż w

prymitywnych masach. Bóg wie, że my, Niemcy, nigdy nie zawiedliśmy w dziedzinie wiedzy,

ale zawiedliśmy jako naród najwięcej, jeżeli chodzi o siłę woli i determinację. Im większymi

intelektualistami byli nasi mężowie stanu, tym słabsza okazywała się większość z nich w

realnych osiągnięciach. Było naszą narodową, smutną dolą, że musieliśmy walczyć o życie

ojczyzny pod przewodnictwem kanclerza, który był filozofującym cherlakiem. Jeżeli

bylibyśmy prowadzeni przez jakiegoś krzepkiego mężczyznę z ludu, zamiast Bretchmana

Hollwega, grenadiera - nasza heroiczna krew nie byłaby przelana na próżno. Ponadto

przesadnie intelektualne cechy materiału, z którego nasi przywódcy zostali ukształtowani,

zapewniły najlepszych możliwych sprzymierzeńców dla tych łajdaków z listopada.

Rzymski kościół katolicki daje przykład, dzięki któremu można się dużo nauczyć.

Celibat obowiązujący jego kapłanów zmusza go do przyciągania przyszłych pokoleń do

kapłaństwa nie ze swoich własnych szeregów, ale z mas ludzkich. Większość ludzi jest

nieświadoma tej szczególnej roli celibatu. Jest on podwaliną żywotnej siły i wynikiem

instynktu samozachowawczego tej starej instytucji. Będzie obowiązkiem narodowego

państwa w jego edukacyjnych możliwościach zajęcie się ciągłym odnawianiem inteligenckiej

klasy przez świeżą krew z dołów. Obowiązkiem ciążącym na państwie jest wybieranie z

ogromną troską i dokładnością ze wszystkich nacjonalistów, z całego materiału ludzkiego "

ludzi dysponujących oczywistym, naturalnym talentem i wcielanie ich do służby państwowej.

W naszym Świecie, takim jakim jest on obecnie, nie wydaje się to możliwe. Cała ta praca ma

podwójne znaczenie, czysto moralne i idealistyczne. Jej materialna wartość polega na

znaczeniu wykonanej pracy, mierzonej nie przez materialny aspekt, ale przez jej

podstawową potrzebę, gdzie - idealnie rzecz ujmując - istnieje równość od momentu, gdy

każda jednostka w swojej sferze, cokolwiek by to nie było, mobilizuje się sama, aby zrobić

wszystko, co jest w jej mocy.

Ocena wartości mężczyzny musi zależeć od sposobu, w jaki wykonuje zadanie

powierzone mu przez społeczeństwo. Dla jednostki praca jest tylko środkiem, a nie celem jej

egzystencji. Musi ona raczej kontynuować formowanie i doskonalenie siebie jako

mężczyzny, ale jest to możliwe tylko w ramach kultury, w której ona uczestniczy i która musi

mieć zawsze swoje podwaliny w państwie. Obecny czas pracuje na swój własny upadek -

wprowadza powszechne prawo głosowania, mówi o różnych prawach i nie może podać

żadnego powodu dla takiego myślenia. W jego oczach materialne profity są wyrazem

wartości człowieka, w ten sposób przekreśla podstawę najszlachetniejszej równości, która by

mogła istnieć.

Równość nigdy nie opiera się i nie może się opierać na samych osiągnięciach

człowieka, ale można założyć, że każdy człowiek wypełnia swoje specjalne zobowiązania.

Tylko to może odsunąć na bok szansę, kiedy ocenia się wartość człowieka i każdy człowiek

odczuwa swoje znaczenie. Prawdopodobne, że złoto stało się jedyną dominującą siłą w

obecnym życiu; jednak przyjdzie czas, kiedy ludzie ugną się przed większymi bogami. Dzisiaj

jest dużo takich, którzy zawdzięczają swą egzystencję pragnieniu posiadania dóbr, ale

niewielu jest włączonych w to posiadanie. Jednym z zadań naszego ruchu jest wykorzystanie

perspektywy czasu, w której da się jednostce to, czego ona potrzebuje do życia, ale także

utrzymanie zasady, że człowiek nie żyje tylko dla dóbr materialnych. Znajdzie to wyraz w

mądrym stopniowaniu zarobków, tak aby umożliwiło to każdemu robotnikowi być pewnym

jutra.

To powinno być możliwe na świecie, gdzie setki tysięcy mężczyzn związanych tylko

przykazaniami kościoła ochotniczo poddaje się celibatowi.

Jeżeli pokolenie cierpi na słabości, o których wiadomo i do których się przyznaje, i

jeżeli ono zadowala się - jak to ma miejsce dzisiaj w naszym burżuazyjnym świecie - tylko

deklaracją, że nic nie może być zrobione w tej sprawie, to takie społeczeństwo jest skazane

na upadek.

Nie, my wszyscy musimy odrzucić poddanie się temu rozczarowaniu. Nasza obecna

burżuazja jest teraz zbyt chora i niezdolna do dokonania wielkiego zadania dla ludzkości.

Ona jest chora - w mojej opinii - nie od rozmyślnego zepsucia, ale od olbrzymiej indolencji i

od wszystkiego, co z niej wypływa. Już dawno kluby polityczne, które skupiły się pod

pospolitą nazwą partii burżuazyjnych - nie były niczym innym, jak tylko towarzystwami

reprezentującymi pewne odrębne klasy i zawody i poza chronieniem samolubnych interesów,

jak tylko to potrafią, nie mają nic wznioślejszego do roboty. Oczywistym jest, że bractwo

polityków burżuazyjnych, tak jak nasze, dostosowane jest tylko do walki; szczególnie, gdy

druga strona nie składa się z ostrożnych sklepikarzy, ale z proletariackich mas, burzliwie

powstałych i całkowicie zdeterminowanych.

Obowiązkiem państwa jest przemienić młodą latorośl w wartościowy instrument dla

późniejszego powiększenia rasy. Mając to na względzie państwo narodowe musi tak

kierować swoją pracą edukacyjną, aby na pierwszym miejscu nie było wpompowywanie

czystej , wiedzy, ale rozwijanie zdrowych ciał. Potem przychodzi czas na rozwój zdolności

umysłowych. Zawsze Zaczyna się od formowania charakteru, szczególnie rozwijania siły woli

i determinacji połączonej z nauczaniem przyjmowania odpowiedzialności z radością i dopiero

na końcu przychodzi czas na przekazywanie czystej wiedzy.

Państwo narodowe musi opierać się na założeniu, że człowiek o średnim

wykształceniu, ale zdrowy ciałem, o silnym charakterze, wypełniony radosną pewnością

siebie i siłą woli jest większą wartością dla społeczeństwa niż wysoko wykształcony cherlak.

Dlatego rozwijanie ciała w narodowym państwie nie jest sprawą jednostki, nawet nie

jest sprawą dotyczącą tylko rodziców, która jest drugo lub nawet trzeciorzędnym obiektem

zainteresowania społeczeństwa, ale jest nakazem związanym z utrzymaniem rasy, którą

państwo ma bronić i chronić. Państwo musi tak rozkładać swoją pracę edukacyjną, żeby

młode ciała były kształtowane we wczesnym dzieciństwie i otrzymywały konieczną hardość

potrzebną w późniejszym życiu. Musi się ono w szczególności troszczyć o to, aby nie dora-

stały pokolenia pozostające w domach.

Szkoły w narodowym państwie powinny pozostawiać więcej czasu na ćwiczenia

cielesne. Nie powinno być dnia, w którym chłopiec nie miałby przynajmniej jednogodzinnego

ćwiczenia cielesnego, zarówno rano, jak i po południu, w grach i gimnastyce. W

szczególności nie powinien być pomijany boks, który wielu "nacjonalistów" uważa za brutalny

i bezwartościowy. To niewiarygodne, jak fałszywe pojęcia są rozpowszechniane o nim

pomiędzy wykształconymi ludźmi. Oni uważają za naturalne i godne honoru, aby młody czło-

wiek nauczył się walczyć i walczył w pojedynkach, ale żeby boksować się z brutalnością?

Dlaczego? Nie ma takiego sportu, który bardziej pobudza ducha ataku niż boks. Wymaga on

błyskawicznej decyzji, utwardza i czyni giętkim ciało. Dla dwóch młodych chłopców nie jest

bardziej brutalne załatwianie sporu pięściami niż wypolerowaną taśmą stali. Jeżeli cała

nasza inteligencja nie byłaby wyłącznie wytrenowana w wysokoklasowym zachowaniu i

zamiast tego nauczyłaby się dokładnie boksować, nie byłoby niemieckiej rewolucji tyranów,

dezerterów i poddanych. To było możliwe tylko dlatego, że nasz system wyższego

wykształcenia nie produkuje mężczyzn, ale urzędników, inżynierów, prawników i - aby

podtrzymać tę intelektualną żywotność - profesorów.

Nasze intelektualne kierownictwo zawsze uzyskiwało wspaniałe rezultaty, ale

kształtowanie naszej siły woli było poniżej krytyki.

Nasz naród niemiecki, który teraz znajduje się w stanie załamania, przez każdego

kopany, potrzebuje sugestywnej siły wytworzonej przez pewność siebie. Ta pewność siebie

musi być wykształcona w młodszych członkach narodu, począwszy od dzieciństwa. Cała

edukacja i ćwiczenia muszą być skierowane tak, aby wpoić im przekonanie, że przewyższają

innych. Przez siłę cielesną i zręczność młodzież musi odzyskać wiarę w niezwyciężoność

swego narodu. To, co kiedyś prowadziło niemieckie zastępy do zwycięstwa, było sumą

pewności, którą każda jednostka czuła w sobie, a wszyscy czuli ją w swoich przywódcach.

Istnieje przekonanie, że wolność może być jeszcze raz osiągnięta. Ale to przekonanie może

być tylko końcowym produktem uczucia, odczuwanym przez miliony jednostek.

Niech nikt nie popełnia w związku z tym błędu: tak jak olbrzymi był upadek naszego

narodu, tak rozległy musi być wysiłek, aby pewnego dnia zakończyć ten nieszczęśliwy stan.

Tylko przez ogromny wpływ narodowej siły woli, wolność i namiętne poświęcenie możemy

odtworzyć to, co zaginęło w nas. Obowiązkiem narodowego państwa jest kształtowanie

sprawności cielesnej nie tylko w czasie urzędowych lat szkolnych, ale także po skończeniu

szkoły musi pilnować ono tego tak długo, jak długo młody mężczyzna rozwija się fizycznie, a

wtedy rozwój ten okaże się błogosławieństwem dla niego.

Głupio jest myśleć, że prawo państwa do nadzorowania swoich młodych obywateli

kończy się nagle z ukończeniem przez nich szkoły, a potem powtórnie zaczyna, kiedy

rozpoczynają służbę wojskową.

Prawo to jest obowiązkiem jednakowo równym we wszystkich okresach. Armia także

nie może jedynie uczyć mężczyzny, jak ma maszerować i stać na baczność, ale musi

funkcjonować jako końcowa i najwyższa szkoła narodowego kształcenia. Młody rekrut musi

oczywiście nauczyć się posługiwania bronią, ale w tym samym czasie musi on także

kontynuować swoje szkolenie potrzebne w przyszłym życiu. Ta szkoła przekształci chłopca w

mężczyznę; nie tylko nauczy się posłuszeństwa, ale będzie szkolony z myślą o dowodzeniu

kiedyś w przyszłości. Nauczy się być cichy nie tylko wtedy, kiedy jest karcony, ale także

znosić niesprawiedliwość w ciszy, jeżeli będzie taka potrzeba.

Umocniony przekonaniem o własnej sile, wypełniony "duchem ciała", którego będzie

odczuwał wspólnie z innymi, chłopiec uzyska przekonanie, że jego naród jest niezwyciężony.

Kiedy skończy się jego służba wojskowa, musi być w stanie wykazać się dwoma

świadectwami: dokumentem stwierdzającym, że jest prawnym obywatelem państwa,

umożliwiającym mu uczestnictwo w sprawach publicznych, i świadectwem zdrowia,

wykazującym, że jest gotów do zawarcia małżeństwa.

W przypadku wykształcenia kobiety główny nacisk powinien być położony na

ćwiczenia cielesne, następnie na rozwój charakteru i na końcu - intelektu. Ale absolutnym

celem wykształcenia kobiety musi być przygotowanie jej do roli matki.

Jak rzadko podczas wojny słyszano skargi na to, że tylko nieliczni ludzie byli w stanie

utrzymać język za zębami i dlatego tak trudno było dochować ważnych tajemnic przed

nieprzyjacielem. Ale rozważ sam, czy wykształcenie niemieckie przed wojną kiedykolwiek

uważało milczenie za cechę męską? Nie, istniejący wówczas system szkolny uważał je za

sprawę błahą. Ale ta błaha sprawa kosztuje państwo niewyobrażalne miliony w wydatkach

prawnych, ponieważ dziewięćdziesiąt procent przypadków zniesławienia i im podobnych

powstaje po prostu z nieumiejętności utrzymania milczenia.

Nasz handel narodowy nieustannie cierpi z powodu ujawniania tajemnic wytwórców,

będących wynikiem nieuwagi i każde tajne przygotowania do obrony kraju są iluzoryczne,

ponieważ ludzie nie nauczyli się trzymać języka za zębami i nigdy nie potrafią dochować

tajemnicy. Na wojnie ta pasja plotkowania może kosztować przegrane bitwy i być

podstawową przyczyną złego zakończenia wojny. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że

nie można nauczyć dorosłego mężczyzny tego, czego nie wykształcono w młodości.

Nie istnieje dzisiaj w naszych szkołach świadomy rozwój wznioślejszych jakości. Od

tej chwili problem ten trzeba rozważać w całkowicie innym świetle. Godność zaufania,

gotowość do poświęcenia siebie, milczenie są cnotami, których potrzebuje wielki naród, a

nauczanie ich w naszych szkołach jest ważniejsze od ogromu materiału naukowego, który

wypełnia program szkolny. Dlatego praca edukacyjna w państwie narodowym musi kłaść

duży nacisk na formowanie charakteru, krok po kroku z kształtowaniem ciała. Wiele

moralnych wad przylegających teraz do ciała narodu mogłoby być przez konsekwentne

szkolenie w dużej mierze złagodzone, jeżeli nawet nie całkowicie wykorzenione. Ludzie

często się skarżyli, że przez listopad i grudzień 1918 roku spotykały ich niepowodzenia na

każdym kroku i że od monarchy w dół do ostatniego dowódcy dywizyjnego, nikt nie mógł

zdobyć się na odwagę, aby podjąć jakąkolwiek niezależną decyzję. Ten okropny fakt jest

przekleństwem naszego kształcenia i wówczas, w tej bolesnej katastrofie, pojawiło się na

szeroką skalę to, co było zwykle obecne w mniejszych sprawach. Właśnie ten brak siły woli,

a nie brak materiału wojennego, sprawia, że dzisiaj jesteśmy niezdolni do poważnego oporu.

Leży to głęboko w naszym narodzie i powstrzymuje nas przed podejmowaniem decyzji

połączonej z ryzykiem, tak jak gdyby wielkość w działaniu nie składała się z popisów

śmiałości.

Powiodło się niemieckiemu generałowi, który nie zdając sobie z tego sprawy, odkrył

klasyczną formułę dla tej miernej potrzeby decyzji - powiedział on: "Ja nigdy nie działam,

dopóki nie mogę liczyć na pięćdziesiąt jeden procent sukcesu ". Te pięćdziesiąt jeden

procent stanowi podsumowanie tragedii niemieckiej klęski. Obecny terror braku

odpowiedzialności jest właśnie w tym zawarty. Wina leży w wykształceniu młodych. Przenika

całe publiczne życie i znajduje swoje oparcie w instytucji rządu parlamentarnego.

Narodowe państwo musi w przyszłości zwracać baczną uwagę na kształtowanie siły

woli i decyzji, musi zaszczepić w sercach młodych, począwszy od dzieciństwa, radość z

odpowiedzialności i odwagę przyznawania się otwarcie do win.

Przekazywanie wiedzy, które dzisiaj stanowi całe wykształcenie państwowe, może

być zaadaptowane przez narodowe państwo z pewnymi zmianami, które mogą być

rozważane według trzech kategorii. Na pierwszym miejscu trzeba przyjąć, że młodzieńczy

umysł nie może być obciążony przedmiotami, których w dziewięćdziesięciu procentach nie

potrzebuje i z tego powodu zapomina. Weźmy przykład zwykłego urzędnika państwowego,

który ukończył gimnazjum (publiczną szkołę dzienną) lub szkołę matematyczno-

przyrodniczą, mającego trzydzieści sześć, czterdzieści lat. Jak niewiele on zachował z tego

wszystkiego, co w niego wtłoczono!

System nauczania, który tu ogólnie wskazuję, będzie całkowicie wystarczający dla

większości młodych ludzi; pozostali, którym potrzebna będzie znajomość języka, mogą

studiować całkowicie według własnego wyboru. On także zapewni podczas szkolnego dnia

czas na Ćwiczenia cielesne i na - wskazane już wcześniej przeze mnie - zwiększone

potrzeby pod innymi względami.

Szczególnie rozważone muszą być zmiany w metodach nauczania historii. W

dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach na sto wyniki obecnego systemu są godne

ubolewania. Kilka dat i nazwisk są wszystkim, co pozostaje, podczas gdy szerokie, jasne

tematy są całkowicie nieobecne w szkole. Zasadnicze tematy, które naprawdę mają

znaczenie, nigdy nie są nauczane, odkrycie wewnętrznego znaczenia potoku dat i kolejności

wydarzeń pozostawia się mniej lub więcej utalentowanemu geniuszowi jednostki.

Ograniczenie materiału w nauczaniu historii musi zostać rozważone. Historii nie

studiuje się zwykle po to, aby odkryć, co się wydarzyło, ale po to, aby mogła ona dawać

wskazówki na przyszłość i pomagała w kontynuowaniu egzystencji naszego własnego

narodu.

Nie powinna być oderwana od studiowania starożytności. Historia rzymska, właściwie

ujęta według odpowiednich zasad, może być uważana za najlepszą instrukcję nie tylko na

teraz, ale dla wszystkich okresów. Obowiązkiem narodowego państwa jest dopilnowanie,

żeby w końcu napisano historię świata, w której kwestia rasy zajmuje dominującą pozycję.

Niewielkie sprawozdanie, przeprowadzone przez nasze dzisiejsze szkolnictwo,

szczególnie w szkołach Średnich, dotyczące zawodów wykonywanych w późniejszym życiu,

najlepiej udowadnia fakt, że mężczyźni po ukończeniu trzech całkiem różnych szkół mogą

wykonywać ten sam zawód. Liczy się tylko ogólne wykształcenie, a nie wtłaczanie

wyspecjalizowanej wiedzy. Ale przypadki wymagające takiej wiedzy nie mogą być

uwzględniane w programie nauczania szkół średnich jak to ma miejsce dzisiaj.

Narodowe państwo nie może tracić czasu na usuwanie takich niedoskonałości. Drugą

zmianą, której wymaga nasz system szkolny, jest wprowadzenie ostrego podziału pomiędzy

ogólnym a wyspecjalizowanym szkoleniem technicznym. Ponieważ to drugie grozi coraz

większym popadaniem w służbę mamony, wykształcenie ogólne, przynajmniej w swoim

idealnym założeniu, musi działać jako przeciwwaga dla niego.

Musimy trzymać się zasady, że przemysł, nauka techniczna i handel mogą się

rozwijać tylko tak długo, jak długo narodowa społeczność ze wzniosłymi ideałami stwarza

odpowiednie warunki. Przez to rozumie się nie materialne samolubstwo, ale gotowość do

poświęceń i radość z wyrzeczenia się.

Dzisiaj nie ma jasnej definicji państwa jako koncepcji; nic nie pozostało do nauczenia

poza lokalnym patriotyzmem. W starych Niemczech przybierało to głów, nie formę cokolwiek

niejasnej gloryfikacji chwilowych potentatów, których znaczna część nie przyczyniła się do

żadnej wartościowej oceny wielkości naszego narodu, uważając to od samego początku za

niemożliwe. Rezultat był taki, że nasi ludzie jako naród otrzymali bardzo niedoskonałą

koncepcję niemieckiej historii. Pominięto w niej najważniejsze zagadnienia. Jest więc

oczywiste, że żaden człowiek nie mógł nigdy zdobyć się na rzeczywisty entuzjazm do

narodu.

Nikt nie wiedział, jak uczniom zaprezentować jako wspaniałych bohaterów

znaczących ludzi dla naszego narodu, jak skupić na nich powszechną uwagę i stworzyć w

ten sposób trwały sentyment.

Odkąd rewolucja weszła do Niemiec, a monarchistyczny patriotyzm zaniknął sam,

nauczanie historii sprowadzono do jednego celu, a mianowicie - do zwykłego przekazywania

wiedzy. Obecne państwo nie ma żadnego pożytku z narodowego entuzjazmu i nigdy nie

osiągnie tego, co chce. Istnieje niewielka szansa w trwałej, przeciwstawiającej się sile.

Dlatego nie może być wątpliwości, że Niemcy nie utrzymałyby się nigdy na polu bitwy przez

cztery i pół roku, gdyby ich motto brzmiało: "za republikę". Ta republika jest popularna w

pozostałej części świata.

Słaby mężczyzna jest bardziej lubiany przez tych, którzy go wykorzystują, niż

mężczyzna o szorstkich manierach. Rzeczywiście sympatia wroga do tej formy państwa

stanowi jego najbardziej niszczącą krytykę. Podobała im się Republika Niemiecka i pozwalali

się jej rozwijać, ponieważ nie mogli znaleźć lepszego sprzymierzeńca w ujarzmieniu naszego

narodu.

Narodowe państwo musi walczyć o swoje życie. Propozycje Dawesa nie pomogą mu

obronić się samemu. "' Dla swojej egzystencji i samoobrony będzie wymagało właśnie tego,

co ludzie uważają za niepotrzebne. Im bardziej doskonałe i wartościowe jest narodowe pań-

stwo w formie i w istocie, tym większą urazę będą czuli do niego oponenci i tym bardziej

przeciwstawiali się jemu.

Wtedy jego najlepszą ochroną będą mieszkańcy, nawet lepszą niż uzbrojenie. Nie

osłonią go ściany fortecy, ale żywe ściany mężczyzn i kobiet, pełne miłości do ojczyzny i

fanatycznego, narodowego entuzjazmu.

Trzecie zalecenie dotyczy naukowego nauczania. Narodowe państwo będzie

traktować naukę jako środek służący zwiększeniu narodowej dumy. Nie tylko Światowa

historia, ale także historia cywilizacji musi być nauczana pod tym kątem. Wynalazcę powinno

uważać się za wielkiego człowieka. Podziw dla każdego wielkiego czynu musi być połączony

z dumą, ponieważ jego szczęśliwy twórca jest członkiem naszego narodu. Musimy

największych ludzi wydobyć z masy wielkich nazwisk historii niemieckiej i przedstawić ich

młodzieży w tak imponujący sposób, żeby mogli się stać filarami niewzruszonego,

nacjonalistycznego państwa.

Nie ma takich rzeczy jak nacjonalizm wyróżniający jakąś klasę. Być dumnym ze

swojego narodu można wtedy, jeżeli nie ma klasy, która by zawstydzała; ale naród, którego

połowa jest w biedzie, wyczerpany troską czy rzeczywiście skorumpowany, przedstawia tak

zły obraz, że nikt nie może czuć się z niego dumny.

ROZDZIAŁ III

Obywatele państwa

Instytucja, którą obecnie niewłaściwie nazywa się państwem, zna tylko dwa rodzaje

jednostek: obywateli państwa i obcokrajowców. Obywatelami państwa są wszyscy ci, którzy

zarówno przez urodzenie, jak i naturalizację korzystają z praw obywatelstwa państwa; ob-

cokrajowcami są ci, którzy korzystają z podobnych praw w innych państwach. Obecnie te

prawa są nabywane w pierwszym rzędzie przez fakt urodzenia się w obrębie granic państwa.

Rasa i narodowość nie odgrywają tu żadnej roli. Dziecko murzyńskie, które kiedyś żyło w

protektoracie niemieckim, a teraz jest osiedlone w Niemczech, jest automatycznie

obywatelem niemieckiego państwa. Cała procedura uzyskiwania obywatelstwa państwa nie

różni się bardzo od uzyskiwania członkostwa klubu automobilowego. Wiem, że to nie będzie

mile przyjęte, ale coś bardziej szaleńczego i mniej przemyślanego niż nasze obecne prawa

obywatelstwa państwa trudno sobie wyobrazić. Jest jednak takie państwo, w którym są

widoczne słabe próby uporządkowania tych spraw. Ja oczywiście nie mam na myśli naszej

Republiki Niemieckiej, ale Stany Zjednoczone Ameryki, gdzie próbuje się przynajmniej

częściowo włączyć w te sprawy zdrowy rozsądek. Stany Zjednoczone odmawiają pozwolenia

imigracyjnego elementom, które są złe z punktu widzenia zdrowia i absolutnie zakazują

naturalizacji pewnych określonych ras. I w ten sposób stawiają mały krok w kierunku

poglądów, który nie różni się od koncepcji narodowego państwa.

Narodowe państwo dzieli swoich mieszkańców na trzy klasy: obywateli państwa,

poddanych państwa i obcokrajowców.

W zasadzie urodzenie daje tylko status poddanego. Nie niesie ono z sobą prawa do

piastowania urzędów państwowych ani do brania aktywnego udziału w polityce, to znaczy

głosowania w wyborach. W wypadku każdego poddanego państwa rasa i narodowość

muszą być udowodnione. "Poddany" może o każdym czasie przestać być poddanym i stać

się obywatelem kraju odpowiadającym jego narodowości. Obcokrajowiec tym tylko różni się

od "poddanego", że jest on poddanym w obcym państwie.

Młody poddany narodowości niemieckiej jest zobowiązany podjąć edukację szkolną,

która jest dostępna dla każdego Niemca. Później musi on zgodzić się na podjęcie ćwiczeń

cielesnych wymaganych przez państwo i w końcu wstępuje do armii. Szkolenie militarne jest

uniwersalne. Po zakończeniu służby wojskowej zdrowy, młody człowiek z nienagannym

rejestrem będzie uroczyście obdarowany prawami obywatelstwa państwa. Będzie to

najważniejszy dokument w całym jego doczesnym życiu.

Być obywatelem Rzeszy, nawet jeżeli jest się tylko zamiataczem ulic, musi być

uważane za większy honor niż bycie królem w obcym kraju.

Niemiecka dziewczyna jest "poddaną państwa", ale małżeństwo czyni ją obywatelem.

Jednak niemieckiej kobiecie zaangażowanej w business mogą być również

przyznane prawa obywatelstwa.

ROZDZIAŁ IV

Osobowość a koncepcja państwa narodowego

Byłoby szaleństwem z naszej strony mierzyć wartość człowieka rasą, do której on

należy i tym samym deklarować wojnę z marksistowskim aksjomatem: wszyscy ludzie są

sobie równi, jeżeli nie bylibyśmy przygotowani na doprowadzenie tej sprawy do końca.

Każdy, kto dzisiaj wierzy, że narodowosocjalistyczne państwo powinno za pomocą

czysto mechanicznych środków i lepszej konstrukcji jego ekonomicznego Życia różnić się od

innych państw przez lepszy kompromis pomiędzy bogactwem a biedą, przez rozszerzenie

sterowania ekonomicznym procesem, przez sprawiedliwsze wynagradzanie czy też przez

pozbywanie się zbyt dużych różnic w płacach - znalazłby się w impasie, ponieważ nie ma

dobrej koncepcji tego, co my rozumiemy przez obraz świata. Metody opisane powyżej nie

oferują trwałej nadziei i coraz rzadziej zapewniają o wielkiej przyszłości. Naród, który kładzie

ufność w reformie tak powierzchownej, nie zyska gwarancji jakiegokolwiek zwycięstwa w

ogólnej walce narodów. Ruch, który opiera swoją misję na takich kompromisach jak te, nie

wprowadzi wielkich reform, ponieważ jego działanie nigdy nie dotknie niczego poza

powierzchnią rzeczy.

Pierwszym krokiem, który w sposób widoczny oddzielił ludzkość od świata

zwierzęcego, był ten, który prowadził do wynalazku. Pierwsze środki w walce z resztą

zwierząt godne ludzkiej miary wywodziły się niewątpliwie z potrzeby rządzenia istot, które

miały specjalne zdolności.

Nawet wtedy osobowość kierowała wyraźnie tworzeniem decyzji i osiągnięć, które

później przyjmowała cała ludzkość jako rzeczy zrozumiałe. Wiedza ludzka i jej siła, którą

rozpatruję, nawet teraz jest podstawą całej strategii. Była wytworem oryginalnego i zdeter-

minowanego umysłu i dopiero może po upływie tysięcy lat została wszechstronnie przyjęta

za doskonałą, naturalną rzecz.

Człowiek ukoronował to pierwsze odkrycie drugim: nauczył się między innymi, jak żyć

w czasie, gdy jest się zaangażowanym w walkę o życie. I tak zaczęła się działalność

inwestycyjna, właściwa człowiekowi, której rezultaty wszyscy widzimy dookoła nas. Jest to

rezultat mocy twórczej i indywidualnych możliwości jednostki. Było to głęboko fundamentalne

w działalności twórczej człowieka, który ma ciągle jeszcze siłę, aby wspinać się wyżej. Tym

samym czym były kiedyś proste tricki pomagające myśliwym w lesie w ich walce o byt, są

teraz wspaniałe naukowe odkrycia pomagające ludzkości w walce o byt dzisiaj i wykuwające

broń do walk w przyszłości.

Umiejętność rozwijania czystej teorii naukowej, której nie można zmierzyć, ale która

jest konieczna dla całego dalszego materialnego odkrycia, jest znowu uważana za wyłączny

wytwór jednostki.. Tłum nie dokonuje wynalazków, nie organizuje, nie myśli... Robi to zawsze

pojedynczy człowiek, jednostka.

Społeczność ludzka uważana jest za dobrze zorganizowaną, jeżeli popiera ona w

każdy możliwy sposób pracę tych twórczych sił i zatrudnia je dla dobra ogółu. Organizacja

musi być ucieleśnieniem wysiłku, aby wielkie umysły wznieść ponad tłum i podporządkować

im go.

Organizacja nie powinna powstrzymywać umysłów od wyłaniania się z tłumów, a

nawet wprost przeciwnie, przez swoje świadome działania musi czynić to możliwym w

największym stopniu i pomagać im.

Trudna walka o życie powoduje pojawienie się inteligencji.

Administracja państwa i siła narodu włączone w siły obronne są zdominowane przez

ideę osobowości i związany z tym autorytet oraz odpowiedzialność w stosunku do wysoko

postawionej jednostki. Obecnie życie polityczne samo odwróciło się od tej naturalnej zasady.

Podczas gdy cała ludzka cywilizacja jest wynikiem twórczej siły osobowości. W

społeczeństwie, jako całości, a szczególnie między jego przywódcami, zasada godności

grupy stanowi pretekst do zdobycia decydującej władzy i zaczyna stopniowo zatruwać całe

życie. Niszczące prace judaizmu w różnych warstwach społecznych, aby podkopać wagę

osobowości w narodach, które są ich gospodarzami i zastąpić ją wolą tłumu, mogą tylko na

dole być przypisane trwałemu, wiecznemu wysiłkowi.

My teraz rozumiemy, że marksizm jest jawnie głoszoną, żydowską próbą obalenia

znaczenia osobowości we wszystkich dziedzinach ludzkiego życia i zastąpienia jej przez

masy jednostek. W polityce wyrazem tego jest forma parlamentarna rządów, która wyrządza

tyle krzywdy: od najmniej szych rad parafialnych do siły sterującej całą Rzeszą.

Marksizm nigdy nie był zdolny położyć fundament pod kulturę lub wytworzyć

ekonomiczny system, a ponadto nigdy rzeczywiście nie był w opozycji pozwalającej

przetrwać istniejącemu systemowi zgodnie z jego własnymi zasadami. Po krótkim okresie

czasu został zmuszony do odwrotu i przyznania słuszności teorii znaczenia osobowości;

nawet w jego własnej organizacji nie może zaprzeczyć tej zasadzie.

Narodowa teoria świata musi przeto być całkowicie odróżniana od teorii

marksistowskiej; musi ona wierzyć ślepo rasie, a także uznawać znaczenie osobowości i

uczynić je filarami podtrzymującymi całą jej budowlę. Są to jej podstawowe czynniki

pojmowania świata. Narodowe państwo musi pracować niestrudzenie nad uwolnieniem

całego rządu, szczególnie najwyższego, to znaczy politycznego kierownictwa od zasady

sterowania przez większość, to jest od tłumu, tak aby zabezpieczyć niekwestionowaną

władzę jednostki.

Najlepszą formą państwa i konstytucji jest ta, która z wrodzoną pewnością ręki

podnosi najlepsze umysły społeczeństwa na pozycje kierownictwa i dominacji. To nie

większość będzie podejmować decyzje, ale zwykłe gremium składające się z

odpowiedzialnych osób i słowo "rada" wróci do swego dawnego znaczenia. Każdy będzie

mógł mieć doradców, ale decyzje będą podejmowane przez jednego człowieka.

Narodowe państwo nie ucierpi z tego powodu, że ludzie, którym wykształcenie i

stanowisko nie dało specjalnej wiedzy, będą zapraszani, aby doradzać lub oceniać tematy

szczególnej natury, na przykład ekonomiczne. Dlatego państwo podzieli swoje

reprezentatywne ciało na mniejsze części, na przykład na polityczne komitety włącznie z

komitetami reprezentującymi zawody i handel.

Aby uzyskać korzystną współpracę między tymi dwoma instytucjami, ponad nimi

funkcjonował będzie trwale wybrany senat. Ale ani senat, ani izba nie będą miały mocy

podejmowania decyzji; są one powołane do pracy, a nie do podejmowania decyzji.

Indywidualni członkowie mogą doradzać, lecz nigdy decydować. Jest to na razie przywilej

zastrzeżony dla odpowiedzialnego prezydenta.

Co się tyczy możliwości wprowadzania naszej wiedzy w praktykę, mogę przypomnieć

moim czytelnikom, że ::: parlamentarna zasada podejmowania decyzji większością głosów

nie zawsze rządziła ludzką rasą, wprost przeciwnie - pojawiała się ona tylko podczas krótkich

okresów historii, a te były zawsze okresami upadku narodów i państw.

W każdym razie niech nikt sobie nie wyobraża, że powyższe czysto teoretyczne

środki spowodują taką zmianę; rozumując logicznie nie może ona cofnąć się przed

konstytucją państwa i całym ustawodawstwem i oczywiście całe życie obywatela powinno

być nią przesycone. Taka rewolucja zdarzy się, a może się zdarzyć tylko przy pomocy ruchu

powstałego w duchu tej idei i dlatego uznawanego za ojca nadchodzącego państwa.

W ten sposób narodowosocjalistyczny ruch musi dzisiaj sam identyfikować się z tą

ideą i stosować ją w praktyce swojej własnej organizacji, tak aby nie tylko był zdolny

skierować państwo na właściwą drogę, ale aby miał również doskonały materiał, gotowy do

objęcia funkcji państwowych.

ROZDZIAŁ V

Światopogląd a organizacja

Narodowe państwo, którego ogólny obraz próbowałem nakreślić, nie powstanie przez

zwykłą znajomość potrzeb państwa. Nie wystarczy wiedzieć, jak powinno wyglądać takie

państwo. Problem jego narodzin jest daleko trudniejszy. My nie możemy czekać, aż obecne

partie, które czerpią korzyści z aktualnego kształtu państwa, zmienią swoje nastawienie z

własnej inicjatywy. Nie jest to możliwie, ponieważ ich prawdziwymi przywódcami są Żydzi, i

tylko Żydzi.

Żyd prześladuje swój obiekt nieprzerwanie swoim postępowaniem, w przeciwieństwie

do niemieckiej burżuazji i proletariuszy, którzy zsuwają się ku zagładzie, zawdzięczając to

głównie własnej indolencji, głupocie i bojaźliwości. Żyd jest świadomy swego końcowego

celu. Partia prowadzona przez niego nie ma innego wyboru, jak tylko walczyć o jego interesy

i nie ma .nic wspólnego z charakterem narodów aryjskich.

Dlatego, jeżeli mamy zrobić zamach, aby urzeczywistnić ideał narodowego państwa,

musimy zignorować siły kontrolujące teraz życie publiczne i szukać innej siły

zdeterminowanej i zdolnej do podjęcia walki o ten ideał. Ponieważ walka jest przed nami,

naszym pierwszym zadaniem nie jest stworzenie nowej koncepcji państwa, ale zniszczenie

obecnej, żydowskiej koncepcji. Pierwszą bronią nowej doktryny, zawierającej nowe i wielkie

zasady, chociaż wielu jednostkom może się to nie podobać, musi być sondaż ostrego

krytycyzmu. Marksizm posiadał cel i obawiał się konstruktywnej ambicji (nawet jeżeli jest to

tylko wytwór despotyzmu żydowskiej, światowej finansjery), mimo to poddawał się sam

rujnującemu krytycyzmowi przez całe siedem lat.

Potem zaczęła się jego tak zwana "konstruktywna praca". Było to całkowicie

właściwe, naturalne i logiczne. Światopogląd jest nietolerancyjny i nie może zadowolić się

tym, że jest jedną spośród wielu partii; nalega na wyłączne i trwałe uznanie siebie i na

absolutnie nową koncepcję całości publicznego życia, zgodną z jego poglądami. Dlatego nie

może tolerować dalej siły, która reprezentuje dotychczasowe warunki.

To samo jest z religiami.

Chrześcijaństwo nie zadowalało się tylko wznoszeniem swojego ołtarza. Musiało tak

postępować, aby zniszczyć ołtarze pogan. Taka fanatyczna nietolerancja umożliwiła

rozszerzenie tego kamiennego credo; jest to podstawowy kierunek jego istnienia. Partie

polityczne są zawsze gotowe do kompromisu, światopoglądy nigdy. Partie polityczne godzą

się ze swoimi przeciwnikami, a światopoglądy proklamują własną nieomylność.

Nawet partie polityczne na początku często żywią nadzieję zniesienia despotycznej

władzy; zawierają one zwykle pewien niewielki ślad światopoglądowy. Ale ubóstwo ich

programu pozbawia je heroizmu, którego wymaga światopogląd. Ich gotowość do pojednania

przyciąga drobne, słabe duchy, z którymi nie można przeprowadzić żadnej krucjaty. Więc

grzęzną szybko w swoich problemach, bagnie własnej, żałosnej drobiazgowości.

Idee światopoglądu nigdy nie mogą zwyciężyć, o ile nie zjednoczy on w swoich

szeregach najśmielszych i najsilniejszych elementów jego wieku i narodu i sformułuje je w

trwałą, walczącą organizację. Trzeba koniecznie wyciągać pewne określone idee z ogólnego

obrazu świata i prezentować je w zwięzłej, ekspansywnej formie, aby mogły służyć jako

credo przyszłemu społeczeństwu.

Podczas gdy polityczny program partii jest zwykle receptą na osiągnięcie dobrych

rezultatów w nadchodzących wyborach, to program światowej teorii jest równoznaczny z

deklaracją wojny przeciw ogólnie przyjętemu poglądowi na życie.

Nie jest konieczne, aby każdy pojedynczy wojownik był obdarowany pełnym wglądem

i dokładną znajomością najnowszych idei.

Armia nie byłaby dobra, gdyby składała się z samych generałów, a polityczny ruch nie

broniłby lepiej swojego światopoglądu, gdyby się składał z samych intelektualistów. Nie, on

potrzebuje również prymitywnego, walczącego mężczyzny - dlatego bez niego nie jest

możliwa wewnętrzna dyscyplina.

Przez swoją właściwą naturę organizacja nie może istnieć, o ile przywódcy

reprezentujący wysoki poziom intelektualny nie są obsługiwani przez masę mężczyzn

inspirowanych przez sentyment. Trudniej byłoby utrzymać dyscyplinę w kompanii dwóch

setek mężczyzn równo obdarowanych walorami intelektualnymi, niż w takiej samej grupie

zawierającej sto dziewięćdziesiąt osób mniej obdarowanych i dziesięciu z wyższymi in-

telektami.

Organizacja socjaldemokratów jest takim przypadkiem; jej armia składa się z oficerów

i żołnierzy. Niemiecki żołnierz zwolniony z armii jest prostym Żołnierzem, żydowski

intelektualista jest oficerem.

Aby ta narodowa idea mogła powstać z jakiejś bliżej nieokreślonej potrzeby

bieżącego dnia i odniosła powodzenie w wytworzeniu jasnej myśli - musi ona wybrać pewne

określone najważniejsze sentencje z masy szerokich koncepcji. Na tej podstawie program

nowego ruchu opracowany został w formie ograniczonej liczby głównych sentencji; jest ich

dwadzieścia pięć. jego celem jest przede wszystkim danie przybliżonego obrazu intencji

ruchu mężczyźnie z ulicy.

W pewnej mierze są one wyznaniem politycznej wiary, służącym częściowo

dowartościowaniu ruchu, a częściowo jako spoiwo łączące razem wszystkich uznających te

postulaty.

W naszej polityce rozpowszechniania doktryny, która jest w zasadzie zdrowa,

uważamy, że mniej szkodliwe jest przylgnięcie jednej koncepcji, nawet jeżeli ona zupełnie

nie odpowiada aktualnej rzeczywistości, niż próba ulepszania jej - można objaśniać w

dyskusji pewne podstawowe prawo ruchu, które dotychczas było uważane za niezmienne -

ponieważ zmiana mogłaby spowodować bardziej szkodliwe konsekwencje. Faktycznie nie

można tego zrobić w czasie, gdy ruch walczy o zwycięstwo. Tego, co jest podstawowe,

trzeba szukać nie w aspektach zewnętrznych, ale w sensie wewnętrznym - i nic w tym nie

można zmienić. M y możemy mieć tylko nadzieję, że w swoim własnym interesie ruch

utrzyma siłę, potrzebną mu do walki przez unikanie jakiegokolwiek działania, które mogłoby

ujawnić podział i brak solidarności.

Dużo można się nauczyć od kościoła rzymskokatolickiego.

Chociaż istotna część doktryny katolickiej wchodzi w kolizję z naukami ścisłymi i

wynikami badań w wielu dziedzinach - nie zawsze koniecznymi - kościół nie jest

przygotowany na to, aby poświęcić choćby jedno, pojedyncze słowo ze swoich doktryn. On

bardzo dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że siła oporu nie jest zależna od pozostawania w

zgodzie z naukowymi ustaleniami w danej chwili - które ściśle rzecz ujmując zawsze się

zmieniają - ale raczej polega na ścisłym trzymaniu się dogmatów raz ustanowionych, które w

całości naprawdę wyrażają charakter wiary. W konsekwencji kościół jest mocniejszy niż

kiedykolwiek wcześniej .

Ze swoim programem dwudziestu pięciu tez - Narodowosocjalistyczna Niemiecka

Partia Robotnicza przyjęła zasady, które muszą być utrzymywane i są nienaruszalne. Jest i

będzie zadaniem członków naszego ruchu nie krytykować i nie zmieniać tych wiodących

zasad i uważać się za zobowiązanych do obstawania przy nich. W swoich początkach ruch

zawdzięczał im swoją nazwę, a program partii był zredagowany zgodnie z nimi.

Podstawowe idee ruchu narodowosocjalistycznego są nacjonalistyczne: jeżeli

narodowy socjalizm ma zwyciężyć, to absolutnie i wyłącznie musi się trzymać tego

przekonania. Jego prawem i obowiązkiem jest bardzo stanowcze głoszenie, że żadna próba

reprezentowania nacjonalistycznej idei poza granicami Narodowosocjalistycznej Niemieckiej

Partii Robotniczej nie może mieć miejsca i w większości wypadków opiera się na błędnym

założeniu. Wszystkie rodzaje stowarzyszeń i klik, jak również " wielkie partie" roszczą sobie

prawo do określenia - nacjonalistyczny; nie jest to jedyny efekt wpływu

narodowosocjalistycznego ruchu. Tym wszystkim organizacjom nigdy nie przyszłoby na myśl

nawet wspomnieć słowo "nacjonalistyczny" - w szczególności dlatego, że nie sugerowałoby

to im żadnego znaczenia i nie byłyby w stanie posłużyć się tą koncepcją. NSDAP była

pierwszą, która upowszechniła znaczenie tego słowa zawierającego tak dużo treści.

Nasz ruch w swojej pracy propagandowej całkowicie udowodnił siłę nacjonalistycznej

idei i to właśnie żądza korzyści zmusza innych do udawania, że mają podobne aspiracje.

ROZDZIAŁ VI

Pierwsze dni walki:znaczenie przemówień

Zaledwie skończyliśmy pierwsze wielkie spotkanie dwudziestego czwartego lutego

1920 roku w Hafbcihausfestsaal w Monachium, a już były w toku przygotowania do

następnych spotkań. Dotychczas nie ośmieliliśmy się marzyć o tym, aby mieć w mieście

takim jak Monachium spotkanie raz w miesiącu, a tym bardziej raz na dwa tygodnie. A teraz

olbrzymie spotkania mają być organizowane co tydzień.

W tym czasie ratusz miał ogromne znaczenie dla narodowych socjalistów. Za każdym

razem był coraz szczelniej wypełniony, a ludzie stawali się uważniejsi. Obrady prawie

zawsze zaczynały się od tematu winy wojennej, którą wtedy nikt nie zawracał sobie głowy;

burzliwe sposoby przemawiania były jak najbardziej odpowiednie i rzeczywiście potrzebne.

Jeżeli w tych dniach publiczne, masowe spotkania były potrzebne, to właśnie takie, na

których obecni byli udręczeni proletariusze, a nie flegmatyczna burżuazja. Zajmowano się na

nich traktatem wersalskim, co oznaczało atak na Republikę i przyjmowane było za oznakę

reakcyjnego, jeżeli nie monarchistycznego poglądu. Każda krytyka Wersalu była regularnie

przerywana. Tłum kontynuował krzyk do chwili, aż zagłuszony mówca poddawał się. Byliśmy

skłonni walić głowami w ścianę z desperacją, że przyszło nam w takim zespole ludzi

pracować.

Oni nie rozumieli, że Wersal był wstydem i hańbą, a ten podyktowany pokój był

przerażającym ograbieniem naszego narodu. Marksistowska praca zniszczenia i trująca

propaganda wroga uczyniły tych ludzi ślepymi na wszystkie racje i do tej chwili nikt nie mógł

się skarżyć na niewyobrażalnie wielką winę drugiej strony.

Co burżuazja zrobiła, aby powstrzymać tę okropną dezintegrację, czy za pomocą

lepszej i bardziej inteligentnej manipulacji próbowała utorować drogę do wolności działania?

Nic podobnego! Ja sam jasno zauważałem, że o ile dotyczyło to ruchu w jego okresie po-

wstania, pytanie o winę wojenną musi być wyjaśnione na zasadach historycznej prawdy.

Doświadczyłem takich przypadków także przy innych okazjach, kiedy potrzebna była

olbrzymia energia, aby powstrzymać statek od dryfowania. Ostatnia okazja pojawiła się

wtedy, kiedy naszej diabelskiej prasie powiodło się postawienie przed południowym Tyrolem

kwestii wybitności, która będzie miała poważne konsekwencje dla niemieckiego narodu. Bez

rozważenia, jakiej sprawie one posłużą, kilkunastu tak zwanych "nacjonalistów" z partii i

stowarzyszeń połączyło się w wołaniu, po prostu z obawy o publiczne uczucia wywołane

przez Żydów, i głupio poparło walkę przeciwko systemowi, który my, Niemcy, powinniśmy -

szczególnie teraz w obecnym kryzysie - uważać za jedyny jasny punkt w tym

skorumpowanym świecie. W czasie, gdy międzynarodowy świat żydowski powoli, ale

pewnie, dławi nas, nasi tak zwani patrioci wściekają się na człowieka i system, który miał

odwagę wyswobodzić się sam, przynajmniej w tej części świata, z ucisku żydowskiego

wolnomularstwa i przeciwstawić się międzynarodowej, światowej truciźnie - siłami

nacjonalizmu.

Wkrótce stało się oczywiste, że nasi przeciwnicy, szczególnie w czasie debat z nami,

są uzbrojeni w określony repertuar argumentów przeciwko naszym Żądaniom, który ciągle

powracał w ich przemówieniach; to po prostu wskazywało na świadome ujednolicone szko-

lenie. I tak było faktycznie. Dzisiaj jestem dumny, że odkryłem środki, które nie tylko

sprawiają, że ich propaganda jest nieefektywna, ale także pokonują autorów tych

przemówień ich własnymi środkami. Dwa lata później byłem mistrzem przebiegłości.

Zawsze, kiedy przemawiałem, dbałem o to, by utrzymać jasną myśl broniącą przed

prawdopodobną formą i charakterem ataków, których należało oczekiwać podczas dyskusji i

wcześniej argumenty przeciwników rozłożyć na części w moim wstępnym przemówieniu. Se-

dno rzeczy tkwiło w tym, aby wymienić od razu wszystkie argumenty strony przeciwnej i

udowodnić ich fałszywość.

To było przyczyną, dla której po moim pierwszym wykładzie na temat wersalskiego

traktatu pokojowego, który wygłosiłem do oddziałów jako ich wykładowca, zrobiłem zmianę i

później mówiłem na temat traktatów pokojowych "Brześć litewski i Wersal".

Szybko zauważyłem w dyskusji, która nastąpiła po moim pierwszym wykładzie, że

ludzie nic nie wiedzą o traktacie brzeskim, co było wynikiem udanej propagandy ich partii, i

są przekonani, że ten traktat jest jednym z najbardziej wstydliwych aktów ucisku w świecie.

Wytrwałość, z jaką to kłamstwo było przedstawiane ogółowi, była powodem, iż miliony

Niemców uważały traktat wersalski za nic więcej, jak tylko zemstę, którą popełniliśmy w

Brześciu litewskim! I dlatego uważali każdą rzeczywistą walkę przeciwko Wersalowi za złą.

W wielu przypadkach obecna była prawdziwa moralna niechęć do takiego postępowania i to

było przyczyną, dla której wstydliwy i potworny wyraz "reparacje" mógł znaleźć miejsce w

Niemczech. W moich wykładach łączyłem te dwa traktaty razem, porównując je punkt po

punkcie i demonstrując, jak prawdziwie i nadzwyczajnie ludzki był pierwszy w

przeciwieństwie do nieludzkiej okropności drugiego; rezultat był nadzwyczajny.

Jeszcze raz wielkie kłamstwo zostało wymazane z serc i umysłów publiczności

liczącej tysiące osób,

a prawda została zasiana w jego miejsce.

Te spotkania sprawiły, że powoli stawałem się mówcą na masowych spotkaniach, a

patos i gestykulacja nabyte w olbrzymich salach mieszczących tysiące ludzi stały się sprawą

mojej drugiej natury.

Nasze pierwsze spotkanie wyróżniało się tym, że były tam stoły pokryte ulotkami i

różnego rodzaju pamfletami. Ale my polegaliśmy głównie na słowie mówionym. I faktycznie

to ostatnie jest jedyną siłą, zdolną do stworzenia naprawdę wielkich rewolucji z psycho-

logicznych pobudek.

Mówca otrzymuje ciągle wskazówki od swojej widowni, pozwalające mu na poprawę

wykładów, a także może liczyć przez cały czas na poparcie swych słuchaczy w takiej mierze,

w jakiej oni ze zrozumieniem śledzą jego argumenty, oraz przekonać się, czy jego słowa

wywołują efekt, jakiego pożąda, podczas gdy pisarz nie ma żadnego bezpośredniego

kontaktu ze swoimi czytelnikami. Dlatego jest zmuszony do podjęcia dyskusji na ogólnych

warunkach i nie może przygotować swojej wypowiedzi mając na uwadze przemawianie do

określonego tłumu ludzi siedzącego przed jego oczami. Przypuśćmy, że mówca zauważy, że

jego słuchacze nie rozumieją go - czyni on swoje wyjaśnienia tak elementarnymi i jasnymi,

że każdy pojedynczy słuchacz musi to zrozumieć. Jeżeli czuje, że jest on niezdolny do

śledzenia toku jego rozumowania, rozwija swoje idee ostrożnie i powoli, dopóki najmniej

inteligentny człowiek ich nie pojmie. Znowu, kiedy odczuwa on, że słuchacze nie są

przekonani, a sam jest pewny słuszności własnych argumentów, będzie przeczytał im bez

końca najświeższe przykłady i sam wyrażał wątpliwości słuchaczy; będzie kontynuował to

tak długo, aż ostatnia grupa opozycjonistów da mu odczuć, że została przekonana jego

przedstawieniem sprawy.

Często jest to wynikiem uprzedzeń, które nie powstają ze zrozumienia, ale są

najczęściej nieświadome

i podtrzymywane przez sentyment.

Tysiąc razy trudniej jest przełamać barierę instynktownej niechęci, sentymentalnej

nienawiści i negatywnej słabości niż wyprostować opinie powstałe na skutek niewłaściwej

czy błędnej wiedzy. Ignorancję i fałszywe koncepcje można usunąć przez nauczanie,

natomiast opór wynikły z sentymentu - nigdy. Tylko apel do tych ukrytych sił może przynieść

sukces. Osiągnięcie takiego efektu jest niemożliwe dla pisarza. Poza mówcą nikt nie może

mieć nadziei na taki rezultat. Siła, która dała marksizmowi zadziwiającą moc nad masami,

nie jest wynikiem formy pracy napisanej przez żydowskich intelektualistów, ale raczej

zasługą rozległego zalewu krasomówczej propagandy, która dominowała nad masami przez

lata. Z setek tysięcy niemieckich robotników nie więcej jak setka wie o książce Marksa, która

tysiąc razy częściej była studiowana przez inteligencję, zwłaszcza przez Żydów, niż przez

prawdziwych zwolenników ruchu w niższych klasach. Ta książka nie była napisana dla nas,

ale wyłącznie dla intelektualnych przywódców żydowskiej machiny, a agitacja w celu

podbicia świata była prowadzona na podstawie różnych materiałów. To właśnie uwydatnia

różnice między marksistowską a burżuazyjną prasą, które polegały na tym, że ta pierwsza

była pisana przez agitatorów, podczas gdy burżuazyjna prasa wolała prowadzić agitację

przez swoich pisarzy. Nasza niemiecka inteligencja wykazała się głupią nieznajomością

świata uważając, że pisarz na pewno przewyższy mówcę inteligencją. Pogląd ten jest

najlepiej zilustrowany w artykule zamieszczonym w pewnej nacjonalistycznej gazecie, w

którym zostało przedstawione, jak często jednostka bywa rozczarowana przemówieniem

uznanego, wielkiego mówcy.

Przypominam sobie także artykuł, który dostał się do moich rąk w czasie wojny.

Autor wziął się za przemówienia Lloyda Georga, wówczas ministra uzbrojenia, i badał je jak

pod mikroskopem tylko po to, aby dojść do olśniewającego wniosku, że te przemówienia

pokazywały słabość inteligencji i wiedzy ich autora, były banalne i oklepane. Dostałem kilka

tych przemówień oprawionych w mały tom i śmiałem się głośno na myśl, że zwyczajny

niemiecki gryzipiórek nie zdoła dostrzec istoty tych psychologicznych arcydzieł, w zakresie

wpływania na publiczność. Facet oceniał te przemówienia jedynie przez wrażenie, jakie

robiły one na jego zblazowanym intelekcie, podczas gdy wielki brytyjski demagog był w

stanie wywrzeć świetny efekt z ich pomocą na swojej publiczności, a w najszerszym sensie

na wszystkich brytyjskich niższych klasach. Z tego punktu widzenia przemówienia

Welschmana były najwspanialszymi osiągnięciami, ponieważ dawały one dowody

zdumiewającej znajomości mentalności pospólstwa; ich drążący efekt był decydujący w

najprawdziws z y m sensie.

Porównajmy z nimi powierzchowne jąkania Bethmana Hollwega. Być może jego

przemówienia były bardziej intelektualne, ale naprawdę wykazywały jedynie brak zdolności

przemawiania tego człowieka do swojego narodu.

Lloyd George wykazał swoją bezgraniczną wyższość w stosunku do Bethmana

Hollwega przez fakt, że forma jego przemówień i wrażenie, jakie wywoływały, otwierały przed

nim serca jego ludu i sprawiały, że okazywał on aktywne posłuszeństwo jego woli. Ogromna

prymitywność tych przemówień, sposób wyrażania i proste przedstawianie kwestii, łatwość w

odbiorze są dowodami górującej zdolności politycznej Welschmana.

Masowe zgromadzenia są konieczne, ponieważ podczas uczestniczenia w nich

jednostka odczuwa potrzebę przyłączenia się do młodego ruchu i wszczyna alarm, jeżeli

pozostawi się ją samej sobie, doświadcza pierwszego wrażenia wspólnoty z większą

społecznością, a to ma wzmacniający i zachęcający wpływ na większość ludzi. Sama

poddaje się magicznym wpływom, które my nazywamy "sugestią tłumu". Pragnienia,

tęsknoty i rzeczywista siła tysięcy ludzi jest gromadzona w umyśle każdej obecnej jednostki.

Człowiek, który przychodzi na takie spotkanie z wątpliwościami i wahaniem, opuszcza je

korzystnie wzmocniony: stał się członkiem społeczności. Narodowosocjalistyczny ruch nie

może nigdy ignorować tego faktu.

ROZDZIAŁ VII

Walka z siłami czerwonych

W latach 1919-1920, a także w roku 1921 osobiście uczestniczyłem w tak zwanych

burżuazyjnych spotkaniach. Cokolwiek dowiedziałem się o tych prorokach burżuazyjnego

świata i rzeczywiście nie zdziwiłem się, gdy zrozumiałem, dlaczego oni przykładali tak małą

wagę do mówionego słowa. Uczestniczyłem także w spotkaniach demokratów, niemieckich

nacjonalistów, niemieckiej partii ludowej i bawarskiej partii ludowej (Bawarska Partia

Centrum). To, co uderzyło mnie na początku, to trwała jednomyślność publiczności. Prawie

wszyscy, którzy brali udział w takich demonstracjach, byli zwolennikami partii. Brak było

dyscypliny i w sumie wyglądało to bardziej na karciane spotkanie niż zgromadzenie ludzi,

którzy właśnie przeprowadzali rewolucję. Mówcy robili wszystko, co w ich mocy, aby

utrzymać tę pokojową atmosferę. Wygłaszali oni czy jeszcze lepiej, większość z nich czytała

przemówienia w stylu zręcznego artykułu prasowego czy też rozprawy naukowej unikając

wszelkich silnych wrażeń, tu i tam wprowadzano kiepski żart, na których w odpowiedzi

gentlemani na podium obowiązkowo parskali rubasznym śmiechem - nie głośno, lecz z

rezerwą. Po trzech kwadransach takiego zebrania, które przerywane było odgłosem kogoś

wychodzącego lub brzękiem naczyń noszonych przez kelnerkę, lub też ziewaniem wielu

osób spośród słuchaczy, cała publiczność drzemała jakby w rodzaju transu. Na zakończenie

przewodniczący nawoływał do niemieckiej patriotycznej pieśni.

Na tym spotkanie kończyło się, każdy śpieszył do wyjścia. Jeden na piwo, inny do

kawiarni, a jeszcze inny po prostu na świeże powietrze.

Narodowosocjalistyczne spotkania nie były w żaden sposób "pokojowymi". Fale

dwóch poglądów na świat ścierały się ze sobą i spotkania nie kończyły się przemielaniem

nudnej, patriotycznej pieśni, ale fanatycznymi wybuchami popularnej i nacjonalistycznej

pieśni. Od początku było ważne, aby na naszych spotkaniach wprowadzić ślepą dyscyplinę i

ustanowić całkowitą władzę przewodniczącego.

A mieliśmy na naszych spotkaniach bojowych przeciwników - zwolenników Czerwonej

Flagi. Przychodzili zawsze w zwartych grupach z kilkoma agitatorami pomiędzy sobą i na

każdej twarzy można było wyczytać: "mamy zamiar wszystko dzisiaj wygarnąć!" Zebranie

wisiało na włosku i tylko energia przewodniczącego, surowe, szorstkie traktowanie przez

naszą straż, udaremniło intencje naszych przeciwników - ci ostatni mieli powód, aby się na

nas złościć. Wybraliśmy czerwień dla naszych plakatów po dokładnym i starannym

rozważeniu. Naszą intencją było zirytowanie lewicy, doprowadzenie ich do wściekłości i

sprowokowanie do przyjścia na nasze spotkania - nie tylko w celu przekonania ich, ale

również po to, aby mieć szansę porozmawiania z nimi.

Potem nasi oponenci przystępowali do wygłaszania apeli kierowanych do

"świadomego klasowo proletariatu", aby przychodził tłumnie na nasze spotkania i uderzył

swoją "proletariacką pięścią" w "monarchistyczną, reakcyjną agitację" reprezentowaną przez

nas.

Nasze spotkania były od początku wypełnione robotnikami, jeszcze na trzy

kwadranse przed ich rozpoczęciem. Przypominały beczkę prochu gotową do wybuchu w

każdej chwili po przytknięciu zapałki. Ale zawsze było odwrotnie. Ludzie przychodzili jako

wrogowie, a odchodzili może nie przygotowani do przyłączenia się do nas, ale w każdym

razie w refleksyjnym nastroju i gotowi do krytykowania i badania zgodności naszych doktryn.

Wtedy pojawiały się słowa: "proletariusze! unikajcie spotkań nacjonalistycznych

agitatorów!" Podobnie niezdecydowaną taktykę można było obserwować w czerwonej prasie.

Ludzie stali się ciekawi naszego ruchu. Nagle zmieniła się taktyka stosowana wobec

nas i przez pewien okres byliśmy traktowani jak prawdziwi kryminaliści występujący przeciw

ludzkości. Artykuły, jeden po drugim, głosiły i demonstrowały naszą przestępczość, a

skandaliczne opowieści sfabrykowane od "a" do "z" miały dokonać tej sztuki. Ale w krótkim

okresie czasu nasi wrogowie przekonali się sami, że takie ataki nie przynoszą żadnego

efektu: faktycznie te działania rzeczywiście pomogły skoncentrować ogólną uwagę prosto na

nas.

Jedyną przyczyną, dla której nigdy nie doszło do rozpędzenia naszych spotkań, było

niewątpliwie niezwykłe tchórzostwo wykazywane przez przywódców naszych przeciwników.

We wszystkich krytycznych chwilach te nikczemne kreatury czekały na zewnątrz na rezultat

eksplozji.

W tym okresie byliśmy zmuszeni przejąć ochronę naszych spotkań we własne ręce;

nie można było nigdy liczyć na ochronę ze strony oficjalnych władz. Wprost przeciwnie -

doświadczenie wykazało, że one zawsze sprzyjały zakłócającemu elementowi. Jedynym

rzeczywistym sukcesem towarzyszącym oficjalnej akcji było rozwiązanie spotkania, czyli jego

całkowite wstrzyma.. nie, a to faktycznie było celem i przedmiotem zabiegów naszych

przeciwników, którzy przychodzili, żeby nam przeszkadzać.

Tak więc doszliśmy do przekonania, że każde nasze spotkanie, które zależy tylko od

ochrony policji, przynosi kompromitację organizatorom w oczach mas.

Bardzo często garstka stronników stawiała heroiczny opór wściekłemu i

gwałtownemu tłumowi czerwonych. Tych piętnastu czy dwudziestu mężczyzn pokonano by z

pewnością, ale reszta wiedziała dobrze, że najpierw trzy lub cztery razy więcej z nich

dostałoby po głowach, a oni nie zamierzali tym ryzykować.

Było jasne dla każdego, że rewolucja możliwa była tylko dzięki niszczycielskim

metodom burżuazji, która rządziła naszym narodem.

Nawet wtedy byłoby mnóstwo pięści gotowych do obrony niemieckiego narodu, ale

brakowało czaszek gotowych do pękania. Jak często widziałem oczy młodych ludzi

błyszczące w odpowiedzi wtedy, kiedy wyjaśniałem im istotę ich misji i zapewniałem ich bez

przerwy, że cała mądrość na tej ziemi jest niczym, o ile nie jest zastępowana i chroniona

przez siłę, że łagodne bóstwa pokoju nie mogą poruszać siły, jeżeli nie towarzyszy im bóg

wojny, i że każdy wielki akt pokoju musi być chroniony i wspomagany przez siłę. W ten

sposób idea służby wojskowej dotarła do nich w daleko bardziej żywotnej formie - jako

realizacja obowiązku każdego mężczyzny gotowego poświęcić swoje życie, by jego naród

mógł żyć wszędzie po wszystkie czasy.

Ci młodzi ludzie nie zawiedli!

Niczym rój szerszeni rzucili się na przeszkadzających mężczyzn w naszych

spotkaniach, nie zważając na przewagę liczebną, nie dbając o rany i krwawą ofiarę,

przepełnieni po brzegi wielką ideą, świętą misją, aby oczyścić drogę dla naszego Ruchu.

Już w lecie 1920 roku oddziały do utrzymania porządku zaczęły stopniowo

przyjmować określoną formę i do wiosny 1921 roku zostały one podzielone według stopni na

kompanie, które znowu zostały podzielone na mniejsze sekcje.

To było konieczne, ponieważ w tym czasie nasza działalność i częstotliwość naszych

spotkań ciągle wzrastały.

Organizacja naszych grup dla utrzymania porządku na spotkaniach posłużyła do

wyjaśnienia bardzo trudnego problemu. Do tej pory ruch nie posiadał emblematów partyjnych

i flag. Brak tych symboli był mankamentem nie tylko wtedy, także w przyszłości był nie do

pomyślenia, ponieważ członkowie partii nie mieli wyróżniających ich znaków członkostwa, a

w przyszłości brak pewnych znaków symbolizujących ruch był nie do zaakceptowania.

Co najmniej raz w mojej młodości z punktu widzenia uczuć odczułem wyraźnie

psychologiczną ważność takiego symbolu. W Berlinie, po wojnie, byłem obecny na masowej

demonstracji marksistów przed królewskim pałacem. Morze czerwonych flag, czerwonych

szarf i czerwonych kwiatów dawało zewnętrzny obraz siły temu tłumowi, który oceniłem na

około sto dwadzieścia tysięcy osób. Czułem i rozumiałem, jak łatwo człowiek na ulicy

pozostaje pod wrażeniem sugestywnej magii - takiego wspaniałego przedstawienia.

Burżuazja jako partia nie reprezentująca żadnego światopoglądu nie miała sztandaru.

Jej członkami byli "patrioci " i często pokazywali się w kolorach Rzeszy.

Czerń i biel oraz czerwień starego imperium zostały wskrzeszone przez tak zwane

narodowo-burżuazyjne partie jako ich kolory.

Jest oczywiste, że naszym symbolem w sytuacji, która mogła być zdominowana przez

marksizm w nieznanych okolicznościach, nie mógł być znak, pod którym ten sam marksizm

miał być z kolei zmiażdżony.

Jakkolwiek każdy porządny Niemiec bardzo musi kochać i czcić te stare kolory, dla

niego wspaniałe wówczas, kiedy stały ustawione jeden przy drugim w młodzieńczej

świeżości albo kiedy walczył pod nimi i widział ofiary tak wielu istnień - to flaga ta niewielką

ma wartość dla walk, które będą stoczone w przyszłości.

Z tej przyczyny my, narodowi socjaliści, uznaliśmy, że dźwiganie starego sztandaru

nie odpowiada symbolowi, który wyrażałby nasze specjalne cele, ponieważ nie mieliśmy

ochoty na wskrzeszanie zrujnowanego imperium ze wszystkimi jego wadami, lecz chcieliśmy

zbudować nowe państwo.

Ruch, który dzisiaj walczy z marksizmem, musi właśnie dlatego nosić na swych

sztandarach znak nowego państwa.

Ja sam zawsze byłem za utrzymaniem starych kolorów. Po niezliczonych próbach

zdecydowałem się na końcową formę: biały pas na czerwonym tle z czarną swastyką na

środku. Po wielu poszukiwaniach zdecydowałem się na odpowiednie proporcje pomiędzy

rozmiarami flagi i białym pasem a kształtem i grubością krzyża i taki pozostał na zawsze.

Takie same opaski zostały od razu zamówione dla członków grup utrzymujących porządek -

czerwone z białym pasem i swastyką.

Nowa flaga po raz pierwszy pojawiła się publicznie w połowie lata 1920 roku.

Dwa lata później, kiedy nasi ludzie, których liczba sięgała już wtedy kilkunastu

tysięcy, byli znaczącym oddziałem szturmowym, okazał się potrzebny organizacji walczącej

o nowy światopogląd specjalny symbol zwycięstwa - sztandar.

W tym czasie nie było w Monachium partii, sprzeciwiającej się partiom

marksistowskim, zwłaszcza nacjonalistycznej, która mogłaby pokonać masowe demonstracje

tak, jak to my robiliśmy. Piwnica Munchener Kindl, która mogła pomieścić pięć tysięcy ludzi,

była kilka razy pełna do granic możliwości i tylko do jednej sali nie zaryzykowaliśmy wejścia,

a był nią Circus Krone.

W końcu stycznia 1921 roku miało miejsce zdarzenie, które wywołało niepokoje w

Niemczech. Było nim porozumienie paryskie, na mocy którego Niemcy zostały zobowiązane

zapłacić absurdalną sumę stu miliardów marek w złocie, a które miało zostać potwierdzone

w formie ultimatum londyńskiego.

Przechodził dzień za dniem, a żadna z wielkich partii nie zwróciła uwagi na to

przerażające wydarzenie, organizacja robotnicza nie mogła zdecydować się na określenie

terminu demonstracji. We wtorek, pierwszego lutego, zażądałem ostatecznej decyzji.

Odłożono to do środy. W tym dniu zażądałem, aby jasno określono termin i miejsce

spotkania. Odpowiedź była ciągle pełna niepewności i wahań: zamierzano tego dnia zaprosić

robotników na demonstrację.

Wtedy straciłem wszelką cierpliwość i zdecydowałem, żeby przeprowadzić

demonstrację na moją własną odpowiedzialność. Do południa w środę podyktowałem w

dziesięć minut hasła na plakaty i na następny dzień - trzeciego lutego wynająłem cyrk

Korona.

W tamtych dniach było to ogromne przedsięwzięcie. Nie było pewności, czy

wypełnimy tę ogromną halę i istniało ryzyko przesunięcia terminu spotkania. Jedna rzecz

była pewna - niepowodzenie na długi czas usunęłoby nas w cień .Mieliśmy jeden dzień na

załatwienie wszystkich spraw. Na nieszczęście w czwartek rano padało i zachodziła obawa,

że wielu ludzi będzie raczej wolało pozostać w domu niż spieszyć się na spotkanie w desz-

czu i śniegu, szczególnie że można było się tam spodziewać gwałtu i morderstw.

W czwartek dwie ciężarówki, które wynająłem, zostały, jak tylko to było możliwe,

owinięte w czerwień i zatknięto na nich dwie flagi. Każda z nich przewoziła piętnastu lub

dwudziestu członków naszej partii; wydano rozkazy, aby z samochodów jadących szybko

przez ulice rozrzucać ulotki informujące o masowym spotkaniu, które miało się odbyć

wieczorem. Po raz pierwszy takie ciężarówki z flagami przejeżdżające przez ulice nie

przewoziły marksistów.

Kiedy wszedłem do wielkiej hali, poczułem tę samą radość, którą odczuwałem rok

wcześniej na pierwszym spotkaniu w hali Hofbra⎫hausfest. Dopiero, kiedy sforsowałem

drogę przez lity mur mężczyzn i wspiąłem się na podium, uświadomiłem sobie pełny rozmiar

naszego sukcesu.

Sala była wypełniona tysiącami ludzi.

Mój temat brzmiał: "Przyszłość czy upadek". Przemawiałem prawie przez dwie i pół

godziny. Moje przeczucie po pierwszej pół godzinie podpowiadało mi, że spotkanie będzie

wielkim sukcesem.

Burżuazyjna prasa donosiła o demonstracji o czysto "nacjonalistycznym" charakterze,

na swój zwykły, skromny sposób zapominając zupełnie nadmienić o jej organizatorach.

Ta demonstracja w 1921 roku sprawiła, że nasze spotkania w Monachium stały się

coraz częstsze. Przyjąłem, że będziemy odbywali je nie rzadziej niż jedno na tydzień.

Czasami dochodziło do tych spotkań masowych dwa razy w tygodniu. W połowie lata i późną

jesienią były tendencje do organizowania trzech spotkań w tygodniu. Teraz zawsze

spotykaliśmy się w cyrku Korona i stwierdziliśmy ku naszej satysfakcji, że wszystkie wieczory

były równie udane.

Rezultatem był stały wzrost szeregów ruchu.

Nasi przeciwnicy naturalnie nie zamierzali nie reagować na takie sukcesy.

Zdecydowali się więc na przeprowadzenie ostatniej próby terroru polegającej na po' psuciu

szyków naszego spotkania. Akcja miała miejsce po kilku dniach. Na ostateczne porachunki

wybrano spotkanie w sali Hofbra⎫hausfest, na którym miałem przemawiać. Pomiędzy szóstą

a siódmą wieczorem czwartego listopada 1921 roku otrzymałem pierwsze wiadomości o tym,

że spotkanie ma być definitywnie rozpędzone.

Dzięki niefortunnemu zbiegowi okoliczności nie zrozumieliśmy tego wcześniej. W tym

właśnie dniu przenosiliśmy się z naszych wspaniałych starych biur Stemackergasse do

nowych - nie opuściliśmy jeszcze starych ani też nie wprowadziliśmy się do nowych,

ponieważ ciągle jeszcze trwały w nich prace. Rezultat był taki, że porządek na spotkaniu

miała utrzymać tylko bardzo mała grupa mężczyzn - pod ręką było słabe towarzystwo około

czterdziestu sześciu mężczyzn, a alarmowe telefony nie były w stanie zwołać

wystarczających posiłków w przeciągu jednej godziny.

Wszedłem do przedsionka sali za piętnaście ósma i zorientowałem się, że nie ma

żadnych wątpliwości co do najbliższych zamierzeń naszych przeciwników. Sala była

wypełniona, a policja powstrzymywała następnych przed wejściem. Nasi wrogowie, którzy

przybyli bardzo wcześnie, byli w środku sali, a nasi przyjaciele pozostali na zewnątrz. Mała

grupa strażników czterdziestu pięciu ludzi. Wyjaśniłem tym młodym członkom, że dzisiaj

wieczorem po raz pierwszy ruch dużej sali i zwołałem będzie musiał udowodnić swoje

oddanie i wierność i że żaden z nas nie może opuścić czekała na mnie w przedsionku.

Zastałem zamknięte drzwi do sali, chyba że zostanie wyniesione martwy. Ale nie sądziłem,

że któryś z nich może mnie opuścić. Jeżeli spostrzegłbym jakiegoś mężczyznę,

zachowującego się jak tchórz, sam osobiście zdarłbym z niego opaskę i wyrzucił odznakę.

Potem zaapelowałem do nich, aby ruszyli naprzód natychmiast na pierwszy znak próby

rozbicia spotkania i pamiętali, że najlepszą formą obrony jest atak.

Odpowiedzią były trzy dźwięki, które brzmiały wścieklej i ostrzej niż kiedykolwiek

wcześniej.

Potem wszedłem do sali i sam na własne oczy zobaczyłem, jak wygląda sytuacja.

Siedzieli stłoczeni blisko siebie i próbowali przebić mnie swoim wzrokiem. Niezliczone twarze

kipiące nienawiścią były zwrócone w moją stronę, inni wydawali ryki, które oznaczały tylko

jedno - pewność, że są silniejszą stroną. I tak się też czuli.

Mimo to rozpoczęcie spotkania było możliwe, więc zacząłem przemawiać.

Po około półtorej godziny dano sygnał. Wzniesiono kilka złych okrzyków, a jakiś

mężczyzna nagle przyskoczył do krzesła i zawył: " Wolności"! Wtedy bojownicy o wolność

zaczęli swoją robotę. W kilka sekund sala wypełniła się ryczącym i wyjącym motłochem, po-

nad którym latała niezliczona ilość kufli jak pociski haubicy. Rozwalano nogi krzeseł, tłuczono

szkło na drobne kawałki, słychać było krzyki i wycia. To było szalone przedstawienie.

Wstałem z miejsca i oglądałem aktywnych, młodych członków ruchu, wykonujących

swój obowiązek.

Zaledwie zaczął się taniec, kiedy moje szturmowe oddziały, jak je zaczęto nazywać

od tego dnia, zaatakowały. Jak wilki rzucali się bez ustanku w grupach po ośmiu i dziesięciu

na wroga i zaczęli stopniowo wymiatać ich z sali. Po pięciu minutach mogłem zobaczyć

zaledwie jednego, który nie broczył krwią. Zacząłem poznawać ich jakość; na ich czele stał

mój wspaniały Maurycy Hess, obecnie mój prywatny sekretarz, i wielu innych, którzy chociaż

okropnie poranieni, kontynuowali atak tak długo, jak tylko mogli utrzymać się na nogach.

W rogu sali ciągle pozostawał broniący się wściekle tłum. Wtedy nagle oddano od

wejścia w kierunku podium dwa strzały z pistoletu i podniosła się dzika wrzawa. Czyjeś serce

prawie się uradowało na takie odrodzenie starych, wojennych wspomnień. Nie można było

rozpoznać, kto oddał strzały, ale w każdym razie zauważyłem, że moi ludzie ponowili atak ze

wzmocnionym duchem, aż w końcu ostatni zakłócający porządek zostali usunięci z sali.

To wszystko trwało około dwudziestu pięciu minut, po których zapanowaliśmy nad

sytuacją. Herman Esser, który tego wieczoru był przewodniczącym spotkania, oznajmił:

spotkanie będzie kontynuowane, niech mówca ciągnie dalej. Tak więc kontynuowałem swoje

przemówienie.

Gdy spotkanie już się kończyło, podniecony porucznik policji wbiegł nagle do sali i

zawył machając rękami: "Spotkanie jest zamknięte!" Musiałem się zaśmiać: była to

rzeczywiście oficjalna pompatyczność.

Nauczyliśmy się wiele tego wieczoru, a nasi przeciwnicy także nie zapomnieli lekcji,

którą otrzymali. Aż do jesieni 1923 roku "Munchener Post" nie wspominał w ogóle o

przejściach proletariatu.

ROZDZIAŁ VIII

Silny człowiek jest najmocniejszy, gdy jest sam

Mocny człowiek zyskuje na sile, kiedy jest samotny. Zwykły obywatel jest zadowolony

i uspokojony, kiedy słyszy, że grupy pracownicze przez połączenie się razem w związki

zawodowe odkryły element, który jednoczy je w jedno gremium i odrzuciły to, co je dzieli.

Każdy jest przekonany, że taki związek ogromnie zyskuje na sile i że dawniej słabe, małe

grupy zmieniają się dzięki temu w potęgę. A jednak jest to po większej części błędne.

Jakiś jeden człowiek głosi jakąś prawdę, apeluje o rozwiązanie pewnego problemu,

wytycza cel i tworzy ruch, który ma na celu realizację jego zamierzeń.

Jest to sposób na założenie związku lub partii, których program ma na celu zarówno

usunięcie istniejącego zła, jak i uzyskanie określonego stanu rzeczy po jakimś czasie.

Kiedy taki ruch zostanie już powołany do życia, może wtedy żądać pierwszeństwa.

Naturalnym biegiem rzeczy byłoby, aby ci wszyscy, którzy pragną walczyć o ten sam cel co

ruch, identyfikowali się z nim i przez to dodali mu siły, aby lepiej służył dążeniu.

Są dwa powody, które zmieniają bieg tych spraw.

Pierwszy z nich może być uznany za tragiczny, a drugi za godny politowania, mający

swoje oparcie w ludzkiej słabości.

Każde wielkie działanie na tym świecie jest zwykle spełnieniem pragnienia od

dłuższego czasu obecnego w milionach ludzkich serc i będącego przedmiotem powszechnej

tęsknoty.

Cechą charakterystyczną wielkich kwestii w każdym okresie jest to, że nad ich

rozwiązaniem pracują tysiące ludzi i wielu z nich wyobraża sobie, że są wybrani przez

przeznaczenie, lecz dopiero temu, który zwycięży w wolnej grze sił, będzie powierzone

zadanie rozwiązania tego problemu.

Ma to jednak swoją tragiczną stronę - ludzie ci walczą o ten sam cel zmierzając do

niego różnymi drogami. Każdy z nich prawdziwie wierzy w swoją własną misję i podąża

własną drogą całkowicie lekceważąc innych.

Nierzadko rasa ludzka zawdzięczała swoje sukcesy lekcjom wyniesionym z

niepowodzeń poprzedników. Widzimy w historii, że dwie drogi postępowania, które w tym

samym czasie prawdopodobnie rozwiązałyby niemiecki problem, a których głównymi

przedstawicielami i mistrzami były Austria i Prusy, Habsburgowie i Hohenzolernowie -

powinny biegnąć od początku razem; cała reszta, zgodnie z ich opiniami, powinna powierzyć

swoje połączone siły jednej lub drugiej stronie. Wtedy droga tego, który okazał się być

bardziej wartościowym, stałaby się jedyną, którą należałoby podążać, a austriacka metoda

nigdy nie doprowadziłaby do niemieckiego cesarstwa.

W końcu to cesarstwo, silne w niemieckiej jedności, powstało z tego, co miliony

Niemców odczuwały w swoich sercach jako najokropniejszy znak konfliktu między braćmi;

dla niemieckiej cesarskiej korony odniesiono zwycięstwo w rzeczywistości na polu bitwy pod

Koniggrate, a nie w walkach dookoła Paryża, jak powszechnie utrzymywano. Powstanie

Cesarstwa Niemieckiego nie było rezultatem żadnego wspólnego pragnienia, wynikłego ze

wspólnych metod, ale raczej wynikiem przemyślanej walki o hegemonię, z której to walki

zwycięskie wyszły Prusy.

Dlatego nie ma czego żałować, jeżeli duża liczba ludzi chce uzyskać ten sam cel:

zwycięża wtedy bardziej bystry i silny człowiek.

Drugi powód nie jest tragiczny, ale godny politowania. Wynika on ze wspomnianej

mieszaniny zawiści, chciwości, ambicji i gotowości do kradzieży, która niestety pojawia się -

często połączona ze sprawami interesującymi ludzkość.

Od chwili, w której nasz ruch zaczął działać i przyjął swój własny, indywidualny

program, przychodzą ludzie twierdzący, że walczą o ten sam cel. Nie oznacza to, że oni

zamierzają uczciwie zająć swoje miejsce w szeregach ruchu i w ten sposób uznać jego

prawo pierwszeństwa, ale to, że chcą okraść jego program i utworzyć nową, opartą na nim

partię.

Powstanie całej liczby nowych grup, partii itp. nazywających siebie

"nacjonalistycznymi" w latach 1918-1919 było naturalnym rozwojem i odbyło się bez zasług

ich twórców. Do 1920 roku Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotnicza stopniowo

zaczęła się wyłaniać jako zwycięska partia. Nic tak doskonale nie dowodzi prawdziwej

szczerości pewnych indywidualnych założycieli jak fakt, że kilkunastu z nich zdecydowało się

z godną podziwu szybkością poświęcić swój własny, oczywiście mniej popularny ruch, to

znaczy zakończyć jego działalność i przyłączyć go bezwarunkowo do ruchu silniejszego.

Przypadek ten dotyczył szczególnie protagonisty Niemieckiej Partii Socjalistycznej w

Nurembergu Julian a Streichera. Dwie partie rozpoczęły działalność z podobnymi celami -

ale poza tym były całkowicie niezależne jedna od drugiej. Jakkolwiek Streicher zaraz, gdy

tylko przekonał się wyraźnie i bezspornie o przeważającej sile i większym wzroście

liczebnym Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotnicze), przestał pracować dla

Niemieckiej Partii Socjalistycznej i zaapelował do swoich zwolenników, aby stanęli w jednym

szeregu z Narodowosocjalistyczną Niemiecką Partią Robotniczą, która wyszła zwycięsko ze

współzawodnictwa i połączyli się z nią w celu kontynuowania walki o wspólną sprawę.

Decyzja wysoko chwalebna, ale trudna dla niego jako mężczyzny.

Nigdy nie można zapomnieć, że żadne naprawdę wielkie cele nie były osiągnięte

przez koalicje, ale powstały one z powodu sukcesu jednego, pojedynczego człowieka.

Zwycięstwa osiągnięte przez koalicję, dzięki naturze ich źródła, zawierają od samego

początku nasiona przyszłego rozkładu i tracą w rzeczywistości to, co było wcześniej zdobyte.

Wielkie przemiany myśli, które rzeczywiście rewolucjonizują świat, są wynikiem tytanicznych

walk prowadzonych przez indywidualne siły - nigdy przedsięwzięć prowadzonych przez koa-

licję.

Dlatego nigdy narodowe państwo nie będzie stworzone przez niepewną wolę

nacjonalistycznego związku robotników, lecz tylko przez nieugiętą siłę woli jednego ruchu,

który po pokonaniu wszystkich pozostałych zwycięży.

ROZDZIAŁ IX

Myśli na temat znaczenia i organizacji socjalistycznych robotników

Siła starego państwa spoczywała na trzech filarach: monarchistycznym kształcie

państwa, organach administracyjnych i armii. Rewolucja I 9 I 8 roku zniszczyła tę formę

państwa, zdezorganizowała armię i doprowadziła organy administracyjne do częściowej

korupcji.

Tak więc niezbędne podpory władzy państwowej zostały wycięte. Władza

uzależniona jest zawsze od trzech elementów, które zasadniczo leżą u jej podstawy.

Pierwszym stałym czynnikiem niezbędnym dla władzy jest poparcie społeczne. Ale

władza, opierająca się tylko na tym fundamencie, jest niezwykle słaba, nietrwała i chwiejąca

się. Drugim elementem wszelkiej władzy jest niewątpliwie siła. Jeżeli poparcie społeczne i

siła są połączone i mogą przetrwać przez pewien okres w zgodzie, to władza może się wtedy

oprzeć nawet na trwalszym podłożu - na autorytecie tradycji. Jeżeli zdarzy się, że poparcie

społeczne, moc i autorytet tradycji się zjednoczą, wówczas władza może być uważana za

trwałą.

Jest godnym uwagi, że średnia klasa, tak chciałbym nazwać masy ludzi - nigdy nie

dochodzi do znaczenia, z wyjątkiem sytuacji, w której dwie przeciwne klasy ścierają się w

konflikcie i jedna z nich zwycięży - oni zawsze chętnie poddają się zwycięzcy. Jeżeli najlepsi

ludzie osiągną dominację, masy pójdą za nimi, jeżeli na szczycie staną najgorsi, masy nie

uczynią żadnej próby, aby przeciwstawić się im, ponieważ średnie masy nie będą nigdy

walczyć.

W końcu wojny byliśmy świadkami następującego widowiska: wielka średnia warstwa

narodu kierująca się poczuciem obowiązku zapłaciła swoją krwią; skrajna ~ grupa

najlepszych ludzi poświęciła się z typowym dla człowieka bohaterstwem; radykalna,

najgorsza, chroniona przez bzdurne prawa i przez zaniedbanie w stosowaniu prawa wojny -

utrzymała się przy życiu.

Ta starannie zachowana szumowina naszego narodu przeprowadziła później

rewolucję. Tylko ona mogła dokonać tego, ponieważ ci najlepsi nie mogli się dłużej

przeciwstawiać. Przecież większość z nich poległa w bitwach.

Ci marksistowscy korsarze nie mogli polegać dalej wyłącznie na poparciu społecznym

dla ich autorytetu. A jednak młoda republika potrzebowała go za wszelką cenę, chociaż oni

nie mieli ochoty na to, by po krótkim okresie chaosu zostać zgniecionymi przez siły złożone z

pozostałości najlepszego elementu w naszym narodzie.

Element, który zapewnił schronienie rewolucyjnym ideom i przeprowadził rewolucję,

ani nie mógł, ani też nie był gotowy wezwać żołnierzy, aby go ochraniali. To, czego pragnął

ten element, to nie zorganizowanie państwa, ale zdezorganizowanie tego, co jeszcze istnia-

ło; takie działanie najlepiej odpowiadało jego instynktom. J ego hasłem nie był ład i budowa

Republiki Niemieckiej, ale raczej jej ograbienie.

Wtedy pojawiła się po raz pierwszy duża liczba gotowych do służby, chcących pokoju

i porządku młodych Niemców, którzy postanowili przywdziać znowu tunikę żołnierską, wziąć

na swoje ramię karabiny, nałożyć stalowe hełmy, aby pójść walczyć przeciwko burzycielom

ich ojczyzny. Przystąpili do pracy zorganizowani w grupy ochotników, by przez cały czas

rewolucji bronić ojczyzny i umacniać ją w praktyce. Działali w dobrej wierze.

Prawdziwi organizatorzy rewolucji i jej ówczesny przywódca - pociągający za sznurki

międzynarodowy Żyd, właściwie ocenili sytuację. Nie nadszedł jeszcze czas zepchnięcia

narodu niemieckiego w krwawe bagno bolszewizmu, jak to się stało w Rosji. Pytanie brzmia-

ło: jak się zachowają oddziały z frontu? Czy zniosą to ludzie w szarych mundurach

polowych?

Podczas tych tygodni rewolucja w Niemczech była przynajmniej zmuszona sprawiać

wrażenie radykalnego umiarkowania, jeżeli nie chciała ryzykować rozniesieniem na kawałki

przez dwie lub trzy niemieckie dywizje. Bo gdyby przynajmniej jeden dowódca dywizji zde-

cydował się wtedy z udziałem oddanych mu żołnierzy ściągnąć czerwoną flagę i postawić

"rady" pod murem lub złamać każdy opór miotaczem min i ręcznymi granatami, to w czasie

krótszym niż jeden miesiąc ta dywizja mogłaby się powiększyć do armii składającej się z

sześciu dywizji. To właśnie przerażało Żyda pociągającego za sznurki, bardziej niż inne

przeciwności.

Rewolucja jednak nie została przeprowadzona przez siły pokoju i porządku, ale przez

siły wszczynające bunt, rozboje i uprawiające grabież. I dalszy rozwój rewolucji nie był

zgodny z wolą jej przywódców, i nie można było jej przebiegu wytłumaczyć tylko taktycznymi

powodami ani uczynić przyjemną dla nich.

Kiedy socjaldemokracja stopniowo odzyskiwała siły, ten ruch coraz bardziej tracił

charakter rewolucyjnej, brutalnej przemocy.

Zanim skończyła się wojna, w tym samym czasie, gdy Partia Socjaldemokratyczna

zawdzięczająca swój charakter bezczynności mas zawiesiła jakby ołowiany ciężar na szyi

obrony narodowej, ujawniono radykalno-aktywistyczne elementy i formowano je w nowe i

agresywne kolumny ataku.

Były to: Niezależna Partia i Związek Spartakusa, szturmowe bataliony rewolucyjnego

marksizmu. Ale kiedy armia powracająca z frontu pojawiła się niczym próżny sfinks, trzeba

było złagodzić narodowy bieg rewolucji. Główna grupa socjaldemokratycznego tłumu

ubezpieczyła zdobyte pozycje, a Niezależni Spartanie zostali zepchnięci na jedną stronę. Nie

przeszło to bez walki. Zmiana dokonała się dopiero po pojawieniu się dwóch obozów obok

siebie: partii pokoju i porządku oraz grupy krwawego terroru.

Czy nie było to całkowicie naturalne, że burżuazja z powiewającymi flagami udała się

do obozu pokoju i porządku?

Wynik był taki, że wrogowie republiki zaprzestali walki przeciwko niej i pomogli

ujarzmić tych, którzy sami także byli wrogami republiki, lecz z bardzo różnych powodów.

Dalszym rezultatem było zażegnanie i udaremnienie walki przeciwko nowemu państwu przez

stronników starego porządku.

Jeżeli zastanowimy się, dlaczego rewolucja mogła całkiem niezależnie od wad

starego państwa, które ją wywołały, zakończyć się powodzeniem w decydującym momencie,

stwierdzimy, że była ona wynikiem:

1) złagodzenia naszych koncepcji obowiązku i posłuszeństwa,

2) bojaźliwej pasywności partii, które miały podtrzymywać państwo.

Pierwsza przyczyna wynikała w gruncie rzeczy z naszej całkowicie nienarodowej i

czysto państwowej edukacji. Stąd wyszła błędna koncepcja środków i celów. Świadome

wypełnianie obowiązku i posłuszeństwo nie są celami samymi w sobie, tak samo jak

państwo nie jest celem samym w sobie, ale właśnie wszystkie one powinny być środkami dla

umożliwienia i zagwarantowania egzystencji społeczeństwa prowadzącego życie duchowo i

fizycznie podobne.

Rewolucja powiodła się, ponieważ nasi ludzie czy raczej nasze rządy straciły całe

zaangażowanie dla tych koncepcji, co uczyniło je słabymi, formalnymi i doktrynalnymi.

Co się tyczy drugiego punktu, partie burżuazyjne, będące jedynymi politycznymi

formacjami istniejącymi przed starym państwem, były przekonane, że mogą przekonywać do

swoich poglądów jedynie intelektualnymi metodami, ponieważ fizyczne metody

zarezerwowane są tylko dla państwa. Było to bezsensowne, ponieważ polityczny przeciwnik

dawno porzucił ten punkt widzenia i deklarował z całkowitą otwartością możliwość osiąg-

nięcia swoich politycznych celów przy pomocy siły.

Polityczny program burżuazyjnych partii opierał się na przeszłości do tego stopnia,

że był nie do pogodzenia ze sprawami nowego państwa, jakkolwiek celem tych partii był

udział - o ile byłoby to możliwe w nowej rzeczywistości politycznej. Ale ich jedyną bronią były,

tak jak przedtem, słowa, i tylko słowa.

Jedynymi organizacjami, które w tym czasie miały siłę i odwagę przeciwstawić się

marksizmowi i masom, które on podburzał, był Wolny Korpus, następnie organizacje

samoobrony i Einwohnerwehr, a w końcu związki broniące tradycji.

Sukces marksizmu narodził się z wzajemnego oddziaływania politycznej determinacji

i bezlitosnej siły. Tym, co obrabowało nacjonalistyczne Niemcy z każdej praktycznie nadziei

kształtowania niemieckiego rozwoju, był brak określonej współpracy bezwzględnej siły z

polityczną inspiracją.

Wszystkie inspiracje "nacjonalistyczne" tych partii były za słabe, aby uzyskać

poparcie przez walkę, a już z pewnością nie na ulicach. Całą siłę skupiały stowarzyszenia

obronne i panowały na ulicach, ale brakowało im politycznych idei czy celów, dla których ich

moc mogłaby zostać użyta z korzyścią dla nacjonalistycznych Niemiec.

Jedynie Żyd odnosił błyskotliwy "sukces w szerzeniu koncepcji o niepolitycznym

charakterze" stowarzyszeń obronnych w swojej prasie tak, jak w polityce zawsze sprytnie

podkreślał "czysto intelektualny" charakter walki. Siły rewolucyjne nie miały szans na zbu-

dowanie nowej tradycji. W rzeczywistości autorytet tradycji już nie istniał. Rozpad starego

imperium i zniszczenie symboli jego poprzedniej świetności gwałtownie rozdarły tradycję, co

było ciężkim ciosem dla władzy państwowej .

Drugi filar autorytetu państwa - siła - też nie istniał. Aby rewolucja odniosła całkowity

sukces, zdezorganizowano siłę i moc państwa, to znaczy jego armii: mało tego, jej

przywódcy nawet zostali zobowiązani do użycia obdartych okruchów armii, jako siły wal-

czącej na rzecz rewolucji. Władza nie mogła w żaden sposób szukać poparcia w tych

buntowniczych tłumach żołnierzy, traktujących służbę wojskową jako ośmiogodzinny dzień

pracy. W ten sposób drugi element zapewniający bezpieczeństwo władzy został odebrany i

rewolucja aktualnie nie posiadała żadnego, poza prawdziwym społecznym poparciem, z

którym chciała zbudować swój autorytet.

Każdy naród można podzielić na trzy klasy: na jednym końcu będą najlepsi ludzie

narodu, dobrzy w sensie każdej cechy i szczególnie cenieni za odwagę i gotowość

poświęcania się, na drugim końcu najgorsze męty ludzkości, złe w sensie samolubstwa i

zdeprawowania.

Pomiędzy tymi dwoma skrajnościami znajduje się trzecia klasa, szeroka średnia warstwa, w

której nie ma ducha ani dla dobrego, ani dla złego.

Brak nowej i wielkiej idei we wszystkich czasach oznacza brak walczącej siły.

Przekonanie, że istnieje prawo do użycia ,broni nawet najbardziej brutalnej, zawsze idzie w

parze z fanatyczną wiarą, że nowy i zrewolucjonizowany porządek musi zwyciężyć na

świecie.

Ruch, któremu nie udaje się walczyć o takie wzniosłe ideały i cele, nigdy nie będzie

konsekwentny.

Rewolucja francuska odkryła sekret sukcesu w stworzeniu nowej, wielkiej idei. To

samo było z rewolucją rosyjską, a faszyzm czerpał swoją siłę jedynie z idei

podporządkowania całego narodu procesowi całkowitej odnowy z bardzo dobrymi wynikami

dla tego narodu.

Kiedy Reichswehra została sformowana i skonsolidowana, marksizm stopniowo

odzyskiwał siłę konieczną dla poparcia swojej władzy: zaczął konsekwentnie od odrzucenia

niebezpiecznie wyglądających nacjonalistycznych stowarzyszeń obronnych, opierając się na

założeniu, że są już niepotrzebne.

Utworzenie Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotniczej było pierwszym

znakiem ruchu, który nie dążył tak jak partie burżuazyjne do mechanicznego odtworzenia

przeszłości, ale żądał utworzenia organicznie nacjonalistycznego państwa w miejsce

obecnego, bezsensownego mechanizmu państwowego. Dzięki swojemu przekonaniu o

fundamentalnej ważności nowej doktryny - młody ruch naturalnie uważał, że należy ponieść

każdą ofiarę, aby osiągnąć ten cel.

Zdarzało się w historii świata, że okres terroru oparty na teorii światopoglądowej nie

był przerwany przez zmianę rządów, ale torował drogę do nowej, innej teorii

światopoglądowej, równie śmiałej i zdeterminowanej. To może ranić uczucia przywódców

krajów pełniących oficjalne stanowiska, ale me zmieni to faktów.

Państwo jest opanowane przez marksizm. Wiedząc, że poddało się bezwarunkowo

marksizmowi dziewiątego listopada 1918 roku, musimy zdawać sobie sprawę, że nie

powstanie ono nagle jutro, aby go pokonać; i.:) . wprost przeciwnie - burżuazyjne prostaczki,

które zajmują ministerialne fotele, już paplają o konieczności niepodejmowania akcji

przeciwko robotnikom i pokazują, że dzięki "robotnikom" oni rozumieją marksizm.

Opisałem już historię utworzenia dla praktycznych celów naszego młodego ruchu

zespołu służącego ochronie spotkań i przyjmowaniu stopniowo przez niego charakteru

trzonu oddziałów utrzymujących porządek, a który niecierpliwie oczekiwał na zmianę kształtu

organizacyjnego.

W tym czasie grono to pełniło funkcję straży na spotkaniach. Jego pierwsze zadania

były ograniczone do umożliwienia spotkań, które w przeciwnym razie byłyby przerywane

przez naszych oponentów. Ci mężczyźni byli przygotowywani do ataku nie dlatego, żeby ich

ideałem była gumowa pałka, jak głosiły to niemądre niemieckie nacjonalistyczne koła, ale

dlatego, że zdawali sobie sprawę, iż nie ma szans na realizację ideałów, jeżeli ich obrońca

został zdzielony jedną z nich: rzeczywiście nierzadko zdarzało się w historii, że najwięksi

przywódcy kończyli z ręki jakiegoś nieznaczącego niewolnika. Członkowie naszych

oddziałów nie uważali przemocy za swój cel, pragnęli tylko bronić tych, którzy głosili wielkie,

szczytne ideały opanowania przez przemoc. Zdawali sobie sprawę, że nie było ich

obowiązkiem bronić państwa, które nie chroniło narodu, ale byli wszędzie, gdzie trzeba było

bronić naród przed tymi, którzy grozili zniszczeniem i narodu, i państwa. Szturmowy oddział

- jak ich nazwano - jest niczym innym, jak tylko jedną z sekcji ruchu, podobnie jak

propaganda, prasa, instytut naukowy itp., są po prostu sekcjami Partii.

Idea, będąca podstawą utworzenia oddziału szturmowego, łącznie z intensywnym

treningiem cielesnym zmierzała do przekształcenia go w całkowicie przekonanego obrońcę

narodowosocjalistycznej idei i do doskonalenia jego dyscypliny.

Nie miał on nic wspólnego z żadną organizacją obronną w pojęciu burżuazyjnym ani

z żadną tajną organizacją. Miałem ważny powód, aby zabezpieczyć się w tym czasie przed

przekształceniem oddziału szturmowego Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii

Robotniczej w tak zwane stowarzyszenie obronne. Obrona narodu nie może być

przeprowadzona przez prywatne stowarzyszenie obronne, jeżeli nie jest popierana przez

wszystkie siły w państwie. Zupełnie nie może wchodzić w rachubę tworzenie organizacji po-

zbawionej militarnej wartości dla określonego celu, opierającej się tylko na tak zwanej

"ochotniczej dyscyplinie". Brakowało podstawy dyscypliny wymuszającej wykonywanie

rozkazów, a mianowicie możliwości wymierzania kar. Na wiosnę 1919 roku już było możliwe

utworzenie "ochotniczych oddziałów", ponieważ większość mężczyzn walczyła na froncie i

przeszła przez szkołę starej armii. Tego ducha całkowicie brakuje w organizacjach

obronnych dzisiaj.

Nawet jeśli przyjąć, że mimo wszystkich trudności, powiodło się niektórym

stowarzyszeniom przemienić określoną liczbę Niemców w mężczyzn, wiernych w

sentymencie i sprawnych w ćwiczeniach cielesnych i wojskowych, wynik i tak musi być

zerowy w państwie, które nie pragnie utworzenia takiej siły i które faktycznie nie znosi idei,

ponieważ jest ona zwykle niezgodna ze skrytymi celami jego przywódców sprzedawczyków

państwa.

Dzisiaj ma miejsce taki przypadek. Czyż nie jest absurdalne zadanie rządu

polegające na wyszkoleniu dziesięciu tysięcy mężczyzn w specjalny sposób, skoro kilka lat

wcześniej to samo państwo niegodziwie poświęciło osiem i pół miliona wysoko wyszkolonych

żołnierzy i nie tylko nie miało planów dotyczących ich dalszego wykorzystania, ale na znak

wdzięczności dla ich poświęceń wystawiło ich na światową nienawiść?

Czy oczekuje się, że żołnierze będą szkoleni dla reżimu, który oczernił i splunął na

najwspanialszych żołnierzy, zdarł ich medale i odznaczenia, podeptał ich sztandary i odrzucił

z pogardą ich osiągnięcia? Czy ten reżim państwowy kiedykolwiek uczynił jakiś krok w

kierunku zwrócenia honoru starej armii lub w kierunku postawienia do odpowiedzialności

tych, którzy ją zniszczyli i zelżyli? Ani jednego kroku! Wprost przeciwnie, tych ostatnich

można zobaczyć na najwyższych stanowiskach w państwie. I jeszcze powiedzieli w Lipsku:

"Prawo idzie z siłą". Ponieważ jednak siła dzisiaj jest w rękach tych ludzi, którzy wzniecili

rewolucję, a ta rewolucja uosabia najnikczemniejszą zdradę kraju, najbardziej łajdacki akt w

całej niemieckiej historii, nie będzie z pewnością powodu, dla którego siła tego rządu

powinna być wzmocniona przez utworzenie młodej, nowej armii. Sprzeciwia się temu całe

sensowne rozumowanie.

Jeżeli państwo w obecnym kształcie przyjęłoby system wyszkolonych band

obronnych, to on nigdy nie mógłby być zastosowany do obrony narodowych interesów poza

krajem, ale mógłby być użyty wewnątrz kraju dla chronienia ciemiężców narodu przed

gniewem zdradzonego i przehandlowanego narodu, który mógłby pewnego dnia powstać w

gniewie.

Z tego powodu nie pozwolono naszym szturmowym oddziałom mieć cokolwiek

wspólnego z wojskową organizacją. Były one jedynie instrumentem służącym chronieniu i

szkoleniu Narodowosocjalistycznego Ruchu i ich zadania zmierzały w całkiem innym

kierunku, niż tego tak zwanego Obronnego Stowarzyszenia.

Nie reprezentowały także tajnej organizacji. Cele tajnych organizacji mogą być tylko

nielegalne.

To, czego potrzebowaliśmy wtedy i potrzebujemy teraz, to nie setka czy dwie

upartych konspiratorów, ale setki tysięcy i powtórnie setki tysięcy fanatycznych bojowników o

nasz światopogląd.

Praca ta musi być wykonana nie na tajnych zebraniach, ale przez mocne, masowe

uderzenie. Droga dla ruchu nie może być oczyszczona za pomocą sztyletu, trucizny czy

pistoletu, ale przez zdobycie człowieka z ulicy.

Musimy zniszczyć marksizm tak, aby uzyskana w przyszłości kontrola ulicy spoczęła

w rękach narodowego socjalizmu.

Tajna organizacja niesie z sobą jeszcze inne niebezpieczeństwo: jej członkowie

często nie potrafią całkowicie zrozumieć wielkości zadania i są skłonni wyobrażać sobie, że

sukces narodowej sprawy może być zagwarantowany całkowicie i natychmiast za pomocą

pojedynczego morderstwa. Taka myśl może znaleźć historyczne usprawiedliwienie w tych

przypadkach, w których cierpienia narodu spowodowane były tyranią niektórych

utalentowanych ciemiężców.

W latach 1919 i 1920 istniało niebezpieczeństwo, że członkowie tajnych organizacji,

zachęceni przez wielkie przykłady w historii i porwani przez ogrom nieszczęścia narodu,

mogą próbować wziąć odwet na sprzedawczykach kraju, wierząc, że w ten sposób położą

kres nieszczęściu narodu. Wszystkie takie próby były czystym szaleństwem, ponieważ

zwycięstwo marksistowskie nie było wynikiem nadzwyczajnego geniuszu jakiegoś wybitnego

indywidualnego przywódcy, ale bezmiernej nieudolności i tchórzostwa burżuazyjnego świata.

Jeżeli zatem oddział szturmowy nie może być ani militarną organizacją, ani tajnym

stowarzyszeniem, musi być rozwinięty według następujących zasad:

1. Jego szkolenie nie może być przeprowadzone na zasadach wojskowych, ale pod

kątem tego, co jest korzystne dla partii. Rozumiejąc, że członkowie jego oddziałów muszą

być sprawni fizycznie, należy przywiązywać wagę nie do musztry, ale do ćwiczeń

sportowych. ja zawsze uważałem boks i ju-jitsu za bardziej ważne niż mierne ćwiczenia w

strzelaniu.

2. Aby powstrzymać oddział szturmowy przed przyjmowaniem jakiegokolwiek

charakteru tajności, jego ubiór musi być powszechnie rozpoznawany, znaczenie jego pozycji

powinno mu wskazywać drogę najbardziej użyteczną dla ruchu i ta droga musi być

powszechnie znana. Jemu nie wolno działać za pomocą tajnych Środków.

3. Budowa i organizacja oddziału szturmowego nie może być kopią starej armii, ubiór

i wyposażenie musi być dobrane tak, aby odpowiadało zadaniom, jakie on ma przed sobą.

Były trzy wydarzenia, które wywarły wpływ na późniejszy rozwój oddziału

szturmowego.

1. Wielka powszechna demonstracja zorganizowana przez wszystkie patriotyczne

towarzystwa późnym latem 1922 roku na Konigsplatz w Monachium przeciwko prawu do

obrony Republiki. Pochód partii, w którym narodowosocjalistyczny ruch wziął udział, był pro-

wadzony przez sześć kompanii z Monachium, po których następowały sekcje partii

politycznej. Ja sam osobiście miałem zaszczyt przemawiać do tłumu, który liczył około

sześćdziesięciu tysięcy ludzi, jako jeden z mówców. Przygotowania zostały uwieńczone

ogromnym sukcesem, ponieważ pomimo wszystkich gróźb ze strony czerwonych

udowodniono po raz pierwszy, że nacjonalistyczne Monachium było zdolne maszerować

ulicami.

2. Wyprawa do Coburgu w październiku 1922 roku. Pewne "nacjonalistyczne"

towarzystwa zdecydowały, aby odbyć "Niemiecki Dzień" w Coburgu. Zostałem zaproszony

do wzięcia udziału, z rekomendacją, aby przyprowadzić kilku swoich przyjaciół ze sobą.

Zabrałem ośmiu mężczyzn z oddziału szturmowego, żeby pojechali ze mną specjalnym

pociągiem do tego miasta, które stało się częścią Bawarii.

Na stacji w Coburgu zostaliśmy powitani przez delegację organizatorów

"Niemieckiego Dnia", którzy oświadczyli, że ustalono - na polecenie miejscowych związków

zawodowych, tj. Niezależnej i Komunistycznej Partii - że nie powinniśmy wchodzić do miasta

z powiewającymi flagami i grającą orkiestrą (mieliśmy orkiestrę składającą się z czterdziestu

dwóch muzyków) i nie powinniśmy maszerować w zwartych szeregach.

Odrzuciłem te skandaliczne warunki natychmiast i nie omieszkałem wyrazić tym

gentlemanom, którzy zorganizowali ten dzień, mojego zdziwienia z faktu negocjowania i

szukania porozumienia z takimi ludźmi i oświadczyłem, że oddział szturmowy będzie natych-

miast maszerował w szyku kompanii do miasta z powiewającymi flagami i orkiestrą.

Na dziedzińcu stacyjnym zostaliśmy powitani przez wrzeszczący tłum, liczący wiele

tysięcy ludzi. "Mordercy, "bandyci", "zbóje", "kryminaliści" - były pieszczotliwymi epitetami,

którymi ci wzorowi założyciele Republiki Niemieckiej obsypywali nas. Młody oddział

szturmowy utrzymywał doskonały porządek. Przemaszerowaliśmy na dziedziniec

Hofbrauhausheller w centrum miasta. Aby zapobiec podążaniu tłumu za nami, policja

zamknęła bramy dziedzińca. Jako że było to nie do zniesienia, zażądałem, aby policja

otworzyła bramy. Po długim wahaniu wyrazili zgodę. Przemaszerowaliśmy z powrotem przez

ulicę, doszliśmy do naszych kwater i tam w końcu stanęliśmy naprzeciw tłumu.

Przedstawiciele prawdziwego socjalizmu, równości i braterstwa zabrali się do rzucania

kamieniami. Nasza cierpliwość wyczerpała się i uderzaliśmy w prawo i w lewo przez dziesięć

minut. K wad ran s później nie można było już zobaczyć czerwonych na ulicach.

Do ponownych starć doszło podczas nocy. Patrole oddziału szturmowego

przychodziły z pomocą narodowym socjalistom, którzy byli atakowani pojedynczo i

znajdowali się w opłakanym stanie. Z wrogiem rozprawiono się szybko. Do następnego

ranka czerwony terror, pod którym Coburg znajdował się przez lata, został złamany.

Następnego dnia wymaszerowaliśmy na plac, gdzie oznajmiono, że ma się odbyć

demonstracja dziesięciu tysięcy "robotników". Zamiast jednak dziesięciu tysięcy, jak

głoszono, obecnych było tylko kilkuset, którzy zachowywali się cicho, kiedy zbliżaliśmy się.

Tu i tam grupy czerwonych złożone z tych, którzy doszli z zewnątrz i jeszcze nas nie

znali, próbowały wzniecić sprzeczki, ale szybko straciły na to ochotę. Stało się oczywiste, że

ludność, która przez długi okres czasu była okropnie zastraszana, teraz powoli budziła się i

nabierała odwagi, aby nas pozdrawiać okrzykami, a kiedy odjeżdżaliśmy wieczorem,

pozdrawiano nas spontanicznie.

Nasze doświadczenia w Coburgu wykazały, jak zasadniczą sprawą jest

wprowadzenie stałego umundurowania dla oddziału szturmowego, nie tylko w celu

wzmocnienia "ducha ciała", ale także, aby uniknąć zamieszania i pomyłek w rozpoznawaniu

ludzi występujących przeciwko niemu. Do tego czasu oddział szturmowy nosił tylko opaski,

ale od tej chwili dodano koszule i dobre, znane czapki.

Nauczyliśmy się także, jak ważne jest występowanie według regularnego planu we

wszystkich miejscach, w których czerwony terror od wielu lat powstrzymywał od odbywania

jakichkolwiek spotkań tych, którzy myśleli inaczej, i ustanowienie wolności zgromadzeń.

3. W marcu 1923 roku miało miejsce wydarzenie, które zmusiło mnie do zmiany trybu

postępowania ruchu i wprowadzenia reorganizacji. We wczesnym okresie tego roku Ruhra

była okupowana przez Francuzów i miało to odpowiednio wielkie znaczenie w rozwoju

oddziału szturmowego. .

Okupacja Ruhry, która nie była dla nas zaskoczeniem, rozbudziła nadzieję na

zakończenie naszej tchórzliwej polityki poddania i na wykorzystanie obronnych

stowarzyszeń. Podobnie było z oddziałem szturmowym, który skupiał kilkanaście tysięcy

silnych, młodych mężczyzn i nie powinien być pozbawiony udziału w narodowej służbie. W

ciągu wiosny i lata 1923 roku przekształcił się on w walczącą wojskową organizację. Od tego

w większej części zależał później s z y , dotyczący naszego ruchu rozwój wydarzeń podczas

tego roku.

Na pierwszy rzut oka wydarzenia końca 1923 roku mogły napawać wstrętem, lecz

kiedy patrzyło się na nie z wyższej płaszczyzny, trzeba było uznać je za konieczne,

ponieważ zakończyły one za jednym zamachem przekształcanie się oddziału szturmowego,

który obecnie szkodzi ruchowi. W tym samym czasie wydarzenia te otworzyły możliwość

zrekonstruowania spraw, dla których zmieniliśmy wcześniej obrany kurs.

W 1925 roku Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotnicza została powtórnie

założona i musi ona zrekonstruować i zorganizować swój oddział szturmowy na zasadach

wspomnianych na początku. Musi powrócić do pierwotnych, zdrowych zasad i musi uważać

za swój najwyższy obowiązek przekształcenie oddziału szturmowego w narzędzie służące

obronie i wzmocnieniu walki o światową teorię ruchu.

Nie można pozwolić, aby oddział szturmowy zszedł do poziomu tajnej organizacji:

trzeba raczej podjąć kroki, aby uczynić z niego strażnika stu tysięcy mężczyzn dla

narodowosocjalistycznej, a przez to głęboko nacjonalistycznej idei.

ROZDZIAŁ X

Pozorny federalizm

Zimą 1919 roku, a jeszcze bardziej na wiosnę i latem 1920 roku młoda partia została

zobowiązana do zajęcia stanowiska w kwestii, która pozostawała ważna nawet podczas

wojny. W poprzednim rozdziale krótko opisałem zauważone przeze mnie oznaki groźby

upadku Niemiec, ze szczególnym uwzględnieniem systemu propagandy prowadzonej przez

Anglików, a także Francuzów, stawiającej sobie za cel rozszerzenie starej szczeliny

pomiędzy północą a południem Niemiec.

Na wiosnę 1915 roku po raz pierwszy pojawił się, uważany za jedyną przyczynę

wojny, cykl artykułów i ulotek przeciwko Prusom. Był on rozwijany i doskonalony w

przebiegły i niegodziwy sposób aż do 1918 roku. Liczono na najniższe instynkty ludności i

zaczęto podburzanie Niemców z południa przeciwko Niemcom z północy. Na owoce tej

agitacji nie trzeba było długo czekać. Można wiele zarzucić przywódcom zarówno w rządzie,

jak i w armii (szczególnie armii bawarskiej); nie mogą oni zrzucić z siebie winy za

niepowodzenia, za kryminalną ślepotę i niedbalstwo oraz za brak odpowiedniej determinacji

do podjęcia właściwych kroków, aby temu zapobiec. Nic nie zostało zrobione! Wprost

przeciwnie, niektórzy z nich wydawali się obserwować to, co się dzieje, bez większej irytacji i

możliwe, że byli za mało inteligentni, aby wyobrazić sobie, że taka propaganda może nie

tylko wbić klin w zjednoczenie narodu niemieckiego, ale nawet wzmocnić automatycznie siły

federacji. Rzadko kiedy w historii takie paskudne zaniedbanie zostało ciężej ukarane.

Osłabienie, jakiego doznały Prusy, zaatakowało całe Niemcy. Przyśpieszyło to upadek, który

nie tylko zrujnował same Niemcy, ale z całą pewnością wszystkie poszczególne państwa.

W mieście, w którym sztucznie podniecana nienawiść przeciwko Prusakom szalała

najbardziej gwałtownie, bunt przeciwko panującemu "domowi" był początkiem rewolucji.

Błędem byłoby wyobrażać sobie, że jedynie wroga propaganda była odpowiedzialna

za antypruskie nastawienie. Metody stosowane przez naszych organizatorów wojny, którzy

zebrali i oszukali całe cesarstwo w całkowicie obłędny system centralizmu w Berlinie, były

główną przyczyną antypruskiego nastawienia.

Żyd był zbyt przebiegły, aby nie zdawać sobie sprawy, że ta nikczemna kampania

plądrowania, którą on zorganizował przeciwko narodowi niemieckiemu pod płaszczykiem

stowarzyszeń wojny, z pewnością spowoduje powstanie opozycji. Tak długo, jak nie rzucała

się ona do jego własnego gardła, nie miał powodu, aby się jej obawiać. Potem przyszło mu

do głowy, że nie może być lepszej metody odwrócenia powstania mas doprowadzonych do

desperacji i rozdrażnienia, niż pozwolić, aby ich gniew wybuchł i wyładował się w całkiem

innym kierunku.

Wtedy przyszła rewolucja.

Międzynarodowy Żyd, Kurt Eisner, zaczął napuszczać Bawarię na Prusy. Przemyślnie

kierując rewolucyjny ruch w Bawarii przeciwko reszcie Rzeszy, nie działał bynajmniej w

interesie Bawarii, ale jako członek upoważniony do takiego działania przez Żydów. wyko-

rzystał istniejące w Bawarii instynkty i niechęci, aby przy ich pomocy dokonać rozbioru

Niemiec. Rzesza raz położona w gruzach stałaby się łatwym łupem bolszewizmu.

Zręczność bolszewickich agitatorów w przedstawianiu zawczasu ewentualności

wyzwolenia, kładącego kres komunistycznym republikom w wyniku zwycięstwa pruskiego

militaryzmu nad antymilitarystycznymi i antypruskimi elementami, przyniosła bogate owoce.

Warto zauważyć, że chociaż w czasie wyborów do Bawarskiego Zgromadzenia

Ustawodawczego, Kurt Eisner nie miał dziesięciu tysięcy zwolenników w Monachium, a

Komunistyczna Partia poniżej trzech tysięcy, to po upadku komunistycznej republiki te dwie

partie połączyły się razem i liczyły prawie sto tysięcy członków.

Myślę, że nigdy w moim życiu nie zaznałem bardziej niepopularnej roboty niż wtedy,

gdy sprzeciwiałem się antypruskiemu podżeganiu. W Monachium podczas na wpół

komunistycznego okresu miało miejsce pierwsze masowe spotkanie, na którym nienawiść

przeciwko reszcie Niemiec, szczególnie Prusom, została doprowadzona do takiej gorączki

szaleństwa, że jeżeli Niemiec z północy brał udział w spotkaniu, to ryzykował swoim życiem.

Te demonstracje zwykle kończyły się dzikimi okrzykami w rodzaju: "precz z Prus", "precz z

Prusami", " wojna przeciw Prusom", uczucie to podsumowane zostało w niemieckim

Reichstagu przez wspaniałego obrońcę interesów suwerenności Bawarii w okrzyku

bitewnym: "Raczej umrzeć jako Bawarczyk, niż gnić jako Prusak".

Walka, którą rozpocząłem na początku sam, a później kontynuowałem z poparciem

moich towarzyszy wojennych, była prowadzona przez młody ruch, mogę tak rzec, prawie jak

święty obowiązek. Jestem dumny, mogąc powiedzieć dzisiaj, że my - polegając prawie

wyłącznie na naszych zwolennikach w Bawarii - byliśmy odpowiedzialni za położenie, powoli,

ale skutecznie, kresu kombinacji szaleństwa i zdrady.

Jest oczywiste, że agitacja przeciwko Prusom nie miała nic wspólnego z

federalizmem. Federacyjne działania są najbardziej nieodpowiednie, kiedy ich przedmiotem

jest rozerwanie czy rozebranie na części innej konfederacji. Dla prawdziwego federalisty, dla

którego koncepcja cesarstwa Bismarcka jest nie tylko pustym frazesem, byłoby nie do

pomyślenia żądać odejścia części pruskiego państwa, które zostało stworzone i udos-

konalone przez Bismarcka, czy też publicznie popierać takie separatystyczne dążenia.

Jest to tym bardziej niewiarygodne, gdyż walka prowadzona przez tych federalistów

była skierowana przeciwko temu elementowi w Prusach, który w najmniejszym stopniu mógł

być uważany za związany z listopadową demokracją.

Ich oszczerstwa i ataki nie były wymierzone przeciw ojcom konstytucji weimarskiej,

którzy składali się głównie z południowych Niemców i Żydów, ale przeciw przedstawicielom

starych, konserwatywnych Prus przeciwnikom konstytucji weimarskiej .

Nie powinniśmy się czuć zaskoczeni, że byli oni szczególnie ostrożni w sprawie

występowania przeciw Żydom. Być może jest to klucz do rozwiązania całej zagadki. Celem

Żyda było podburzanie "narodowych" elementów w Niemczech przeciwko sobie - postawie-

nie konserwatywnej Bawarii przeciwko konserwatywnym Prusom i to mu się powiodło.

W zimie 1918 roku antysemityzm zaczął się rozprzestrzeniać w całych Niemczech.

Żyd wrócił do swoich starych metod. Z zadziwiającą szybkością rzucił jabłko niezgody w

popularny ruch i zaczął świeże rozdarcie.

Postawienie problemu alpejskiego i wynikające z tego spory, które mu towarzyszyły,

były jedyną możliwością zwrócenia uwagi ogółu na inne problemy po to, aby powstrzymać

skoncentrowany atak na Żydów. Ludzie, którzy zarazili nasz naród takim problemem, nigdy

nie mogą naprawić zła, jakie mu wyrządzili. Żydowi z pewnością powiodło się w jego

zamiarze jest zachwycony widząc katolików i protestantów walczących z sobą. Wróg

ludności aryjskiej i całego chrześcijaństwa śmieje się w kułak.

Dwa kościoły chrześcijańskie patrzą obojętnymi oczami na to skażenie i zepsucie

szlachetnej i jedynej egzystencji nadanej przez szczodrość Bożą na tej ziemi .Jakkolwiek dla

przyszłości świata nie jest ważne, czy protestancki, ale czy aryjski człowiek przetrzyma, czy

wymrze.

Dzisiaj jeszcze te dwa wyznania nie walczą przeciw niszczycielowi arian, ale próbują

unicestwić się wzajemnie.

W Niemczech nie jest dozwolone prowadzenie walki przeciwko ultramontaizmowi czy

klerykalizmowi, jak to mogłoby mieć miejsce w czysto katolickich państwach, chociaż

protestanci z pewnością braliby w tym udział. Obrona, którą katolicy w innych krajach pod-

jęliby przeciwko atakom o charakterze politycznym na swoich religijnych przywódców, w

Niemczech natychmiast przybrałaby formę ataku protestantyzmu przeciwko katolicyzmowi.

Zresztą fakty przemawiają same za siebie. Ludzie, którzy w 1924 roku nagle odkryli,

że główną misją nacjonalistycznego ruchu była walka przeciwko "ultramontaizmowi" - nie

zdołali go przełamać, ale powiodło im się rozłamanie ruchu nacjonalistycznego. Muszę

ostrzec, gdyby przypadkiem jakiś niedojrzały umysł w nacjonalistycznym ruchu wyobrażał

sobie, że może zrobić to, czego Bismarck nie był w stanie dokonać. Głównym obowiązkiem

tych, którzy prowadzą narodowosocjalistyczny ruch, jest całkowite przeciwstawienie się

każdej próbie świadczenia przez ich ruch na rzecz takiej walki i wykluczenie od razu z jego

szeregów tych, którzy prowadzą w tym celu propagandę. Ściśle mówiąc, odnosiliśmy w tym

nieprzerwane sukcesy przez całą jesień 1923 roku. Żarliwi protestanci mogli stać ramię w

ramię z żarliwymi katolikami w naszych szeregach bez najmniej szych niepokojów sumienia

związanych z ich religijnymi przekonaniami.

Państwa republiki amerykańskiej nie stworzyły związku, ale to związek stworzył

większość z tych tak zwanych stanów. Te bardzo wszechstronne prawa przyznane różnym

terytoriom wyrażają nie tylko podstawowy charakter tego związku państw ale są w harmonii z

rozległością terenu, który zajmują, dochodząc prawie do rozmiarów kontynentu.

Tak więc do państw związku amerykańskiego nie można odnosić się tak jak do

państw mających suwerenność państwową, ale jak do korzystających z praw czy może

lepiej, przywilejów określonych i zagwarantowanych przez Konstytucję.

Jednakże w Niemczech poszczególne państwa były pierwotnie suwerennymi i z nich

zostało utworzone cesarstwo. Ale utworzenie cesarstwa nie było wynikiem wolnej woli i

jednakowej współpracy poszczególnych państw, ale tego, że Prusy osiągnęły hegemonię

nad innymi. Wielka różnica w wielkości terytoriów pomiędzy państwami niemieckimi, sama w

sobie nie umożliwia jakiegokolwiek porównania ze związkiem amerykańskim.

Ponadto, różnica w wielkości pomiędzy najmniejszym z nich, a większym czy może

raczej największym ukazuje nierówność osiągnięć i udziału w tworzeniu cesarstwa i

formowaniu konfederacji państw.

Nie można utrzymywać, że większość państw kiedykolwiek naprawdę cieszyła się

prawdziwą "suwerennością".

Prawa suwerenności, z których zrezygnowały państwa, aby utworzyć cesarstwo,

zostały oddane w bardzo małym stopniu z ich własnej woli.

W większości przypadków albo one nie istniały, albo po prostu zostały utracone pod

naciskiem przeważającej siły Prus.

Reguła, według której postępował Bismarck, polegała na tym, aby nie dawać państwu

po prostu tego, co zostało zabrane mniejszym państwom, ale żądać od państw tego, czego

cesarstwo bezwzględnie potrzebowało. jest jednak całkowitym błędem przypisywać decyzję

Bismarcka przekonaniu (jeżeli o niego chodzi), że państwo w ten sposób nabywało wszystkie

prawa suwerenności, których potrzebowałoby przez cały czas; wprost przeciwnie - on miał

na myśli pozostawienie dla przyszłości tego, co byłoby ciężko uzyskać w Ówczesnej chwili. I

suwerenność Rzeszy faktycznie ciągle rosła kosztem poszczególnych państw.

Wraz z upływem czasu zostało osiągnięte to, czego pragnął Bismarck.

Upadek niemiecki i rozbicie monarchistycznej formy państwa z konieczności

przyśpieszyło te wydarzenia. Ta sama przyczyna zadała ciężki cios federacyjnemu

charakterowi Rzeszy; jeszcze cięższy cios został zadany poprzez przyjęcie zobowiązań

wynikających z „pokojowego” traktatu.

Było to zarówno naturalne, jak i oczywiste, że kraje straciły kontrolę nad swymi

finansami i musiały zrezygnować z tego na rzecz Rzeszy od chwili, kiedy Rzesza -

przegrawszy wojnę - została poddana finansowym zobowiązaniom, co do których nigdy nie

sądzono, że będą pokrywane przez wkłady poszczególnych państw. Dalsza decyzja, która

doprowadziła do tego, że Rzesza przejęła kolej i usługi pocztowe, była koniecznym i

postępowym krokiem w stopniowym ujarzmianiu rannego narodu - zgodnie z traktatem po-

kojowym.

Cesarstwo Bismarcka było wolne i niezwiązane. Nie było obciążone przez całkowicie

nieproduktywne finansowe zobowiązania, takie jak obecnie Niemcy Dawes'a muszą dźwigać

na swoim grzbiecie. jego wydatki sprowadzały się do kilku absolutnie koniecznych pozycji o

krajowej ważności. Było ono dlatego zdolne dobrze działać bez finansowej supremacji i żyć

za pieniądze wnoszone przez prowincje. I naturalnie fakt, że państwa zachowały swoje

prawa suwerenności i musiały stosunkowo niewiele płacić cesarstwu, dawał im satysfakcję,

że są członkami cesarstwa. Ale jest zarówno niewłaściwe, jak i nieuczciwe chcieć robić

propagandę z założenia, że jakiekolwiek istniejące niezadowolenie było przypisywane

wyłącznie finansowej nieudolności, na którą cierpiały państwa w rękach cesarstwa. Nie, to z

pewnością nie był powód. Zanik radości w zamyśle cesarstwa nie powinien być

przypisywany utracie praw suwerenności, ale jest raczej rezultatem sposobu (dość marnego

), w jaki niemiecki naród był wtedy reprezentowany przez swoją Rzeszę.

Dlatego Rzesza jest dzisiaj zmuszona dla samoprzetrwania uszczuplać coraz bardziej

suwerenne prawa poszczególnych państw, nie tylko z ogólnego, naturalnego punktu

widzenia, ale także dla zasady. Widząc, że wytacza ostatnie krople krwi ze swoich obywateli

przez swoją politykę finansowego ucisku, musi odebrać ostatnie z ich praw, chyba że jest

przygotowana oglądać, jak ogólne niezadowolenie przeradza się w rebelię.

My, narodowi socjaliści, musimy dlatego przyjąć następującą podstawową zasadę:

Potężna Rzesza Narodowa broniąca i chroniąca interesów swoich obywateli za

granicą, w najszerszym tego słowa znaczeniu, jest zdolna zaoferować wolność w kraju.

Wtedy nie musi się obawiać o trwałość państwa. Z drugiej strony, silny narodowy rząd może

przyjąć odpowiedzialność za dwa zakusy na wolność jednostek oraz państwa - bez ryzyka

osłabienia idei cesarstwa, jeżeli tylko każdy obywatel uzna, że takie środki są środkami

mającymi na celu uczynienie jego narodu wielkim.

Jest faktem, że wszystkie państwa na świecie zmierzają w swej krajowej polityce w

kierunku unifikacji i Niemcy również nie pozostaną poza tym dążeniem.

Jakkolwiek naturalny może się wydać problem unifikacji, szczególnie w dziedzinie

komunikacji, nie zmniejsza to obowiązku narodowych socjalistów, aby występować podając,

że jedynym celem tych środków jest zamaskowanie i umożliwienie prowadzenia niebezpiecz-

nej polityki zagranicznej z silną opozycją przeciwko takiemu rozwojowi wypadków w

dzisiejszej Rzeszy. Z tego właśnie powodu, że Rzesza dzisiaj proponuje przejąć w całości

kolejnictwo, usługi pocztowe, finanse itd., z przyczyn, które nie stanowią wielkiej, narodowej

polityki, ale aby mieć w swoich rękach środki i gwarancje dla nieograniczonego wypełniania

zobowiązań, my narodowi socjaliści, musimy podjąć każdy krok, który wydaje się celowy,

aby zablokować i jeżeli to możliwe, zapobiec takiej polityce.

Innym powodem dla przeciwstawienia się tego rodzaju centralizmowi jest to, że

żydowsko-demokratyczna Rzesza, która stała się rzeczywistym przekleństwem dla narodu

niemieckiego, doszukuje się nieudolnych sprzeciwów podnoszonych przez państwa, które

nie są tak daleko nasycone duchem wieku, aby je ukazać, a następnie rozgniatać 1e do tego

momentu, aż staną się całkowicie nieważne.

Nasze stanowisko ma zawsze odzwierciedlać wielką narodową politykę i nigdy nie

może być wąskie czy partykularne.

To ostatnie spostrzeżenie jest konieczne, żeby nasi stronnicy nie wyobrażali sobie, że

my, narodowi socjaliści, myślimy zaprzeczać prawu przyjmowania wyższej suwerenności

przez Rzeszę od pozostałych państw. Nie powinno i nie mogło być żadnej wątpliwości

dotyczącej tego prawa. Ponieważ dla nas państwo samo w sobie jest tylko formą, podczas

gdy zasadnicze jest to, co się na nie składa, mianowicie naród, ludzie - i musi być oczywiste,

że wszystko powinno być podporządkowane narodowym interesom, a w szczególności nie

możemy pozwolić Żadnemu pojedynczemu państwu w obrębie narodu i Rzeszy (która

reprezentuje naród), aby korzystało z niezależnej politycznej suwerenności jako państwo.

Potworność pozwalająca państwom konfederacji utrzymywać poselstwa za granicą musi być

i będzie powstrzymywana. Tak długo, jak to jest możliwe, nie mamy prawa się dziwić, że

obcokrajowcy wątpią w stabilność struktury naszej Rzeszy i odpowiednio to oceniają.

Ważność poszczególnych państw będzie w przyszłości wynikać bardziej ze stanu ich

kultury. Monarcha, który robił bardzo wiele dla reputacji Bawarii, nie był zawziętym

partykularystą z antyniemieckimi sentymentami, tak bardzo stał po stronie większych

Niemiec, jak po stronie sztuki - to Ludwik I.

Armia musi być całkowicie pozbawiona wpływów poszczególnych państw.

Nadchodzące państwo narodowosocjalistyczne nie może popełniać błędu przeszłości

zmuszając armię do podejmowania zadania, które nie jest i nigdy nie powinno być jej

przypisane. Armia niemiecka nie jest po to, aby kontrolować szkoły w celu utrzymywania

partykularyzmów, ale raczej, aby uczyć wszystkich Niemców rozumieć i zgadzać się wza-

jemnie. Wszystko to, co zmierza w narodowym życiu do podziałów, musi być przekształcone

przez armię w jednoczący wpływ. Musi wznieść każdego młodzieńca ponad wąski horyzont

jego własnego, małego kraju i znaleźć mu własne miejsce w niemieckim narodzie. On musi

nauczyć się patrzeć nie na granice swojego domu, ale swojej ojczyzny; ponieważ są to te

granice, których pewnego dnia może będzie musiał bronić. Dlatego szaleństwem jest

pozwalać młodemu Niemcowi przebywać w domu, lepiej pokazać mu Niemcy w czasie jego

służby wojskowej. To wszystko jest bardzo istotne dzisiaj, ponieważ młodzi Niemcy nie

podróżują i trzeba rozszerzyć ich horyzont tak, jak to miało miejsce dawniej.

Doktryny narodowego socjalizmu nie mają służyć politycznym interesom państw

konfederacji, ale są po to, aby prowadzić niemiecki naród. Muszą określać życie całego

narodu i na nowo je kształtować. Dlatego powinny stanowczo domagać się prawa do

przekraczania granic nakreślonych według politycznego rozwoju wypadków, które my

odrzuciliśmy.

ROZDZIAŁ XI

Propaganda a organizacja

Propaganda musi wyprzedzać organizację i zdobywać ludzki materiał, nad którym

organizacja musi pracować. Ja zawsze byłem wrogiem pośpiesznej i pedantycznej

organizacji, ponieważ często prowadziło to do martwego, mechanicznego wyniku.

Z tej to przyczyny najlepiej jest stworzyć warunki, aby idea przez pewien okres była

przekazywana z centrum za pomocą środków propagandy, a następnie wyszukiwać uważnie

i poddawać badaniom tych przywódców, którzy zostali dzięki propagandzie wyłonieni. Często

się zdarza, że mężczyźni nie wykazujący oczywistych zdolności na początku, okazują się

być urodzonymi przywódcami.

Całkowicie błędne jest wyobrażenie, że znaczna ilość teoretycznej wiedzy jest

koniecznym warunkiem zdolności i energii potrzebnej do przewodzenia. Bardzo często bywa

na odwrót.

Wielki teoretyk rzadko jest wielkim przywódcą. Należy się spodziewać, że agitator

będzie posiadał daleko więcej zdolności, niekoniecznie pożądanych u tych, którzy zajmują

się wyłącznie zagadnieniami teoretycznymi. Agitator, który jest zdolny do przekazywania idei

masom, musi być psychologiem, nawet jeżeli jest tylko demagogiem. On zawsze będzie

lepszy jako przywódca niż teoretyk-emeryt, który nic nie wie o ludziach. Przywództwo

oznacza zdolność do poruszania tłumów ludzi. Talent do tworzenia idei nie ma nic

wspólnego ze zdolnością do przywództwa. Połączenie teoretyka, organizatora i przywódcy w

jednym człowieku jest bardzo rzadkim zjawiskiem na ziemi, ale w tym właśnie zawiera się

wielkość.

Pisałem już, jaką wagę przykładałem do propagandy we wczesnym okresie ruchu. Jej

funkcja polegała na zarażeniu nową doktryną małej grupki mężczyzn tak, aby ukształtować

materiał, z którego później mogłyby być uformowane pierwsze elementy organizacji. W tym

procesie cele propagandy daleko bardziej przewyższały cele organizacji.

Zadanie propagandy polega na pozyskaniu zwolenników idei, podczas gdy

najbardziej szczerym, początkowym zajęciem organizacji musi być przekształcenie

najlepszych zwolenników w aktywnych członków partii. Nie ma potrzeby, aby propaganda

zajmowała się wartością każdej jednostki z grona swoich słuchaczy i oceniała ją pod kątem

wydajności, zdolności, inteligencji czy charakteru, zważywszy, że zadaniem organizacji jest

staranny wybór wszystkich, którzy mogą przyczynić się do triumfu ruchu.

Pierwszym zadaniem propagandy jest pozyskanie zwolenników dla powstającej

organizacji; natomiast celem organizacji jest pozyskanie członków dla prowadzenia

propagandy. Drugim zadaniem propagandy jest zdezorganizowanie istniejących warunków

politycznych za pomocą nowej doktryny, natomiast organizacji walka o pozyskanie siły, która

zapewni końcowy sukces doktryny.

Jednym z głównych celów organizacji jest troska o to, aby żadna oznaka rozbicia nie

wpełzła do ruchu powodując podziały i prowadząc do osłabienia pracy ruchu; także to, żeby

duch ataku nie wymarł, ale ciągle odnawiał się i umacniał. Do osiągnięcia tego celu

członkostwo nie powinno być powiększane nieskończenie; ponieważ energia i śmiałość

charakteryzują tylko część ludzkości, ruch, którego organizacja nie stawia barier dla jego

liczebności, z konieczności któregoś dnia stanie się słaby.

Jest zatem sprawą zasadniczą dla ruchu, nawet tylko dla celu jego samozachowania,

aby tak długo, jak cieszy się powodzeniem, nie zwiększał liczby swoich członków, lecz od tej

właśnie chwili zachowywał największą ostrożność i tylko po dokładnym sprawdzeniu

rozważył ewentualność powiększenia swojej organizacji.

Wówczas zostanie zachowane jądro ruchu świeże i zdrowe. Trzeba troszczyć się,

aby to jądro utrzymywało wyłączną kontrolę ruchu, to znaczy decydowało o propagandzie,

która ma prowadzić do powszechnego uznania i mając całą władzę przeprowadzało

działania konieczne dla praktycznej realizacji swoich ideałów. Sprawując nadzór nad

propagandą partii zachowywałem ostrożność nie tylko wtedy, gdy przygotowywałem grunt

dla przyszłej wielkości ruchu, ale także wypracowując bardzo radykalne zasady zmierzające

do tego, żeby tylko najlepszy materiał był wprowadzany do organizacji. Im bardziej radykalna

i pasjonująca była moja propaganda, tym bardziej odstraszała słabe i niezdecydowane

charaktery i zapobiegała ich przenikaniu do wewnętrznego jądra naszej organizacji. To

wszystko wychodziło mu na dobre. Aż do połowy 1921 roku ta twórcza aktywność

wystarczała i wychodziła ruchowi na dobre. Ale w lecie tegoż roku pewne wydarzenia

uwidoczniły, że organizacja nie może dotrzymać tempa propagandzie, której sukces

stopniowo stawał się coraz bardziej widoczny.

W latach 1920-1921 ruchem sterował komitet wybierany przez członków

zgromadzenia. Komitet ten dość komicznie ucieleśniał właśnie tę zasadę parlamentaryzmu,

przeciwko której ochoczo walczył ruch. ja odmówiłem poparcia takiemu szaleństwu i w

bardzo krótkim okresie czasu zaprzestałem uczęszczać na spotkania komitetu. Robiłem

propagandę na swój własny użytek i to był jego koniec; odrzucałem namowy ignorantów,

którzy próbowali przekonać mnie do innego kursu. Podobnie powstrzymywałem się wraz z

innymi od ingerencji w ich wydziały. Zaraz jak tylko przyjęto nowe reguły i zostałem

mianowany przewodniczącym partii uzyskując tym samym konieczną władzę i prawa jej

towarzyszące - wszystkie te szaleństwa natychmiast się zakończyły.

Decyzje komitetu zostały zastąpione zasadą absolutnej odpowiedzialności.

Przewodniczący jest odpowiedzialny za cały nadzór nad ruchem.

Ta zasada stopniowo została uznana wewnątrz ruchu jako naturalna, przynajmniej w

odniesieniu do nadzoru nad partią.

Najlepszym sposobem unieszkodliwienia komitetów i sprawienia, aby nie robiły nic

poza płodzeniem niepraktycznych zaleceń - było zaprzęgnięcie ich do pewnej rzeczywistej

roboty. To śmieszne widzieć, jak członkowie cicho znikają i nagle nie można ich nigdzie

znaleźć! Przypominało mi to naszą wielką instytucję podobnego rodzaju - Reichstag. Jak on

szybko rozleciałby się, gdyby dano im rzeczywistą robotę zamiast gadania, a zwłaszcza

gdyby każdy człowiek stał się personalnie odpowiedzialny za każdą pr,acę, którą wykonał.

W grudniu 1920 roku nabyliśmy " Volkischer Beobachter". Gazeta ta pierwotnie - jak

sugeruje jej nazwa - przeznaczona dla czytelnika ludowego, miała się stać organem

Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotniczej. Na początku ukazywała się dwa

razy w tygodniu, ale już w początkach 1923 roku stała się gazetą codzienną, a w końcu

sierpnia zaczęła ukazywać się w swoim późniejszym, dobrze znanym, dużym formacie.

" Volkischer Beobachter" była tak zwanym "ludowym" organem ze wszystkimi swoimi

zaletami, a jeszcze bardziej wadami i słabościami przynależnymi popularnym instytucjom.

Chociaż zamieszczała doskonałe artykuły, jej kierownictwo nie spełniało swoich zadań w

sensie "dochodowości" przedsięwzięcia. Podstawową ideą było utrzymanie jej przez

powszechną subskrypcję; nie zdawano sobie sprawy, że musi ona torować sobie drogę we

współzawodnictwie z innymi i nieprzyzwoitością byłoby oczekiwać, że prenumerata dobrych

patriotów pokryje błędy i zaniedbania "handlowej" strony przedsięwzięcia.

Zadałem sobie wiele trudu wówczas, aby zmienić przyzwyczajenia, których

niebezpieczeństwo wkrótce poznałem.

W 1914 roku w okresie wojny zapoznałem się z Maxem Amanem, który obecnie jest

generalnym dyrektorem handlowym partii. W lecie 1921 roku zwróciłem się do niego -

starego towarzysza z oddziału, przypadkiem spotkanego - i poprosiłem go, aby został

dyrektorem handlowym ruchu. Po długim wahaniu miał wtedy dobre stanowisko z

perspektywami - zgodził się, ale pod warunkiem, że nie będzie na łasce niekompetentnych

komitetów; musi odpowiadać przed jedną osobą i tylko przed jedną. Redakcję gazety uzu-

pełniono kilkoma ludźmi, którzy poprzednio należeli do Bawarskiej Partii Ludowej, ale ich

praca wykazała, że mieli doskonałe kwalifikacje. Wynik tego eksperymentu okazał się

całkowitym sukcesem. Należy to zawdzięczać uczciwemu i szczeremu uznaniu dla

prawdziwych kwalifikacji ludzkich oraz temu, że ruch ujął za serca swoich pracowników

szybciej i pewniej niż to miało miejsce kiedykolwiek wcześniej. Później stali się oni dobrymi

narodowymi socjalistami, a udowodnili to nie tylko słowem, ale także swoją solidną, wytrwałą

i sumienną pracą, którą wykonywali w służbie nowego ruchu.

W okresie dwóch lat sukcesywnie wprowadzałem moje poglądy dotyczące

kierownictwa ruchu w czyn i dzisiaj stoi ono na stanowisku, że było to najbardziej naturalne

rozwiązanie.

Dzień dziewiątego listopada 1923 roku ukazał oczywisty sukces tego systemu. Cztery

lata wcześniej, kiedy wstąpiłem do ruchu, nie było nawet gumowej pieczęci. Dziewiątego

listopada 192 3 roku partia została rozwiązana, a jej majątek skonfiskowany. Całkowita suma

uzyskana ze wszystkich obiektów i gazety osiągnęła wartość ponad sto siedemdziesiąt

tysięcy marek w złocie.

ROZDZIAŁ XII

Sprawa związków zawodowych

Gwałtowny wzrost ruchu zobowiązał nas w 1922 roku do zajęcia stanowiska w

kwestii, która wtedy nie była jednoznacznie czysta. W naszych wysiłkach polegających na

studiowaniu najszybszych i najłatwiejszych metod, dzięki którym ruch mógłby przesiąkać w

serca mas, ciągle spotykaliśmy się z zastrzeżeniem, że robotnik nie może całkowicie

przyłączyć się do nas, dopóki o jego zawodowe i ekonomiczne interesy troszczą się ludzie,

głoszący inne opinie niż nasze, i polityczna organizacja pozostaje w ich rękach.

Poprzednio opisałem naturę i cele, a także konieczność istnienia związków

zawodowych. Wyraziłem tam opinię, że jeżeli za pomocą działań państwa (które zwykle są

mało skuteczne) lub przy pomocy nowego ideału edukacji nastawienie zatrudniającego w

stosunku do robotnika nie ulegnie zmianie, ten ostatni nie będzie miał innego wyjścia, jak

tylko samemu podjąć się obrony swoich interesów przez upominanie się o równe prawa, jako

układającej się stronie życia ekonomicznego. Kontynuowałem pisząc, że takie obronne

działanie koliduje z całą narodową społecznością, jeżeli z tego powodu nie byłoby można

zapobiec socjalnym niesprawiedliwościom, powodującym duże szkody w życiu społecznym.

Powiedziałem ponadto, że konieczność istnienia związków zawodowych musi być brana pod

uwagę tak długo, jak długo pracodawcy będą mieli wśród swoich członków łudzi, którzy nie

mają w sobie poczucia socjalnych zobowiązań czy nawet elementarnych praw ludzkości.

Jestem przekonany, że w obecnym stanie rzeczy nie można obejść się bez związków

zawodowych. Faktycznie należą one do najważniejszych instytucji życia gospodarczego

narodu.

Ruch narodowosocjalistyczny, którego celem jest utworzenie

narodowosocjalistycznego państwa, nie może mieć wątpliwości, że każda przyszła instytucja

państwa musi wywodzić się z samego ruchu. Największym błędem jest wyobrażanie sobie,

że samo posiadanie władzy pozwoli na przeprowadzenie jakiejś skutecznej reorganizacji,

jeżeli będzie się zaczynać od niczego, bez pomocy personelu - ludzi, którzy zostali wcześniej

wyszkoleni w duchu nowego przedsięwzięcia. Tu także sprawdza się zasada, że duch jest

zawsze ważniejszy niż forma, którą można stworzyć bardzo szybko.

Dlatego nikt nie mógł proponować nagłego wyciągnięcia z teczki projektu nowej

konstytucji i oczekiwać, że będzie można wprowadzić go za pomocą dekretu z góry.

Można by było spróbować, ale nie dałoby to oczekiwanych rezultatów - z pewnością

byłby to poroniony płód.

Przypomina się powstanie konstytucji weimarskiej i próba narzucenia nowej

konstytucji, nowej flagi narodowi niemieckiemu, chociaż żadna z propozycji nie miała

jakiegokolwiek związku z czymś znanym naszemu narodowi przez ostatnie pół wieku.

Narodowosocjalistyczne państwo musi unikać takich eksperymentów; musi ono wyrastać z

organizacji, która funkcjonuje już od dłuższego czasu. Stąd narodowosocjalistyczny ruch

musi uznawać konieczność posiadania własnej organizacji związków zawodowych.

Jaka powinna być natura narodowosocjalistycznych związków zawodowych? Co jest

naszym zadaniem i jakie są ich cele?

Nie są one instrumentem wojny klasowej, ale powinny służyć obronie i reprezentacji

robotników. Narodowosocjalistyczne państwo nie zna klas, w politycznym sensie składa się z

obywateli o całkowicie równych prawach i podobnie równych obowiązkach, a obok nich

funkcjonują przedmioty całkowicie pozbawione praw w politycznym znaczeniu.

Wstępnym celem systemu związków zawodowych nie jest walka pomiędzy klasami,

to marksizm ukształtował instrument dla swojej własnej walki klasowej. Marksizm stworzył

ekonomiczną broń, którą międzynarodowy Żyd wykorzystał dla zniszczenia ekonomicznych

podstaw wolnych i niezależnych, narodowych państw, dla zrujnowania ich narodowego

przemysłu i handlu; jego celem było uczynienie wolnych narodów niewolnikami światowej

finansjery żydowskiej, która nie uznaje granic państwowych.

W rękach narodowosocjalistycznego związku zawodowego strajk nie jest

instrumentem służącym zrujnowaniu narodowej produkcji, ale jej powiększeniu i rozwoju

przez walkę z wadami, które swoim nie socjalnym charakterem powstrzymują rozwój

wydajności w interesach i w życiu całego narodu.

Narodowosocjalistyczny robotnik powinien sobie zdawać sprawę, że narodowa

pomyślność oznacza materialne szczęście dla niego samego.

Narodowosocjalistyczny pracodawca musi zdawać sobie sprawę, że szczęście i

zadowolenie jego robotników jest konieczne dla jego egzystencji i rozwoju wielkiego

przedsięwzięcia gospodarczego.

Bezsensownym jest zakładanie narodowosocjalistycznych związków zawodowych,

aby istniały obok innych związków zawodowych. Do tego trzeba byłoby być głęboko

przekonanym o uniwersalności ich zadania i wynikającym stąd zobowiązaniu, aby względem

innych instytucji z podobnymi lub wrogimi celami być gotowym do proklamowania swojej

własnej podstawowej indywidualności. Nie może być żadnego kompromisu z pokrewnymi

aspiracjami; jego całkowite prawo do odrębności musiałoby być utrzymane. Było i ciągle jest

wiele argumentów przeciwko utworzeniu naszych własnych związków zawodowych.

Ja zawsze odmawiałem brania pod uwagę eksperymentów, które były skazane na

niepowodzenia od samego początku. Uważam za zbrodnię branie od robotnika części jego

ciężko zarobionego wynagrodzenia, aby płacić instytucji, jeżeli się nie jest całkowicie prze-

konanym, że będzie to pożyteczne dla jej członków. Nasze działanie w 1922 roku było oparte

na takich przesłankach. Inni widocznie wiedzieli lepiej i zorganizowali związki zawodowe. Ale

ich działalność nie trwała długo. Tak więc w końcu znaleźli się oni w takim samym położeniu

jak my. Różnica polegała na tym, że my nie zdradziliśmy ani siebie samych, ani innych

ROZDZIAŁ XIII

Powojenna polityka Niemiec w kwestii sojuszy

Nieudolność Rzeszy w dziedzinie polityki zagranicznej i nieumiejętne stosowanie

właściwych zasad w polityce przymierzy były nie tylko kontynuowane po rewolucji, ale

prowadzone w jeszcze gorszej formie. Jeżeli przed wojną pomieszanie pojęć w polityce

mogło być uważane za najważniejszą przyczynę złego kierownictwa państwa w sprawach

zagranicznych, to po wojnie doszedł jeszcze brak szczerych intencji. Było oczywiste, że

partia, która osiągnęła swoje niszczycielskie cele za pomocą rewolucji, nie jest

zainteresowana w polityce przymierzy, których celem była rekonstrukcja wolnego

niemieckiego państwa.

Tak długo, jak Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotnicza była tylko małą i

nie bardzo znaną grupą, problemy polityki zagranicznej wydawały się mieć znaczenie tylko w

oczach wielu naszych zwolenników. I rzeczywiście sprawą podstawową w walce o wolność

przeciw cudzoziemcowi jest usunięcie powodów naszego upadku i zniszczenie tych, którzy

czerpią z tego korzyści.

Ale od chwili, w której mała i bez znaczenia grupa poszerzyła swoją sferę działań i

nabyła wagi wielkiego stowarzyszenia, stało się konieczne zajęcie się rozwojem wydarzeń w

polityce zagranicznej. Musieliśmy zdecydować się na zasady, które nie tylko nie mogły być w

sprzeczności z naszymi podstawowymi poglądami, ale powinny je wyrażać.

Rozważając tę kwestię nie tracimy z oczu zasadniczej i podstawowej idei, według

której polityka zagraniczna nie jest celem, ale środkiem do celu. A celem jest wyłącznie

wsparcie naszej własnej samodzielności państwowej .

Żadna propozycja w polityce zagranicznej nie może kierować się innymi względami

niż następujące: czy pomoże ona narodowi teraz lub w przyszłości i czy nie zaszkodzi?

Musimy ponadto zdać sobie sprawę, że odzyskanie terytoriów, które naród i państwo

utraciło, jest zawsze przede wszystkim sprawą odzyskania politycznej siły i niezależności dla

macierzystego kraju i w takim przypadku sprawy utraconych terytoriów muszą być bez-

względnie zignorowane jako przeciwne uzyskaniu wolności przez macierzysty kraj. Bowiem

uwolnienie ciemiężonych i odciętych szczepek rasy lub prowincji imperium nie jest wynikiem

jakiegoś żądania gnębionej ludności czy protestów tych, którzy pozostają, ale sprawą

posiadanych nadal przez resztę kraju ojczystego ktÓra kiedyś była wspólna - jakichkolwiek

środków władzy.

To, że uciemiężone kraje znalazły się z powrotem w posiadaniu wspólnej Rzeszy, nie

jest wynikiem ostrych protestów, ale raczej wynikiem siły lub kombinacji.

Zadaniem przywódców narodu w polityce wewnętrznej jest wykuwać te siły, a w swojej

polityce zagranicznej muszą pamiętać, że oręż został wykuty i powinni szukać ludzi, aby

posłużyć się tą bronią.

W początkowych rozdziałach "Mein Kampf" opisałem brak zdecydowania naszej

polityki sojuszy przed wojną. Zamiast zdrowej polityki terytorialnej w obrębie Europy

preferowano politykę kolonii i handlu. Było to tym bardziej niewyobrażalne, że bezpodstawnie

wiązano z tym sposobem nadzieję na uniknięcie podejmowania decyzji przy użyciu broni.

Wynik tego podejścia był taki, że politycy zamiast siedzieć twardo na . stołkach pospadali z

nich - jak to się zwykle zdarza - a wojna światowa była konieczną karą nałożoną na

cesarstwo za kierowanie jego sprawami.

Właściwą drogą wówczas powinno być wzmocnienie siły cesarstwa na kontynencie

przez zdobycie nowego terytorium w Europie.

Ale ponieważ ojcowie szaleństwa naszego demokratycznego parlamentu odmówili

rozważenia jakiegokolwiek formalnego schematu przygotowania obrony, to każdy plan

zdobycia terytoriów w Europie był odraczany, a przez preferowanie polityki kolonialnej i

handlu zaprzepaścili sojusz z Anglią. W tym samym czasie zaniedbali zapewnienia sobie

poparcia ze strony Rosji, co było jedynym logicznym sposobem postępowania. W końcu

opuszczeni przez wszystkich oprócz feralnej dynastii habsburskiej wmieszali się w wojnę

światową.

Historyczna tendencja brytyjskiej dyplomacji której jedynym odpowiednikiem w

Niemczech była tradycja armii pruskiej - od czasu królowej Elżbiety była rozmyślnie

skierowana w kierunku powstrzymania za pomocą wszystkich możliwych środków powstania

jakiejś europejskiej potęgi, wychodzącej poza ogólny standard i złamanie jej w razie

konieczności przy pomocy wojskowego ataku.

Środki stosowane w tym celu przez Wielką Brytanię były uzależnione od sytuacji i

postawionego zadania, ale wola i determinacja były zawsze te same. Polityczna nieza-

leżność poprzednich północno-amerykańskich kolonii doprowadziła z biegiem czasu do

potężnych wysiłków, aby uzyskać pewność poparcia na kontynencie europejskim.

Dlatego po upadku potęgi Hiszpanii i Holandii siły brytyjskiego państwa zostały

skoncentrowane przeciwko rosnącej potędze Francji, aż do chwili, kiedy z upadkiem

Napoleona obawa o hegemonię francuskiej potęgi wojskowej, najbardziej niebezpiecznej ze

wszystkich dla Anglii - rozwiała się, gdyż wydawała się być złamana na dobre.

Zmiana nastawienia brytyjskiej polityki, godnej wielkiego męża stanu, przeciwko

Niemcom była powolnym procesem, ponieważ Niemcy wskutek braku narodowej jedności

nie przedstawiały widocznego niebezpieczeństwa dla Anglii.

Jednakże w latach 1870-1871 Anglia zajęła nowe stanowisko w tej kwestii. J ej

wahanie, wywołane przez wzrost znaczenia Ameryki w światowej gospodarce, jak również

rozwój potęgi Rosji, niestety nie zostały wykorzystane przez Niemcy, w rezultacie czego

historyczna tendencja brytyjskiej polityki jeszcze bardziej umocniła się.

Brytania uważała Niemcy za siłę, której przewaga w handlu, a przez to w polityce

światowej - jako konsekwencja jej olbrzymiego uprzemysłowienia, stawała się bardzo

poważnym zagrożeniem. Podbicie Świata za pomocą "pokojowej penetracji", którą nasi

mężowie stanu uważali za największą mądrość, zostało podsunięte przez brytyjskich

polityków jako podstawa dla organizowania oporu. Fakt, że ten opór przyjął formy w pełni

zorganizowanego ataku, był całkowicie zgodny w charakterze z polityką mężów stanu,

których celem nie było utrzymanie wówczas więcej niż wątpliwego światowego pokoju, ale

ustanowienie brytyjskiej dominacji w świecie. Fakt, że Anglia włączyła w to jako swoich

sojuszników wszystkie państwa, które mogły być użyteczne w sensie wojskowym, było

właśnie zgodne z jej tradycyjnymi przewidywaniami w ocenie siły oponentów, jak również ze

znajomością swych własnych słabych punktów w każdym momencie. Nie można tego - z

brytyjskiego punktu widzenia - określać jako "niegodziwość", ponieważ zorganizowania

wojny w sposób kompleksowy nie ocenia się przy użyciu heroicznych standardów, ale przez

wykorzystanie nadarzających się okazji.

Zadaniem dyplomacji jest zajęcie się tym, żeby naród nie ginął heroicznie, ale żeby

został zachowany przez wykorzystanie wszystkich praktycznych środków. Wtedy każda

droga prowadząca do tego celu jest właściwa, a nie podążanie nią jest oczywistą zbrodnią i

skandalicznym zaniedbaniem podstawowych obowiązków.

Kiedy Niemcy przeobraziły się rewolucyjnie, cała obawa związana z groźbą światowej

dominacji Niemiec przestała istnieć dla mężów stanu brytyjskiej polityki. Całkowite

wymazanie Niemiec z mapy Europy nie leżało w interesie brytyjskim. Wprost przeciwnie,

straszliwy upadek Niemiec w listopadzie 1918 roku stawiał brytyjską dyplomację twarzą w

twarz z nową sytuacją, która natychmiast została dostrzeżona i uznana za możliwą: po

zniszczeniu Niemiec Francja urośnie do najsilniejszej potęgi politycznej w Europie.

Zlikwidowanie potęgi Niemiec przyniosłoby korzyści tylko przeciwnikom Anglii. A

jednak pomiędzy listopadem 1918 roku a latem 1919 roku brytyjska dyplomacja nie była

nastawiona na zmianę swojego stanowiska, ponieważ wykorzystywała publicznie siły

sentymentu podczas długiej wojny pełniej niż kiedykolwiek wcześniej.

Ponadto jedyną możliwą polityką dla Anglii w celu rozwoju potęgi francuskiej było

poparcie Francji w jej dążeniu do agresji. Faktycznie Anglia po przyłączeniu się do wojny nie

zdołała osiągnąć tego, co zamierzała. Nie udało się zapobiec powstaniu europejskiej potęgi

znacznie przekraczającej wskaźnik siły w kontynentalny m systemie państwowym Europy. W

rzeczywistości został on na trwałe ustanowiony.

Pozycja Francji jest dzisiaj wyjątkowa. Jest ona pierwszą potęgą w sensie

wojskowym, nie mająca poważnego przeciwnika na kontynencie, jej granice od strony Włoch

i Hiszpanii są bezpieczne, od strony Niemiec chroni ją najsilniej s z a na świecie armia,

rozciągające się szeroko wybrzeże jest zabezpieczone przed atakiem przez marynarkę

wojenną, która staje się silniejsza od marynarki imperium brytyjskiego.

Stałym życzeniem Wielkiej Brytanii jest utrzymanie pełnej równowagi sił pomiędzy

państwami Europy, ponieważ wydaje się to być koniecznym warunkiem utrzymania

brytyjskich wpływów na świecie. Natomiast stałym dążeniem Francji było powstrzymanie

rozwoju Niemiec w trwałą potęgę i utrzymanie w Niemczech systemu małych państw, więcej

czy mniej sobie równych siłą, pozbawionych zjednoczonego przywództwa, i zachowanie

lewego brzegu Renu jako gwarancji rozbudowy i zabezpieczenia francuskiej hegemonii w

Europie.

Ostateczny cel francuskiej dyplomacji stoi w sprzeczności z ostatecznymi

tendencjami brytyjskiej polityki mężów stanu.

Nie istnieje żaden brytyjski, amerykański czy włoski mąż stanu, który mógłby

kiedykolwiek być uznany za proniemieckiego. I każdy angielski mąż stanu jest przede

wszystkim Brytyjczykiem i tak samo jest z każdym Amerykaninem. Żaden Włoch nie byłby

przygotowany do prowadzenia innej polityki niż prowłoskiej. Dlatego każdy, kto chce zawrzeć

sojusze z obcymi narodami, polegające na progermanizmie wśród mężów stanu innych

krajów, jest albo osłem, albo fałszywym mężem stanu.

Anglia nie chciała Niemiec będących światową potęgą, Francja nie chciała, aby

Niemcy byli potęgą w ogóle - bardzo zasadnicza różnica!

My jednak walczymy nie o zajęcie miejsca światowej potęgi, ale o istnienie naszej

ojczyzny, o naszą narodową jedność i powszedni chleb dla naszych dzieci. Z tego punktu

widzenia zostały tylko dwa kraje, które mogłyby być naszymi sojusznikami: Wielka Brytania i

Włochy. Wielka Brytania nie życzy sobie, aby Francja, dzięki wojskowej potędze

przewyższającej siły reszty Europy, mogła któregoś dnia podjąć politykę wymierzoną przeciw

brytyjskim interesom. Wojskowa dominacja Francji rani boleśnie serce światowego imperium

Wielkiej Brytanii. Włochy również nie mogą sobie życzyć dalszego umocnienia potęgi

francuskiej w Europie. Przyszłość Włoch będzie zawsze zależeć od rozwoju wypadków na

terytoriach położonych w basenie Morza Śródziemnego. Ich motywem przyłączenia się do

wojny nie było pragnienie powiększenia siły Francji, ale raczej zdeterminowanie, by zadać

cios znienawidzonym rywalom nad Adriatykiem. I każdy wzrost siły Francji na kontynencie

oznacza zagrożenie dla przyszłości Włoch i dlatego nie uznają one zasady, że narodowe

stosunki w każdym wypadku